W stronę zachodzącego słońca

CZŁOWIEK ZWANY MŁOTEM. 50 lat od premiery

Amerykański spaghetti-western z serialowym Maverickiem w roli tytułowej.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Sledge Hammer

Kiedy na świecie wybuchła fascynacja filmami Sergia Leone oraz jego licznych naśladowców i kontynuatorów mody na spaghetti westerny, Amerykanie nie mogli pozostać na to obojętni. Sporo tamtejszych gwiazd zaczęło hurtem przyjmować role u włoskich reżyserów, a z czasem na słynnej pustyni w hiszpańskiej Almerii przybywało ekip z USA, gotowych kręcić tańsze i mniej wymagające dzieła gatunku. Do takich z pewnością należy obchodząca w tym roku swoje pięćdziesiąte urodziny koprodukcja włosko-jankeska, obsadzona niemal w całości twarzami znanymi z telewizyjnych hitów gatunku.

Powstała pod szyldem studia Columbia ma w sobie wiele wspólnego ze starszym o rok Samem Whisky. Jest podobnie zawadiacka, również opiera się na schemacie sympatycznego bandyty – tu: Luthera Sledge’a – i jego ekipy, która podejmuje się rabunku złota z dobrze strzeżonego, niebezpiecznego miejsca, jakim tym razem jest… więzienie. Także łączący przygodę, humor i odpowiednią dramaturgię Człowiek zwany Młotem wydaje się być może ciut poważniejszy, mocniej stąpający po ziemi od poprzednika, lecz dostarcza rozrywki na dokładnie tej samej, bezpretensjonalnej zasadzie. I też wychodzi ze swojego zadania zwycięsko, nawet jeśli w ostatecznym rozrachunku nie stanowi jakiegoś wielce pamiętnego widowiska, o którym będziemy śnili po nocach i przypominali go sobie o poranku z wypiekami na twarzy.

To nie jest klasyk na miarę Django czy chociażby przygód Sartany.

Taniości oraz swoistej B-klasowości tego dziełka słynny producent Dino De Laurentiis nie krył zresztą od samego początku, stawiając na tandetne i zarazem godne najlepszych one-linerów kolejnej dekady hasełka reklamowe, pokroju: „When SLEDGE hits town it stays hit!” (w tym wypadku trudno o logiczny przekład oryginału) czy „Lock up your gold… hide your daughters… here comes SLEDGE” („Zamknijcie swoje złoto, ukryjcie córki, nadjeżdża Młot”). Bądźmy jednak szczerzy – oba nie oddają tak naprawdę ani całej natury filmu, ani tym bardziej jego bohatera.

W tego koncertowo i z niejakim nerwem wcielił się James Garner – popularny głównie, acz nie tylko, dzięki serialowi Maverick (1957–62), który po latach udanie przeniósł na duży ekran Richard Donner, obsadzając aktora w roli mentora głównego bohatera, w jakiego wcielił się Mel Gibson. Garnerowi towarzyszą nie mniejsze sławy telewizji, czyli: Dennis Weaver (będący jeszcze przed występem w Pojedynku na szosie młodego Stevena Spielberga, grał w mało znanej w Polsce serii Gunsmoke), Wayde Preston (nadawany w latach 1957–60 cykl Colt .45 – nie mylić z filmem o takim tytule z 1950 roku) i Tony Young (serial Gunslinger), a także pamiętni „drugoplanowcy” Claude Akins (Joe Burdette z Rio Bravo) i John Marley (Kasia Ballou). Ten męski zespół westernowej Mission: Impossible uzupełniają włoskie piękności, dla których udział w Młocie był z pewnością jednym z highlightów kariery: Laura Antonelli oraz Paola Barbara (Killer, adios), jak i dobra przyjaciółka Piera Paolo Pasoliniego, znana choćby ze Słodkiego życia Laura Betti.

Co ciekawe, za reżyserię filmu odpowiadał aktor Vic Morrow – tragicznie zmarły na planie kinowej Strefy mroku Spielberga i spółki, a w danym gatunku mający za sobą występ chociażby w Cimarronie oraz cenionej także i u nas serii Bonanza. Był to jego drugi – po Deathwatch z Leonardem Nimoyem – film, do którego napisał także scenariusz (wespół ze swojskim Frankiem Kowalskim, autorem historii Dajcie mi głowę Alfredo Garcii, i Massimo D’Avakiem) oraz przyozdobił epizodem jednego ze strażników pilnujących złota. Niestety był zarazem ostatnim, na co wpłynęły typowe dla tej branży niesnaski z producentem, który pozbawił Morrowa kontroli nad montażem filmu.

Trudno wyrokować czy to dobrze, czy źle, bo ostateczny rezultat to całkiem sprawnie poprowadzone pół godziny niezobowiązującej rozrywki. Morrow jednak dość szybko zapomniał o swoim dziecku. A i sam Garner wypowiadał się później o Młocie w mało pochlebny sposób, zastanawiając się, jakim cudem dał się De Laurentiisowi namówić na udział w całym przedsięwzięciu. Pod tym względem trafny wydaje się zatem hiszpański tytuł filmu – Cabalgando al infierno, co tłumaczyć można jako Przejażdżka do piekła. No cóż…

Osobiście nie byłbym jednak aż tak okrutny dla Człowieka zwanego Młotem. Owszem, wbrew swej nazwie nie powala na ziemię, zatem nic dziwnego, że spotkał go raczej dość chłodny odbiór i nie stał się klasykiem na miarę Django czy chociażby przygód Sartany. Ba! Nawet piosenka przewodnia Other Men’s Gold w wykonaniu Stefana Grossmana, choć sama w sobie zwyczajnie fajna, stanowi niejaką podróbkę najlepszych westernowych ballad. Lecz jest to jeden z tych filmów, których nie sposób nie lubić. Tak samo jak przywołany na początku hit Burta Reynoldsa, ta całkiem solidna dawka rozrywki na Dzikim Zachodzie po latach trzyma się dzielnie w siodle, zachowując oldskulowy fason i całkiem niezłe tempo akcji.

Trudno pokusić się w tym wypadku o wyświechtane stwierdzenie, że „takich filmów już się nie robi”, bo byłoby to wynoszenie pracy Morrowa na podest, na którym nigdy nie stała. Niemniej w swojej klasie jest to na tyle udana produkcja, że na dłuższą metę nie ma sensu czepiać się jej drugorzędności oraz jawnej wtórności. Także okazjonalny brak pazura czy jakiegoś konkretnego charakteru ulega tu po prostu dobrej zabawie w kowboi. Ale przecież czasem właśnie o taką przyjemność chodzi.

Ostatnio dodane