Recenzje

CIEMNO, PRAWIE NOC. Chciwa adaptacja

W kręgu złych adaptacji

Autor: Przemysław Mudlaff
opublikowano

Film Ciemno, prawie noc w reżyserii Borysa Lankosza to adaptacja powieści Joanny Bator pod tym samym tytułem. Książka z 2012 roku zyskała ogromną popularność wśród polskich czytelników, jak również przychylne recenzje krytyków literackich. Zwieńczeniem sukcesów powieści Bator, w której autorka z powodzeniem wymieszała gatunki, tworząc utwór intrygujący, wielopoziomowy, gęsty i mroczny, była prestiżowa literacka nagroda Nike, przyznana w 2013 roku.

O literackim pierwowzorze filmu Lankosza wspominam nie bez przyczyny. Książka Joanny Bator ze względu na nagromadzenie wątków, oryginalną formę i baśniową stylistykę jest bowiem niezwykle trudnym materiałem dla adaptacji zamkniętej w dwugodzinnym obrazie kinematograficznym. W rezultacie dzieło twórcy Rewersu bardziej spodoba się tym, którzy wcześniej zapoznali się z utworem Bator, ponieważ film potraktują oni po prostu jako wizualizację wyobrażeń towarzyszących lekturze. Z kolei ci, dla których historia Alicji Tabor i zaginionych dzieci będzie czymś zupełnie nowym, pogubią się najpewniej w gąszczu problemów, gatunków i dziwadeł, jakie serwuje reżyser.

Ciemno, prawie noc jest opowieścią o Alicji Tabor (Magdalena Cielecka), która jako reporterka wraca do rodzinnego Wałbrzycha, aby zbadać, a następnie opisać sprawę zaginionych w niewyjaśnionych okolicznościach dzieci. Przy okazji dziennikarskiego śledztwa główna bohaterka chyba się zakocha i na pewno odkryje mroczne tajemnice własnej rodziny.

Grzechem głównym reżysera Ciemno, prawie noc wydaje się chciwość. Wielogatunkowy miszmasz powiązany z prowadzeniem jednocześnie kilku wątków, który zapewnił sukces powieści Bator, nie sprawdził się bowiem w filmowej adaptacji. Lankosz popełnił błąd nadmiernej wierności wobec literackiego pierwowzoru i idąc za jego przykładem, połączył kryminał z horrorem oraz straszną baśń z historią miłosną; nie pozwolił przy tym w ciągu dwóch godzin, bo tyle trwa film, w pełni wybrzmieć żadnemu z tych gatunków. W rezultacie można odnieść wrażenie, że scenarzysta i reżyser nie potrafią się zdecydować, o czym tak naprawdę chcą opowiedzieć. Kryminalna zagadka tajemniczych zaginięć dzieci rozwiązuje się właściwie sama, ponieważ główna bohaterka wydaje się bardziej zajęta historią własnej rodziny, naznaczonej straszliwą traumą wojny. Traumą wojny naznaczony jest zresztą cały Wałbrzych, albo i nawet cały Dolny Śląsk, ponieważ w trakcie brutalnych działań wrogich wojsk na całym tym obszarze grasują „kotojady”, które stworzyły krąg zła i interesują się głównie dziećmi. Grozę, którą mają budzić, trudno jednak odczuć, ponieważ drastyczne sceny gwałtów czy mordów wywołują raczej wstręt i szok. W opozycji do symbolizujących zło „kotojadów” stanęły zaś „kociary” z nieświeżym, zielonym oddechem, wprowadzające do filmu niezrozumiały wątek baśniowy. Gdy wszystkie powyższe wątki wraz z zupełnie niepotrzebną historią miłosną między główną bohaterką a Marcinem Schwartzem (Marcin Dorociński) rozwiązują się, można odnieść wrażenie, że twórcy za wszelką cenę pragną połączyć niepasujące do siebie puzzle, które w jakiś dziwny sposób składają się w całość.

Twórcy filmu za wszelką cenę pragną połączyć niepasujące do siebie puzzle, które w jakiś dziwny sposób składają się w całość

Chciwość twórców uwidacznia się również w obsadzie filmu. Lankosz w Ciemno, prawie noc obsadził bowiem najznamienitszych polskich aktorów, po czym dał im tak niewiele filmowego czasu, że nie zdążyli oni właściwie zarysować granych postaci. Grę Romy Gąsiorowskiej, Agaty Buzek, Marcina Dorocińskiego, Doroty Kolak, Piotra Fronczewskiego czy Dawida Ogrodnika można raczej uznać za występy gościnne, a przecież nazwiska to w polskim kinie pierwszoligowe. Wielka to szkoda, bo ich historie aż prosiły się o rozwinięcie, chociaż obraz Lankosza musiałby trwać wówczas o dwie godziny dłużej. Film skupia się jednak przede wszystkim na Alicji, czyli Magdalenie Cieleckiej, która – mimo że przez większość czasu snuje się po planie – idealnie pasuje do odgrywanej postaci. Zimna, na pierwszy rzut oka krucha kobieta to tak naprawdę pancernik, który przetrwa w obliczu największego zagrożenia i nie pozwoli, żeby wytrąciła ją z równowagi wychodząca na jaw najstraszniejsza tajemnica.

To, co najlepsze w filmie Lankosza, reprezentują zdjęcia Marcina Koszałki i muzyka Marcina Stańczyka. Zanurzone w ciemnościach i cieniu obrazy rozpadającego się pod naporem nieszczęść i biedy Wałbrzycha robią piorunujące wrażenie. Nie trudno uwierzyć, że w takich lokacjach narodziło się i do dziś mieszka zło. Niepokój zbudowany na zdjęciach Koszałki potęguje drażniąca zmysły muzyka Stańczyka. Szkoda tylko, że w parze z kunsztem operatora i kompozytora nie idzie kunszt reżysera i scenarzysty. Zamiast oglądać film Lankosza, lepiej więc raz jeszcze przeczytać książkę Bator, bo przynajmniej ona wciąż gwarantuje świeżość i emocje.

Ostatnio dodane