search
REKLAMA
Archiwum

DEATH RACE: WYŚCIG ŚMIERCI. Niedorzecznie

Piotr Żymełka

27 sierpnia 2019

REKLAMA

W 1997 roku ukazała się gra komputerowa pod tytułem “Carmageddon”. Traktowała ona o nietypowych wyścigach samochodowych. Nietypowych, ponieważ znacznie ważniejsze od rywalizacji z innymi uczestnikami zawodów było rozjeżdżanie przechodniów, tudzież masakrowanie ich w jakiś inny chory sposób (rażenie prądem, palenie itp.). Nowatorski pomysł szybko zaskoczył, gracze na całym świecie oddawali się radosnej rozwałce mieszkańców wirtualnych miast i wsi. W krótkim czasie ukazały się dwie kontynuacje oferujące jeszcze więcej psychopatycznej rozrywki. Dlaczego o tym piszę? Bowiem inspiracją dla “Carmageddonu” i następców stał się film z 1975 r. pod tytułem Death Race 2000 z Davidem Carradine’em i Sylvestrem Stallone, traktujący o niebezpiecznym i brutalnym wyścigu. Pomimo chłodnego przyjęcia przez krytykę, obraz szybko zyskał status kultowego. Najwidoczniej również dla Paula W. S. Andersona, który postanowił nakręcić nową wersję liczącej już ponad trzydzieści lat produkcji. Reżyser dopiął swego i na ekrany kin wchodzi (z lekkim poślizgiem w stosunku do USA) Death Race: Wyścig śmierci.

Fabuła przedstawia się dość schematycznie. Jako wprowadzenie służy krótka historyjka, z której można się dowiedzieć, iż w ciągu czterech lat, poczynając od roku 2008, ekonomia Stanów Zjednoczonych kompletnie się załamie, a bezrobocie i przestępczość staną się najważniejszymi problemami społecznymi. Pojawiają się również prywatne korporacje, zarządzające zakładami karnymi dla zysków. I właśnie w jednym z więzień ma miejsce tytułowy wyścig, transmitowany do internautów na całym świecie. Skazani, jeżdżący uzbrojonymi i opancerzonymi samochodami, eliminują się nawzajem ku uciesze widzów oraz zadowolonej z napływających na jej konto pieniędzy, sadystycznej pani naczelnik (Joan Allen). Na arenę trafia, wrobiony w morderstwo ukochanej żony, Jensen Ames (Jason Statham). Ma on udawać Frankensteina, najpopularniejszego kierowcę, który zginął w trakcie poprzedniej edycji wyścigu…

Wszelkie zawarte w scenariuszu wątki służą tylko i wyłącznie ukazaniu wesołej rąbanki, pościgów i widowiskowych efektów pirotechnicznych. I w żadnym wypadku nie jest to wadą, bowiem jakiekolwiek historie poboczne wprowadzałyby tylko niepotrzebne przestoje w tej dynamicznej fabule. Nawiasem mówiąc, w oryginale z 1975 roku dodano kilka zbędnych motywów, które skutecznie odbierały przyjemność płynącą z seansu. Tutaj tego nie uświadczymy – Anderson dobrze utrzymał tempo i nie sposób nudzić się podczas projekcji. Dzieje się dużo, szybko, efektownie i (trzeba to uczciwie przyznać) bardzo pomysłowo. Więźniowie radośnie eliminują się nawzajem. Robią to na różne sposoby, które normalnemu człowiekowi raczej do głowy nie przyjdą. Jednego nie sposób Death Race odmówić – jeśli ktoś chce się dobrze bawić, po prostu usiąść w fotelu i rozerwać, bez angażowania nawet pojedynczej szarej komórki, to nie znajdzie lepszej propozycji.

Cieszy fakt, iż widać i słychać kategorię R. Film nie został sztucznie ugrzeczniony. Z ekranu padają co jakiś czas słowa niecenzuralne, a i kilka scen podchodzących pod gore się znalazło. Wprawdzie trudno mi sobie wyobrazić ten obraz bez podobnych ozdobników, ale producenci z Hollywood potrafią wymyślać rzeczy, o których filozofom się nie śniło.

