Recenzje

CZARNY MERCEDES. Po co nam to było?

Niezamierzona parodia kryminału z ciekawym tłem.

Autor: Przemysław Mudlaff
opublikowano

Najpierw była powieść pod tytułem Czarny mercedes, potem miał pojawić się serial (zapewne również pod tytułem Czarny mercedes), a ostatecznie wyszedł film Czarny mercedes. Trafniej byłoby jednak powiedzieć, że powstał film, który nie wyszedł. Mawia się, że papier przyjmie wszystko. Przywołując tę sentencję – wymawianą często ironicznie w obliczu niemożności zrobienia czegoś, co wcześniej zostało fantazyjnie rozpisane na papierze – nie mam jednak na myśli, że pierwowzór literacki obrazu Majewskiego, którego zresztą sam reżyser jest autorem, to coś niedobrego, grafomańskiego. Chodzi mi raczej o to, że niektórych powieści po prostu nie sposób przełożyć na język filmu, nawet jeśli ten trwa dobre dwie godziny. Czarny mercedes to właśnie przykład takiej adaptacji.

Czarny Mercedes to osadzona w okupowanej Warszawie opowieść o nadkomisarzu Rafale Królu (Andrzej Zieliński), adwokacie Karolu Holzer (Artur Żmijewski), oficerze SS Maximilianie von Fleckensteinie (Aleksandar Milićević), których na trzech płaszczyznach czasowych łączy postać najpierw żywej, a potem zamordowanej (albo odwrotnie) Anety Landau/Krystyny Holzer (Maria Dębska).

Janusz Majewski jest wręcz legendarną personą polskiej kinematografii, w związku z czym doprawdy trudno pisać o jego najnowszej filmowej porażce. Zacznijmy może zatem od rzeczy, za które Czarny mercedes można pochwalić. Film Majewskiego przede wszystkim przedstawia zupełnie inny niż zazwyczaj oglądany w polskim kinie obraz okupowanej Warszawy. Mieszkańcy stolicy starają się, mimo wojny, po prostu żyć. Oczywiście tragedie ludzkie wpisane są w wojenną rzeczywistość, co zresztą sprawnie zaakcentowano, ale gdzieś w żydowskim getcie istnieją na przykład wejścia do ekskluzywnych restauracji i klubów, których gośćmi są zarówno Niemcy, jak też Żydzi i Polacy. Interesująca jest także działalność jednego Holzera. Zajmuje się on bowiem pośrednictwem w sprzedaży mienia żydowskiego, z której pieniądze trafiają do getta. Powyższe wątki, chociaż niezwykle zajmujące i godne dogłębnego zbadania, stanowią jednak w Czarnym mercedesie wyłącznie efektowne, ładnie sfotografowane tło dla rozczarowującej romantyczno-kryminalnej historii kilku postaci.

Większość błędów Czarnego mercedesa wynika z nieumiejętności przekształcenia literackiego pierwowzoru w filmową opowieść.

Większość błędów Czarnego mercedesa wynika z trudności lub być może nieumiejętności przekształcenia literackiego pierwowzoru w filmową opowieść. Scenariusz obrazu Majewskiego pełny jest logicznych dziur i skrótów związanych z niemożnością przeniesienia na ekran wszystkich aspektów powieści. Uwidacznia to się najmocniej poprzez nieuzasadnione działania bohaterów. Reżyser zdaje się być zresztą niezdecydowany i poprzez przedstawianie widzom wydarzeń z perspektywy czterech lub pięciu osób gubi napięcie, które jest przecież wyznacznikiem rasowego kryminału. Wpływ na nijakość i nudę bijącą z ekranu ma również rozwleczenie historii na trzy płaszczyzny czasowe, z których jedną poznajemy za pomocą beznamiętnej opowieści Holzera. A zagadka? No cóż, jej rozczarowujące rozwiązanie, choć podane jak na tacy gdzieś w środku drugiej połowy czasu trwania obrazu, przez ostatnie kilkadziesiąt minut Czarnego mercedesa jest jeszcze widzom łopatologicznie tłumaczone.

W rezultacie film mający być kryminałem staje się jego niezamierzoną parodią. Jak bowiem inaczej nazwać zdolność nieprawdopodobnej dedukcji nadkomisarza Króla, który po spojrzeniu przez lupę na czerwone paznokcie denatki Krystyny oznajmia, że morderca nie dopuścił się na niej gwałtu? Albo jak uwierzyć w cierpienie męża wyżej wspomnianej zamordowanej, który tuż po odnalezieniu jej ciała wzywa tak zwanych granatowych i otwierając im drzwi, rzuca oschle, że ofiara leży w kuchni? Znów problem zdaje się polegać na błędach adaptowania literatury, z której żywcem wyjęto dialogi i wsadzono w usta zdolnych i uznanych przecież aktorów. Takie praktyki raczej nigdy się nie udają.

Skoro już jesteśmy przy aktorach, należy podkreślić, że Czarny mercedes przypomina trochę recital Janusza Majewskiego, na którym pojawiły się same gwiazdy polskiego kina. Brzmi to może nieco niegrzecznie, ale jak inaczej nazwać wcielanie się aktorów w postaci, których obecność absolutnie nic do obrazu nie wnosi (patrz Bogusław Linda, Danuta Stenka i, skądinąd najbardziej efektowny z wszystkich aktorów trzeciego planu, Andrzej Seweryn).

Film Majewskiego najlepiej spuentował sam jego autor, który bezzasadnie rozbierając Marię Dębską, ukazał ją stojącą przed lustrem całkowicie roznegliżowaną, pytającą bez większego sensu samą siebie: „po co mi to było?”. Podobne pytanie nasuwa mi się w odniesieniu do całej ekranizacji Czarnego mercedesa. Po co nam to było?

Ostatnio dodane