Recenzje

DOKTOR DOLITTLE (1967). Z małpą jest lepiej niż z człowiekiem?

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Doktor Dolittle w wersji z 1967 r. to film tylko pozornie grzeczny. Zadziwiające, że pod płaszczykiem niewinnego musicalu kryje się tyle wywrotowych, tak teraz modnych po lewej stronie społeczeństwa, ekoteorii. Głosi je nie kto inny, jak magicznie uzdolniony lekarz, w którego rolę wciela się rewelacyjny Rex Harrison. Z jego dystyngowanych ust XIX-wiecznego gentlemana padają ostre słowa. Nie mam nic wspólnego z ludźmi. Nie rozumiem ludzkiej rasy. Dlaczego traktujemy zwierzęta jak zwierzęta? Doktor Dolittle to prawdziwy szaleniec, zwłaszcza w zaściankowym miasteczku Puddleby. Gadający ze zwierzętami wegetarianin przecież nadaje się tylko do wariatkowa. Jego hippisowska inność jednak została skrzętnie ukryta w musicalowej formie produkcji Richarda Fleischera. Czyżby celowo? Twórcy nie zdawali sobie sprawy, że kręcą ideologicznie wywrotowe dzieło, które jest dla niepoznaki musicalem?

Doktor Dolittle mógł być szalenie ciekawym filmem sensacyjno-przygodowym

Szczerze wątpię. Na całe szczęście dla filmu światowego Amerykanie od jakiegoś czasu przestali uważać, że musicale to dowcipna rozrywka dla widza z Europy. Sami też pewnie mieli dość. Epoka musicali minęła. Doktor Dolittle jednak pochodzi z tych czasów, gdy ten sposób wyrażania fabuły w filmie przeżywał swoje doskonałe lata. Z punktu widzenia dzisiejszego widza spora liczba partii śpiewanych musiała jednak odbić się na płynności narracji w filmie. A warto już na samym początku zaznaczyć, że gdyby nie uporczywie wsadzane w tok produkcji melorecytacje oraz śpiewane monologi wewnętrzne, Doktor Dolittle byłby szalenie ciekawym filmem sensacyjno-przygodowym, a tak jest ekranizacją broadwayowskiego musicalu.

I to naprawdę wielowątkową, został bowiem zrealizowany na podstawie całej serii opowieści o doktorze autorstwa Hugh Loftinga. Kto czytał, ten wie, jakie perypetie miał Dolittle np. z krokodylem, dwugłowcem albo bykami. W filmie Richarda Fleischera wiele z tych wątków występuje jedynie pobocznie, żeby skupić się na wyprawie doktora po legendarnego różowego ślimaka, ale o dziwo scenariusz nie popada przez to w chaos. Historia toczy się bez większego trudu, prezentując nam coraz dokładniej postać ekscentrycznego Dolittle’a. Dzieje się to jakby na dwóch płaszczyznach.

Pierwsza z nich jest typowo hollywoodzka, czyli zasilana dodatkowo piosenkami, niczym nieskrępowana, prosta rozrywka dla każdego, w tym dzieci poniżej dziesięciu lat. Natomiast druga rozwija się powoli, gdzieś w ukryciu, schowana między rozlicznymi metaforami, także w słowach niektórych utworów śpiewanych – np. piosenki o pragnieniu emancypacji wykonywanej przez Emmę Fairfax. Pierwsza wspiera się doskonałą scenografią, panoramicznymi zdjęciami Roberta Surteesa oraz świetnymi kreacjami aktorskimi nie tylko Rexa Harrisona, ale i Samanthy Eggar (Emma Fairfax), Anthony’ego Newleya (Matthew Mugg) czy też Geoffreya Holdera (Willie Shakespeare) oraz Richarda Attenborougha (Albert Blossom). Druga balansuje na granicy dobrego smaku ideologicznego, przynajmniej w tamtych czasach tak to musiało wyglądać. Tak na marginesie to bardzo ciekawe, że te wszystkie konotacje stały się takie sporne w mainstreamowym kinie dopiero od jakiegoś czasu. Wtedy, w latach 60., kogo dziwił w filmie wegetarianin, samotnik (to podejrzane), z niechęcią odnoszący się do ludzi, przebierający foki w stroje dla kobiet (zboczeniec), a na dodatek usilnie poszukujący różowego ślimaka (cóż za niemęski kolor – dobrze, że nie tęczowego)?

Jak widać, Doktor Dolittle dobitnie udowadnia, że to nie symbolizm narzucony przez reżysera ma znaczenie, a symbolika wykreowana przez widza z powodu jego kultury, wiary w stereotypy oraz uwewnętrznione lęki. W tej formie przedstawienia Dolittle mógłby nawet zawierać wątki homoseksualne i pewnie nikt by mu ich nie wytknął, dopóki jawnie nie przebrałby się w sukienkę i nie wybrał na XIX-wieczną paradę równości. W porównaniu z zaprezentowanym w filmie wątkiem separacji doktora od społeczeństwa te wszystkie tak obecnie upolityczniane kwestie światopoglądowe mają jednak marginalne znaczenie. Są (i zawsze były) wtórne w stosunku do kwestii idei człowieczeństwa i jego socjologicznego odosobnienia. Doktor Dolittle nie jest wywrotowy. Jest humanistyczny.

Ostatnio dodane