Recenzje

DOM ZŁY. Bez lukru, bez picu, bez efekciarstwa

Autor: Przemysław Brożek
opublikowano

Czemu wciąż nosimy w sobie tego garba komuny, gwałtu, socjalizmu? A garb to straszny, do cna podszyty zgnilizną. I film doskonale nam to uzmysławia.

Właściwie nie ma tu postaci dobrych. Nie ma i kropka. Każdy ma coś za uszami. Ksiądz – pedał, żona – dziwka, synek – złodziej, do tego wszyscy piją wódę i pokroją człowieka za kilka dolarów. Ale spokojnie, to nie tak, że mamy tu do czynienia z jakimś świętokradztwem czy profanacją. To wcale nie jest nam serwowane tak całkiem wprost. To raczej takie PRL-owskie reality show. Zimno, ciemno i ktoś nam kaganek moralności jakby zagasił. Tak na końcu świata, w Bieszczadach, w Polsce zasypanej śniegiem, przykrytej dywizjami ruskich wojsk i wytycznych na przyszłość. Wejdą? Nie wejdą? A kogo to obchodzi. Solidarność? Jaka Solidarność? Dawaj, panie, te fajki. Nam pełna micha pobrzmiewa w tym „Solidarność”. I mimo to uniknięto świętokradztwa. Bo to nie jest paszkwil na Polaków. To raczej uczciwie zajrzenie w głąb naszego, narodowego ID i takie rozmówki polsko – polskie. Czemu jesteśmy tacy, a nie inni? Czemu wciąż nosimy w sobie tego garba komuny, gwałtu, socjalizmu? A garb to straszny, do cna podszyty zgnilizną. I film doskonale nam to uzmysławia.

W tym filmie każdy równa w górę.

Grzechem byłoby nie skreślić też paru zdań o znakomitej obsadzie i grze aktorów Domu. Smarzowski w jednym z wywiadów mówił, że ma swoją zaufaną ekipę i tego kanonu się zasadniczo trzyma. Wszystkie role pierwszoplanowe zagrane są co najmniej dobrze. A kwartet Dziędziel, Jakubik, Preis i Topa to już nawet znacznie lepiej niż dobrze. To już są kreacje ze zdecydowanie wyższej półki. To samo dotyczy ról drugoplanowych. O dziwo aktorzy, wobec których z tytułu innych (przeważnie serialowych) kreacji miałem prawo być co najmniej uprzedzony, poradzili sobie znakomicie. W tym filmie każdy równa w górę. Czyja to zasługa? Pewnie reżysera, zgranej ekipy, bardziej doświadczonych kolegów. Nieważne. Po prostu otrzymujemy solidną dawkę aktorstwa, która nie dość, że (co niestety często charakterystyczne dla rodzimych produkcji) nie przeszkadza nam w przyswajaniu seansu, to jeszcze go wzbogaca.

Dom zły to film autentycznie skażony swoistą, śmierdzącą wódą i smarem „naszością”. I przez tę swojskość właśnie podwójnie dosadny i namacalny. No bo to nie jest jakaś tam abstrakcyjna historia z Honolulu. To tu i teraz. To siano, to błoto, to chamstwo, to mentalność. Wszystko pokazane w perfekcyjny i bardzo przekonujący sposób. Z jednej strony historia niczym z PRL-owskiego księżyca, z drugiej co chwilę przyłapujemy się na tym, że łykamy fabułę bez przysłowiowej popity, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Bo tytułowy Dom Zły to moim zdaniem właśnie ówczesna Polska. To PRL, to PGR, to matka, macocha – wiecznie zalana i z podbitym przez męża okiem. Taka, co to umrzeć nie pozwoli, ale życie do granic obrzydzi. Bez lukru, bez picu, bez efekciarstwa. Zło po polsku i w czystej, przerażająco przaśnej postaci. Coś wspaniałego. Coś niezwykłego. Bez wahania mogę powiedzieć, że to jeden z najlepszych polskich filmów ostatniej dekady. 9,5/10. Obowiązkowo!

Tekst z archiwum film.org.pl (02.12.2009).

Ostatnio dodane