Recenzje

DOWNTON ABBEY. Na czyjej smyczy chodzi król Jerzy?

Czy naprawdę chcielibyśmy żyć w świecie, w którym służący codziennie zakłada nam szlafrok?

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

To z pewnością nie jest film dla Irlandczyków. Odnoszę też wrażenie, że po obejrzeniu go można zostać komunistą, a już na pewno republikaninem. Bo to w dużej mierze laurka wystawiona Jerzemu V i całej brytyjskiej monarchii, chociaż nie bez refleksji negatywnej. Jest jej jednak mało, a w końcu wszystko kończy się stwierdzeniem, że przecież królestwo musi trwać, nieważne, że ludzie mają wątpliwości. I taka jest ogólna wymowa oraz styl całej produkcji. Obowiązkowej formy nie da się porzucić, urodzenia także. Jeśli się to zrobi, to nic nie zostanie, bo samą ideą zradykalizowanej społecznie wolności nie da się żyć – nie da się być sobą, a jeśli nawet, to tylko w ukryciu, cały czas mając za plecami demaskatorskie spojrzenia innych. Wiedzą to i służba, i szlachta, a nawet król i królowa. Wszyscy są więźniami Downton Abbey, Pałacu Buckingham, całego swojego kraju. Jednym jest lepiej, a drugim gorzej. Ale to w pozycji społecznej zawiera się wielka różnica dla prozaicznego życia i nie usprawiedliwia to właśnie tych i tylko tych, co ją mają. Szczęśliwa kucharka nie jest szczęśliwym lordem Grantham.

Można by sądzić ze streszczenia fabuły, że nie da się zrobić interesującego filmu na temat przyjazdu pary królewskiej do jakiejś tam prowincjonalnej, szlacheckiej rezydencji.

Miłośnicy serialu Downton Abbey powinni zostawić za sobą znany im nieco rozwleczony sposób opowiadania perypetii rodu Crawleyów. Pełnometrażowa wersja również zachowuje serialowy, niespieszny rytm i bazujący na długich, statycznych ujęciach sposób portretowania ludzi, lecz z oczywistych względów fabuła jest bardziej zwarta i klasycznie prowadzona aż do wyjaśnienia dosłownie każdej zarysowanej wcześniej tajemnicy czy intrygi. Suspens praktycznie nie istnieje, z wyjątkiem drobnej wstawki z szalonym majorem. Mniej więcej do połowy filmu scenariusz mozolnie prezentuje poszczególnych bohaterów i panujące między nimi relacje. Gdyby tak było do końca, uznałbym dzieło Michaela Englera za fabularyzowany dokument na temat codziennego życia w szlacheckiej angielskiej rezydencji, dodatkowo pływający po mieliznach psychologicznych. Przybycie pary królewskiej wiele zmienia, a znakomity w swojej roli David Haig (pamiętny detektyw Derek Grim z Cienkiej niebieskiej linii) jako Królewski Paź Zaplecza wraz z Maggie Smith jako Violet Crawley dosłownie „robią” klimat filmu.

Downton Abbey zaczyna się niedługo po zakończeniu ostatniego serialowego sezonu. Ze streszczenia fabuły można by sądzić, że nie da się zrobić interesującego filmu na temat przyjazdu pary królewskiej do jakiejś tam prowincjonalnej szlacheckiej rezydencji. Cały kunszt reżyserski i scenariuszowy polegał więc na scaleniu owej wizyty z zajmującymi historiami postaci, których losy niekoniecznie się z tą wizytą bezpośrednio łączą. Jak już pamiętamy z serialu, bynajmniej nie chodzi o dzieje właścicieli Downton, ale przede wszystkim o ich paranoicznie niemal oddaną służbę. Fabuła produkcji w dużej mierze opiera się właśnie na ich losach. Tutaj też najwięcej jest cukierkowego podejścia do monarchii samej w sobie i osobliwej, wręcz poddańczej akceptacji podziałów społecznych. I tym razem reżyser przesadził, nawet jeśli chciał ewentualnie skrytykować rojalistów, w co jednak powątpiewam. Zaledwie jeden słaby głos pomocy kuchennej wątpi w sens monarchii (Sophie McShera jako Daisy Mason), a cała reszta oddanie służy, właśnie na tym wewnętrznym poziomie fabuły filmu, gdzie mógł się pojawić jakiś cynizm, aktorska dwuznaczność. Coś, co jaśniej powiedziałoby mi jako widzowi, że to służebne oddanie jest tylko fasadą, a nie całym ich życiem. Tak jednak się nie dzieje.

Ostatnio dodane