VHS

CIEMNA STRONA KSIĘŻYCA. Ukryty wymiar lat 90.

Udana hybryda horroru i SF - trochę "Coś", trochę "Alien", ale mocno po swojemu.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Ten film był przeznaczony wprost na rynek VHS, którego zresztą nie zawojował jakoś specjalnie. Nic dziwnego, w erze kasetowej półki uginały się od SF i horroru, a ten nie miał nawet zbyt krzykliwej okładki. Był to tani tytuł bez znanych nazwisk w obsadzie. Obraz zyskał jednak przychylność pewnej części widowni; wiem, że sporo osób pamięta o nim do dziś. Jestem jednym z jego sympatyków, ale szykując się do seansu po latach, spodziewałem się, że będę musiał patrzeć na część materiału przez palce, dodać dwie gwiazdki z nostalgii i w bólach porodowych wyłuskiwać jakieś zalety obrazu inne niż klimat retro. Niepotrzebnie. Przed wami film mroczny i niepokojący. No i silnie retro…

Rok 2020. Spacecore 1, statek kosmiczny z ekipą do napraw ziemskich satelitów na pokładzie, ulega nagle awarii. Zanikają łączność i napęd pojazdu, siadają też systemy podtrzymywania życia – wkrótce zabraknie powietrza, a załoga zamarznie. Jednak z czeluści kosmosu wyłania się wahadłowiec NASA, nieistniejącej już agencji. Nie powinno go tu być, a jednak staje się dla garstki ludzi ostatnią nadzieją, choć od początku budzącą różne obawy.

Chyba każdy, kto ceni gatunek, zna to rozkoszne uczucie, kiedy zapiera nam dech, bo kosmonauci odkrywają coś… nieziemskiego.

Ciemność, mrok, chłód. Okazuje się, że nie trzeba milionów, żeby wykreować na ekranie obecność powyższych. Tutaj, w swym jedynym pełnym metrażu, D.J. Webster ożywił je na ekranie naprawdę sugestywnie. Nie jest to debiut na miarę Davida Finchera w Obcym 3, ale tam budżet był duży, a film wsparty sukcesami wcześniejszych części. Tu twórcy mieli niewiele, a rzucili solidny czar. Po pierwsze, obraz daje poczucie przebywania w kosmosie. Nie w studiu, nie w komputerze, nie w świecie miniatur, tylko w kosmosie. Po drugie, czyni tę przestrzeń fascynująco groźną i zagadkową. Chyba każdy, kto ceni gatunek, zna to rozkoszne uczucie, kiedy zapiera nam dech, bo kosmonauci odkrywają coś… nieziemskiego. Doznałem go w trakcie filmu Webstera parokrotnie, a niepokój odczuwałem od pierwszych do ostatnich scen.

Reżyser wykazał się tu sporą konsekwencją. Jego produkcja – pozbawiona fikuśnych efektów specjalnych – celuje w klimat. Rzecz rozgrywa się w ciemnym, klaustrofobicznym statku, szczęśliwie niewyglądającym jak kawał tektury. Pomieszczenia są ciasne i pozbawione połyskliwych paneli czy komputerów o wyglądzie szafy grającej. Korytarze wąskie, a kosmos za oknem ponury. Zdjęcia wyglądają solidne – jest realistycznie, a ekran tonie w czerniach i szarościach. Prawie czuć narastający na statku chłód.

Na tym tle oglądamy zmagania o życie paru osób. Nikt nie żartuje, każdy się boi. Reakcje załogi przypominają zachowanie bohaterów filmu Coś. Nie ufają sobie nawzajem i puszczają im nerwy. Aktorsko jest tak sobie, ale strach postaci udziela się widzowi, więc uznaję, że główny cel został spełniony. No dobrze, przeszkadzał mi trochę główny bohater – grający go aktor wyglądał jak wyciągnięty z planu Słonecznego patrolu i nieco „uziemiał” ten sprawnie działający kosmos. Jego twarz, zdobna w piankowy fryz gwiazdy soft rocka, po prostu za nic nie pasuje do wnętrza statku kosmicznego

Można mieć też pewne zastrzeżenia do postaci Lesli, kobiecego androida o funkcjach zbliżonych do komputera Matka z Obcego, za to posiadającego nieadekwatnie seksowne ciało. Bohaterka wyróżnia się na ekranie, ale scenarzyści nie mieli pomysłu na sensowne wykorzystanie jej obecności. A szkoda, bo Lesli intryguje.

Fani kinowych klasyków zapewne wypatrzą tu Joego Turkela (Tyrell z Blade Runnera i barman, który obsługiwał Jacka Nicholsona w Lśnieniu), a serialowych – Johna Diehla z Miami Vice. Niemniej obsada to głównie aktorzy, których nie kojarzymy z niczego lub kojarzymy, ale nie wiemy skąd.

Fabuła zawiera elementy znane z Coś czy Obcego, ale nie stanowi ich kalki. Tak naprawdę to całkiem oryginalna historia, przetwarzająca te klasyczne motywy i miksująca je ze świeżymi dodatkami.

Chodzi o diabła, który nie tylko dostanie się na pokład Spacecore 1, ale też będzie przenikał w kolejne osoby, podmywając zaufanie w grupie. Webster – w siedem lat przed Ukrytym wymiarem Paula Andersona – dowiódł, że połączenie wątków satanistycznych z kosmicznym high-tech może dać ciekawe rezultaty. Udało mu się nie tylko oddać desperację ludzi dryfujących w pojeździe, który odwiedziło najwyższe zło. Sprawił też, że ono samo – chociaż ma żółte oczy i mówi metalicznym głosem z innego wymiaru – nie zaczyna nas śmieszyć. I czyni kosmos jeszcze bardziej zimnym i nieprzystępnym, a całą ludzką technologię i wiedzę – bezużyteczną. Reszty niespodzianek nie zdradzam.

Ten szatan może nie przeraża, ale niepokoi. To samo zresztą możemy mówić o całym filmie. Mamy tu skromny obraz. Nie znajdziemy w nim scen z brakiem grawitacji czy efektownych bójek. Webster nie przewidział też epatowania makabrą w rodzaju ujęć piekła z Ukrytego wymiaru. Jeśli trafi się trochę „farszu”, to niezbyt ostrego. Film ma też swoją „najntisową” dynamikę, która zakłada dość długą ekspozycję, nim fabuła rozwinie skrzydła. Kamera nigdzie nie pędzi, a muzyka zdaje się jednocześnie zupełnie przeciętna i zupełnie pasująca. Diabeł tkwi tu przede wszystkim w klimacie, a klimatem obraz ten ocieka.

Niby nic wielkiego, ale znalazłem tu ciekawe połączenie – kosmiczny chłód i zapach siarki, zamknięte w jednej i tej samej kasecie, kuszącej skromną, ale tajemniczą okładką.

Ostatnio dodane