Recenzje

CZARNE ŚWIĘTA (2019). Siostractwo atakuje

Slasher, gdzie mocniej od noży ciacha ideologiczna agresja wzburzonych kobiet.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Już dawno nie widziałem filmu, co dopiero horroru, którego ideologia została podana w sposób tak agresywny i pełen jadu.

Zacznijmy od początku. W 1974 roku kanadyjski reżyser Bob Clark nakręcił Czarne święta, dreszczowiec o mordowanych na kampusie studentkach. Film miał posępny, daleki od świątecznego klimat, nie bał się okrucieństwa, choć sceny zabójstw nie epatowały makabrą, a finał stawiał pod znakiem zapytania tożsamość napastnika. Po dziś dzień dzieło Clarka jest traktowane z należną mu estymą jako prekursorski slasher, o kilka lat wyprzedzający Halloween oraz Piątek trzynastego. Oczywiście musieliśmy doczekać się nowej wersji, choć obecny film jest już drugim remakiem – w 2006 roku Glen Morgan nakręcił Krwawe święta (w oryginale wciąż Black Christmas), niczym niewyróżniające się, typowe dla poprzedniej dekady odkurzenie klasyka z modną wtedy obsadą, by wymienić tylko Mary Elizabeth Winstead czy Michelle Trachtenberg. Pytanie, jakie się nasuwa, brzmi – po co kręcić to samo po raz trzeci, zwłaszcza że poprzednia próba została podjęta nie tak dawno temu?

Czarne święta w reżyserii Sophii Takali chcą być bardzo aktualnym filmem – niby biorą z oryginału schemat terroryzowanych przez nieznanego mężczyznę studentek, ale jednocześnie, w dobie ruchu #metoo, czynią z tej horrorowej kliszy pretekst, aby opowiedzieć o naszym dzisiejszym świecie. Mamy zatem Riley (zawsze solidna Imogen Poots), studentkę ostatniego roku, osobę nieco wycofaną, ale świetnie czującą się w towarzystwie swoich „sióstr” z bractwa (w języku angielskim istnieje rozróżnienie na formę męską i żeńską, ale u nas brakuje czegoś takiego; w kontekście całego filmu „stowarzyszenie” byłoby lepszym wyborem, ewentualnie jakiś neologizm, np. „siostractwo”, jakkolwiek niedorzecznie to brzmi). Szybko dowiadujemy się, że trzy lata wcześniej Riley została zgwałcona przez wysoko postawionego w hierarchii uczelni studenta, któremu jednak nic nie udowodniono. Inna rzecz, że koledż Hawthorne’a stoi na fundamentach szowinistycznej ideologii swojego założyciela, który mężczyzn traktował niemal jak nadludzi. Nie wiem, czemu jakakolwiek kobieta chciałaby tam studiować, ale kino widziało dziwniejsze rzeczy.

Nie dziwi fakt, że w dobie współczesnej świadomości studentki wywalczyły usunięcie popiersia Hawthorne’a ze szkolnej gabloty, a teraz chcą również relegować wykładowcę angielskiej literatury (biedny Cary Elwes). Powód? Brak w programie dzieł napisanych przez kobiety, ale również autorów afroamerykańskich i homoseksualnych. Był to pierwszy moment, gdy nóż otworzył mi się w kieszeni. O ile rozumiem potrzebę zerwania z prymatem białego heteroseksualnego mężczyzny, również na polu literackiego dorobku danego społeczeństwa (oczywiście musi mieć ono wybitnych i ważnych twórców innego koloru skóry, orientacji seksualnej lub płci, ale i autorytety, które będą umiały właściwie ocenić ich dzieła), o tyle czymś innym jest próba podporządkowania sobie kulturowego dziedzictwa pod widzimisię studentki o krańcowych poglądach. Jest nią Kris, bliska przyjaciółka Riley – wciela się w nią Aleyse Shannon, czyniąc ze swojej bohaterki wściekłą, wojującą feministkę, taką, która wie, że ma rację, nawet gdy jej nie ma.

