Recenzje

CLOVERFIELD. „Tylko” bardzo dobry film katastroficzny

Autor: Dawid Karpiński
opublikowano

Nowy Jork to chyba najbardziej pechowe miasto w dziejach filmu. Wielkie małpy wdrapujące się na budynki, deszcze meteorytów, powodzie, plagi wampirów i tym podobne atrakcje od dawna ubarwiają życie mieszkańcom Wielkiego Jabłka. Nawet jeśli problem jest raczej globalny, vide odwiedziny ufoludków w Dniu Niepodległości, to i tak obserwujemy go z perspektywy ludzi w nim mieszkających. Nie inaczej jest tym razem, miasto ponownie staje w obliczu zniszczenia z rąk / macek / odnóży potwora giganta, który nagle wypełzł z oceanu. W przeciwieństwie do Godzilli Emmericha (która notabene średnio się udała, ale i tak da się ją oglądać w przeciwieństwie do japońskich pierwowzorów – musiałem to napisać) głównym bohaterem nie jest sztab antykryzysowy ale zwyczajni obywatele. Zwykli, zdezorientowani ludzie, którzy nie mają dostępu do najświeższych informacji i praktycznie wszystkiego o monstrum dowiadują się na własnej skórze.

Cloverfield zaistniał w świadomości widzów dzięki tajemniczemu zwiastunowi bez tytułu, ale za to sygnowanego nazwiskiem J.J. Ambramsa, twórcy jednego z najbardziej popularnych seriali ostatnich lat. W tym momencie w niektórych głowach zaświeciły się żarówki obok tablic z napisami: „niedomówienie”, „niewyjaśniona tajemnica”, czy „wyciskanie wszystkiego z widzów”. Kto oglądał Lost ten wie o co chodzi. Kampania trwała w najlepsze dzięki swojemu wirusowemu charakterowi. Wszelkie zajawki ujawniały bardzo mało, a samego potwora, który przewala się przez kolejne ulice właściwie nie było widać. Nimb tajemnicy, który od początku otaczał Cloverfield, był siłą napędową kampanii, resztę wykonali sami internauci próbując domyślić się wyglądu enigmatycznej kreatury. Do samej premiery nie było wiadomo jak owo monstrum będzie się prezentować, chociaż sieć roiła się od fałszywych artworków i grafik koncepcyjnych, w tym kilku bardzo sugestywnych. Niestety, mój faworyt, świetnie zaprojektowany zmutowany płetwal błękitny jednak okazał się fałszywką. Ale nie ma co rozpaczać, designerzy odwalili kawał dobrej roboty. Efekt ich prac nie przypomina żadnego z żyjących na Ziemi zwierząt, na siłę można doszukiwać się podobieństw do pewnego żyjątka, ale wspólnym mianownikiem będzie tylko ogólny zarys budowy ciała. Mimo wszystko lepiej przed seansem nie wiedzieć jak wygląda kolejny bicz boży, którym filmowcy potraktowali NY. Znowu. Jak zwykle, zaskoczenie jest odwrotnie proporcjonalne do ilości obejrzanych zwiastunów.

Tym, co odróżnia Cloverfield od innych „monster movies” jest sposób, w jaki obserwujemy tułaczkę pechowców. Zamiast tradycyjnych ujęć „po bożemu”, na ekranie obserwujemy dokładnie to, co zarejestrowała mała kamera wideo, którą grupka cały czas ma przy sobie. Rozwiązanie to świetnie sprawdziło w Blair Witch Project i znakomitym odcinku Z archiwum X pt. X-Cops. Kosztem chaosu jaki dzieje się na ekranie, wszak trudno wymagać stabilnego trzymania kamery od kolesia, który biegnie po sypiącym się moście (tak tak, most Brooklyński znowu ma przerąbane, a nie minął nawet miesiąc odkąd został kompletnie zdewastowany w Jestem legendą) – otrzymujemy wysoki realizm. Mi taka forma szalenie się podoba, bardzo łatwo wtedy wczuć się w akcję i uwierzyć, że wszystko wydarzyło się naprawdę. Oczywiście jest odrobinę trudniej niż w przypadku wiedźmy z Coffin Rock, ale przecież po to chodzimy do kina, aby na chwilę zapomnieć o otaczającej nas rzeczywistości, a film nakręcony jest na tyle dobrze, że gdyby nie tematyka, to spokojnie mógłby być zapisem jakiejś realnej katastrofy w wielkiej metropolii. Pierwsze ujęcie głowy potwora, która widoczna jest dosłownie przez sekundę, ma w sobie sto razy więcej prądu niż zwyczajne ujęcia wielkiej jaszczurki u Emmericha. Co jakiś czas następuje przerwa w nagrywaniu, dzięki temu nie musimy oglądać odpoczynków i tym podobnych spowalniaczy, na taśmie widać wszystkie kluczowe dla bohaterów wydarzenia z pamiętnej nocy. Wraz z mijającymi godzinami, liczba pionowo stojących budynków maleje; pojawia się wojsko, które… powiedzmy sobie wprost: armia nie radzi sobie z tym co wypełzło z Atlantyku.

Jak wiadomo, oprócz plusów dodatnich są też plusy ujemne. Na pierwszy ogień idzie czas trwania filmu. Ten jest skandalicznie krótki, już po siedemdziesięciu kilku minutach jest po wszystkim. Na dodatek ta godzina z hakiem jest bardzo intensywna, gdy zobaczyłem napisy końcowe wydawało mi się, że film trwał jakieś pół godziny. Żałuję, iż nie wydłużono filmu na siłę dokładając jakiś bezsensowny, ale trzymający w napięciu wątek. Uczucie niedosytu po seansie jest bardzo męczące. To nie jest tak, że wzorem Zagubionych wszystkie wątki urywają się w połowie. Niejednoznaczne zakończenie to już nawet nie furtka, ale otwarta na oścież brama do sequela, który biorąc pod uwagę świetne wyniki finansowe, pewnie kiedyś powstanie. Historia zostaje na swój sposób zamknięta, ale niesmak pozostaje.

Nie obyło się też bez paru głupot. Ukrywanie się w tunelach metra, podczas gdy na powierzchni szaleje kilkudziesięciometrowy zwierz nie jest najlepszym pomysłem (chyba, że normy jakie obowiązują projektantów obiektów w Nowym Jorku uwzględniają wielokrotne inwazje – nie wiem, nie orientuje się). Z drugiej zaś strony, sceny w tunelach trzymają w napięciu. Także to, co dzieje się z pewną panią za parawanem w szpitalu polowym raczej trudno uzasadnić posługując się podręcznikami do biologii. Te drobne nieścisłości niespecjalnie przeszkadzają w odbiorze. Summa summarum dostajemy świetny horror, któremu tylko zaszkodził szum wokół niego. Kampania reklamowa sugeruje, że Cloverfield jest filmem przełomowym i takim, który absolutne wgniata w fotel, a to tylko (a może „aż”) bardzo dobry horror katastroficzny, niekoniecznie wiążący się z przymusową wizytą w kinie. Jeśli ktoś nie ma ogromnego ciśnienia na zobaczenie potwora w akcji może spokojnie poczekać na DVD.

Tekst z archiwum Film.org.pl (27.01.2008)

Ostatnio dodane