search
REKLAMA
Recenzje

CZWARTY CZŁOWIEK. Doskonałe kino gatunkowe

Tekst gościnny

7 czerwca 2020

REKLAMA

Autorem tekstu gościnnego jest Mateusz Nawrocki.

Paula Verhoevena nikomu przedstawiać nie trzeba. Chociaż rzadko jest wymieniany jednym tchem obok największych (czy słusznie, czy nie – to temat na inną okazję), nie ulega najmniejszej wątpliwości, że kilka jego filmów zapisało się złotymi zgłoskami na kartach historii kina. Bo kto nie zna Robocopa, Nagiego instynktu czy Pamięci absolutnej? Nawet jego gorzej przyjęte filmy, jak Żołnierze kosmosu i (przede wszystkim) Showgirls, po latach doczekały się kultowego statusu.

Zanim jednak Verhoeven dał się poznać światu, wysyłając Schwarzeneggera na Marsa, czyniąc z Sharon Stone symbol seksu lat 90 czy portretując strzeżone przez Petera Wellera futurystyczne Detroit, kręcił filmy w Europie, a konkretniej rzecz biorąc w rodzimej Holandii. Zdobywszy uznanie na Starym Kontynencie, stosunkowo szybko zwrócił na siebie uwagę Hollywood. Na początku lat 80. wydawało się kwestią czasu, że Holender wyruszy na drugą stronę Atlantyku, skuszony perspektywą większych pieniędzy i wizją podjęcia kolejnych artystycznych wyzwań, których efekty miałby szansę zaprezentować szerszej publice. Zanim to jednak nastąpiło, postanowił nakręcić w Europie swój ostatni film. Na warsztat wziął ekranizację powieści jednego z najbardziej uznanych, a zarazem kontrowersyjnych holenderskich pisarzy, pochodzącego z Amsterdamu Gerarda Reve – zadeklarowanego homoseksualisty i zagorzałego przeciwnika komunizmu. Zaadaptował ją na potrzeby scenariusza stały współpracownik reżysera, Gerard Soetman.

Czwarty człowiek opowiada historię biseksualnego pisarza, Gerarda (bohater stanowi niejako literackie alter ego samego Reve i dzieli z nim to samo nazwisko), który wyjeżdża do małego, nadmorskiego miasteczka, by tam wygłosić przemowę i odpowiedzieć na pytania w ramach spotkania autorskiego. Na miejscu poznaje Christine, która uwodzi go i zaprasza do siebie. Gerard szybko przekonuje się, że nie będzie to tylko przygoda na jedną noc i krok po kroku poznaje coraz więcej niepokojących faktów z jej życia, jednocześnie snując swoją własną intrygę.

Korzystając z gatunkowych schematów, Verhoeven tworzy film na własnych, mocno specyficznych zasadach. Nie rezygnując do końca z hołdowania klasycznej hitchcockowskiej formule, ozdabia ją we właściwy sobie sposób nieskrępowaną nagością, krwią i perwersją. Tam, gdzie Hitchcock jedynie sugerował pewne rzeczy i zostawiał wiele dla wyobraźni widzów, Verhoeven pokazuje wszystko od A do Z, bez zbędnej krępacji, najczęściej w możliwie najbardziej graficzny sposób, ignorując wszelkie ekranowe konwenanse. Oddaje cześć, ale też zdaje się lekko pokpiwać ze starego mistrza i przyzwyczajeń publiki. Sprawia wrażenie, jakby korzystał z ogranych sztuczek, ale dodaje sporo od siebie, wykoślawia, odbija w krzywym zwierciadle, przerabia na własną modłę. Daleko mu do zwyczajnego epigona, jest raczej wyrafinowanym, świadomym schematów postmodernistą. Ale nie tylko mistrza suspensu cytuje, bo znajdziemy tutaj także odniesienia do Trzeciego człowieka czy nawet Gabinetu Doktora Caligari. Przede wszystkim jednak pozostaje sobą.

Od początku kreuje protagonistę na osobę, której osąd może wydawać się mocno zaburzony. Już w pierwszej scenie widzimy, że to mający skłonności do swobodnej interpretacji otaczającej go rzeczywistości i snucia perwersyjnych wizji, nadużywający alkoholu abnegat, którego do działania napędza głównie popęd seksualny. Jednocześnie jest również mocno wierzącym i wciąż poszukującym religijnych doznań katolikiem, co ma swój przewrotny urok i znajduje odzwierciedlenie w dalszej części filmu.

Poprzez senne wizje, które stopniowo przenikają do rzeczywistości, Verhoeven w perfekcyjny sposób kreuje odrealniony, mocno oniryczny klimat, jednocześnie czyniąc z koszmarów, dręczących Gerarda, integralną część fabuły. To w nich zawarte jest najwięcej symboliki, tropów sugerujących dalszy rozwój fabuły. Holender po mistrzowsku stosuje tzw. foreshadowing, niekiedy wręcz pokazując wprost, czego możemy się spodziewać, jednocześnie nie mając o tym pojęcia.