Czarne święta AD 2019 to irytujące kino wielkiego podziału na mężczyzn i kobiety. Na zgodę nie ma szans.

Przez pewien czas scenariusz Takali i April Wolfe nie jest w swej wymowie tak ostry, jak pewnie chciałaby tego Kris, ale całkiem nieźle radzi sobie z pełną napięć fabułą. Kiedy kampus odwiedza gwałciciel Riley, ta radzi sobie ze strachem dzięki świątecznemu występowi, podczas którego wyśpiewuje swoją historię. To dobra scena, zarówno za sprawą aktorstwa Poots, jak i szekspirowskiego pomysłu, aby z pozornie niewinnego show uczynić oskarżenie, a tym samym jeszcze mocniej zawiązać konflikt, generując więcej nerwowej atmosfery. Niejako obok tego rozgrywa się ta klasyczna część Czarnych świąt, czyli seria morderstw dokonywanych na dziewczynach przez zamaskowaną postać. Momenty te są kompetentnie nakręcone, sposobem ataków odsyłają do oryginalnego filmu (często bardzo pomysłowo), a w jednej scenie kopiują charakterystyczne, niezwykle efektowne ujęcie z Egzorcysty III. Nawet bez oglądania niesamowicie spojlerowego zwiastuna wiemy, że oba te wątki w końcu się połączą.

Zanim jednak do tego dojdzie, gdzieś w połowie filmu dochodzi do najlepszej sceny, która na moment zmieniła trajektorię mojego myślenia o intencjach twórców tego remake’u. Okazuje się, że puszczone do sieci nagranie ze wspomnianego show staje się kością niezgody pomiędzy Riley a Kris. I nagle ta pierwsza czyni swojej przyjaciółce zarzuty, które ja sam miałem do tej pory – że operuje językiem pełnym agresji, że nikogo nie słucha, że jej działanie niesie ze sobą więcej szkody niż pożytku. Kris zaś stwierdza, że przez Riley przemawia strach, od którego powinna się uwolnić. W tle Nate, chłopak jeszcze innej dziewczyny, wyraża swoją dezaprobatę wobec całej tej wymiany zdań, poirytowany, że w ogóle jest jej świadkiem. Myślę sobie – jest dobrze, bo oto twórcy nie tyle krytykują coś, co wydawało się stać u podstaw ich konceptu, ile przenoszą na ekran dialog (a raczej kłótnię) rożnych obozów, łącznie z tymi, którzy są zmęczeni utyskiwaniem jednych i drugich. Nieprzypadkowo tym ostatnim jest mężczyzna, ale nie można mieć wszystkiego.

Jaka szkoda, że ostatecznie Takali opowiada się za którąś ze stron, torpedując ten dyskurs w sposób poniżający tak mężczyzn, jak i kobiety. Riley jest niewolnicą własnej traumy, Nate zaś ofiarą paru wypitych piw i kontroli umysłu (tak, dobrze przeczytaliście – kontroli umysłu). Tylko Kris wydaje się zatem myśleć trzeźwo i to jej agresywny głos dominuje w filmie, który tak bardzo chce w nas wmusić swoją ideologię, że traci pozór wiarygodności, na długo zanim okaże się, że [SPOILER] za morderstwami stoi nadprzyrodzona siła. [KONIEC SPOILERA]

Czarne święta AD 2019 to irytujące kino wielkiego podziału na mężczyzn i kobiety. Nie ma szans na zgodę, bo faceci są albo z natury źli, albo słabi, skoro poddają się praniu mózgu. Kobietom nie grozi ani jedno, ani drugie, chyba że któraś zdradzi własną płeć – wtedy nie ma zmiłuj. Co więcej, nowy film wyraźnie działa w kontrze do oryginału. Nie tylko sprawia wrażenie, jakby nie chciał mieć z pierwowzorem Clarka nic wspólnego (ani ze slasherowymi schematami w ogóle), ale – idąc za tokiem myślenia Kris – jest także dziełem, które chciałoby zastąpić tamten film w pamięci widzów i w książkach o kinie.

Ostatnio dodane