W opisywanym przypadku na szczęście trzymali swoje pazerne łapki z daleka i dzięki temu widz otrzymał produkt krwawy i dość soczysty językowo (jak na obecne standardy). Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, iż Death Race przywodzi na myśl kino akcji z lat osiemdziesiątych, gdzie fabuła często nie miała znaczenia, a zamiast tego oglądaliśmy dynamiczne sceny pościgów i strzelanin. Również efekty komputerowe zostały ograniczone do minimum, albo też tak dobrze wkomponowano je w prawdziwe plenery, że nie rażą sztucznością. Blacha się gnie, tu i ówdzie pojawiają się pożary. Uczestnicy wyścigu śmieją się histerycznie, bądź też przeraźliwie wrzeszczą. Pociski śmigają, czasem docierając do celu, wybuchy wesoło wykwitają na torze, a wszystko to w starym, dobrym, bezpretensjonalnym stylu.

Wypada też napisać coś o związkach z oryginałem z 1975 roku. Otóż poza samą ideą bezwzględnego wyścigu, kilkoma imionami głównych bohaterów oraz głosowym cameo Davida Carradine’a w pierwszych scenach nowej wersji (oryginalny Frankenstein), obie produkcje dzieli właściwie wszystko. Death Race 2000 to dość tandetna mieszanka science-fiction, czarnej komedii, filmu drogi oraz dramatu opowiadającego o państwie totalitarnym. Paul Anderson natomiast nakręcił futurystyczne kino akcji, przy czym przymiotnik futurystyczne dotyczy właściwie tylko otoczki i aspektów, nazwijmy je, ekonomicznych. Cała reszta nie odbiega w jakiś drastyczny sposób od znanych nam realiów – ani wygląd samochodów (biorąc oczywiście poprawkę na uzbrojenie i opancerzenie), ani przedmioty codziennego użytku czy też stroje niczym nie zaskakują i wyglądają zupełnie zwyczajnie. Co ciekawe, producentem obu wersji jest Roger Corman, a jego imię na stałe wiąże się z filmami klasy B i kolejnymi literami alfabetu.

W obrazie Andersona można za to dostrzec pewne elementy wspólne z The Running Man Paula Michaela Glasera z Arnoldem Schwarzeneggerem. Tam też główny wątek kręci się wokół brutalnego show, którego uczestnicy walczą ze sobą, a żądni krwi widzowie obserwują te zmagania z wypiekami na twarzy. Sielanka trwa tak długo, aż w całą sprawę nie zostanie wmieszany bohater Arnolda. Biorąc pod uwagę fabułę, okazuje się, iż Death Race znacznie bardziej czerpie właśnie z The Running Man niż z “oficjalnego” oryginału. Anderson nawiązał też w swoim filmie do Mad Maxa, a szczególnie do środkowej części trylogii opowiadającej o przygodach postapokaliptycznego wojownika.

Muszę jeszcze napisać parę słów o zdjęciach. Znajdziemy w filmie Andersona mnóstwo szybkich, dynamicznych ujęć, ale nie na tyle chaotycznych, by nie dało się dostrzec, co dzieje się w danym momencie na ekranie. Warto też wspomnieć, że muzyka wyjątkowo dobrze współgra z obrazem.

Podczas seansu nasunęła mi się refleksja, że przedstawiony w filmie pomysł na brutalny teleturniej wcale nie jest tak odległy od rzeczywistości, jak można by w pierwszej chwili sądzić. Już teraz można w ramówkach poszczególnych stacji telewizyjnych znaleźć programy, które jeszcze kilka lat temu nie miały szansy, aby zaistnieć na antenie. Łamanie kolejnych barier oraz żerowanie na najniższych instynktach zaczyna powoli stawać się codziennością w batalii o podniesienie oglądalności. Kto wie, czy za parę lat ktoś nie posunie się do wcielenia w życie pomysłu z obrazu Paula Andersona. Wysoka frekwencja przed odbiornikiem gwarantowana…

Czy warto zatem obejrzeć najnowsze dzieło twórcy między innymi AVP: Alien vs. Predator? Tak, ale pod warunkiem, że oczekujemy totalnie i absolutnie rozrywkowego produktu, w którym aż roi się od niedorzecznych i nierealistycznych scen.

Jeśli pragniemy na jakiś czas zapomnieć o problemach i dać pożywkę zmysłowi wzroku i słuchu, możemy skusić się na seans.

Tekst z archiwum film.org.pl (05.10.2008)

REKLAMA