Film od początku atakuje dosadną symboliką, celowo wyolbrzymia metafory, bezpardonowo rzucając nimi z ekranu. Czego tutaj nie ma? Zgubny popęd seksualny, dążenie do zaspokojenia własnych ambicji cudzym kosztem, biseksualizm, szczypta perwersyjnego seksu, odrobina voyeuryzmu. Swoje miejsce znajdują też freudowskie teorie, strach przed kobietami, niechęć do celibatu. Verhoeven śmiało korzysta również z symboli katolicyzmu, umiejętnie wplatając je zarówno w wizje bohatera, jak i jego światopogląd, a także filmowy świat przedstawiony, niekiedy w obsceniczny, obrazoburczy sposób. Padają odniesienia do Najświętszej Panienki i przypowieści o Samsonie i Delaili. To drugie rezonuje zwłaszcza z szeroko eksponowanym motywem uległości mężczyzn wobec kobiet, które doskonale znają ich słabe strony i są bezlitosne w wykorzystywaniu tego do własnych korzyści. Otwierająca film sekwencja z pająkiem, łapiącym muchę i spacerującym po twarzy figury, przedstawiającej ukrzyżowanego Jezusa, stanowi swoistą zapowiedź, a zarazem podsumowanie tego, czego doświadczymy w samym filmie. Jest w tym wszystkim pewna doza bezczelności, twórczej pewności siebie. To wręcz swego rodzaju rzucanie wyzwania, nie tyle przekraczanie granic, co ich ostentacyjne ignorowanie, obliczone na konkretny efekt, jednak w żadnym razie nie robiące tego tylko i wyłącznie na pokaz. Verhoeven wyraźnie ma wszystko pod kontrolą i gołym okiem widać, że doskonale się przy tym bawi. Nie traktuje niczego zbyt serio, ale też nie rozluźnia się za bardzo, pozwalając, by widzowie sami mogli się doszukać pobrzmiewającej tu i ówdzie bezlitosnej ironii, sarkastycznego rechotu, który zdaje się dochodzić zza kadru. Nie rezygnuje przy tym z dwuznaczności, do końca nie określając, czy to wszystko to tylko filmowa zabawa, czy jednak również ambitna próba opowiedzenia czegoś więcej. Właściwą odpowiedzią byłoby chyba: i jedno, i drugie.

Przy całej tej intertekstualnej popisówce nie zapomina jednak o budowaniu suspensu. Klimat niemal od początku jest niesamowicie gęsty i sugestywny. Wizje Gerarda wzbudzają niepokój i wywołują poczucie dyskomfortu, jednocześnie intrygując. Podobnie jak postać Christine – jej tajemnicza przeszłość i trudne do określenia motywacje stanowią jeden z motorów napędowych fabuły. Do budowania dusznej atmosfery wydatnie przyczyniły się znakomite zdjęcia autorstwa Jana De Bonta. Skąpane w półmroku pomieszczenia, gra światłocieniem, inteligentne kadrowanie i odpowiednia dynamika idealnie zgrywają się z tematyką snutej przez Verhoevena historii. Znakomitą robotę robią także aktorzy, szczególnie wcielający się w Gerarda Jeroen Krabbé, któremu ten występ otworzył drogę do Hollywood, gdzie wystąpił (przeważnie pojawiając się na drugim planie) w takich filmach jak Ścigany czy W obliczu śmierci. Jego ekranową partnerką była, obdarzona androgeniczną urodą, perfekcyjnie odgrywająca rolę zjawiskowej femme fatale, Renée Soutendijk, która na przemian intryguje i wzbudza pożądanie swoją wystudiowaną, pewną siebie pozą, za którą kryje się jakaś kruchość, ale i bezwzględność.

Wszystkie wymienione wyżej elementy składają się na doskonałe kino gatunkowe, które po latach nie utraciło nic ze swojej drapieżności. To wciąż znakomicie skonstruowany, trzymający w nieustannym napięciu thriller, niepozbawiony jednak wisielczego humoru, skrywający w sobie pokłady ironii i artystycznej prowokacji, zrobiony z jajem i obdarzony wyraźnym autorskim podpisem, którego nie da się podrobić. To nie tylko ścisła czołówka filmografii holenderskiego reżysera, ale też jeden z najlepszych i zarazem najbardziej niedocenionych filmów lat 80, o którym dziś pamięta niewielu. Ale jeżeli ten tekst sprawi, że odkryje i doceni go choć kilka osób, to będzie znak, że warto było go spłodzić.

REKLAMA