W stronę zachodzącego słońca

CHISUM

Książe westernu gra to, co lubi, a my lubimy na niego patrzeć, bo jest Księciem.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Imię: John. Nazwisko bez znaczenia.

John Simpson Chisum był XIX-wiecznym hodowcą bydła – jednym z największych w Teksasie. Pochodzący z Tennessee bogacz i hazardzista był na pierwszy rzut oka tylko jedną z wielu (nielicznych mimo wszystko) osób, którym powiodło się na Dzikim Zachodzie. Ale nic ponadto. Skąd zatem jego częsta obecność w kinie oraz zainteresowanie jego biografią samego Johna Wayne’a?

Wszystko przez liczne znajomości Chisuma (między innymi z Patem Garrettem oraz Billym the Kidem), jak i jego wydatny udział w krwawych wydarzeniach znanych jako Johnson County War – tych samych, które stały się podstawą takich filmów, jak chociażby Wrota niebios i Jeździec znikąd, ale też sequel Młodych strzelb i w końcu… Pat Garrett i Billy the Kid (gdzie w Chisuma wcielił się Barry Sullivan). To wystarczyło, aby został on nie tylko jedną z najsłynniejszych postaci historycznych danego okresu, lecz również ogólnie szanowaną figurą i kimś na kształt wzoru do naśladowania (z ang. role model).

Przypada już pod koniec kariery Wayne’a i stanowi jeden z jego ostatnich westernów.

Nie dziwi więc, że The Duke chętnie dodał go w poczet swoich ról-liderów, chodzących charakterystycznym krokiem autorytetów – i to pomimo faktu, że obaj mocno się od siebie różnili. Prawdziwy John Chisum był wszak dość niepozornym, niskim facetem, któremu pod nosem wiecznie rósł fikuśny wąs. A co jak co, ale sama świadomość zarostu to w przypadku Johna Wayne’a rzecz wręcz nie do wyobrażenia. Zatem w tym konkretnym przypadku Chisum to Wayne, a Wayne to on sam i kropka. Ale kto by się tam przejmował takimi drobnostkami…

Oglądamy więc, jak Wayne nawet nie próbuje udawać kogoś innego, tylko w ten sam, specyficzny dla siebie sposób wchodzi w rzeczony konflikt, który zagraża nie tylko własnoręcznie zbudowanemu przez niego krowiemu imperium, ale też pobliskiemu miasteczku, jakie pomógł ukształtować. Ma oczywiście swoje opory, szczególnie że już żaden z niego młodzieniaszek. Niemniej to wciąż John Wayne, na którego zawsze można i trzeba liczyć, kiedy zło zagląda w okna niewinnych, ciężko pracujących osób. Ten sam legendarny kowboj, który w przerwach pomiędzy nieuniknionymi strzelaninami raczył nas będzie wiązanką złotych myśli i szczerych spostrzeżeń, jakie warto czasem wziąć sobie do serca.

Pod względem fabuły niemal pięćdziesięcioletni już Chisum zatem nie powala. To typowa produkcja sygnowana twarzą Wayne’a – synonimu Dzikiego Zachodu made in Hollywoodland. Typowo dobra w dodatku, bo choć nie zachwyca ani skrypt Andrew J. Fenady’ego, ani reżyseria jego imiennika, McLaglena (człowieka, spod którego ręki wyszli również tacy reprezentanci gatunku, jak Bandolero!, Pojedynek po latach i Shenandoah, a który w kolejnej dekadzie dał nam jeszcze kultowe wojenne dzieło o kryptonimie Dzikie gęsi), to całość nigdy nie schodzi poniżej pewnego, solidnego poziomu, do którego Wayne zdążył nas przyzwyczaić.

Nie jest to zresztą film, który jakkolwiek zaskakiwać ma treścią lub wykonaniem. To western „bezpieczny” – taki, po którym wiadomo, czego się spodziewać. Taki, w którym zwycięstwo Wayne’a nad wszelkimi drabami pionierskiego świata jest z góry przesądzone, a mimo to i tak na nie czekamy. Taki, w którym również drugi plan wypełniono znajomymi dla fanów tego typu produkcji twarzami – pokroju Bena Johnsona (pamiętna Dzika banda, która powstała zaledwie rok wcześniej) czy Richarda Jaeckela (15:10 do Yumy). Poprawnie sfotografowana wśród plenerów Arizony i Meksyku oraz równie tradycyjnie okuta fanfarami Dominica Frontiere’a (Powiesić go wysoko, później dla Wayne’a zilustrował także policyjny Brannigan) i z obowiązkową balladą, która wprowadza nas do historii.

Wszystko to już gdzieś, kiedyś, wcześniej widzieliśmy – w lepszym lub gorszym wykonaniu. I chociaż zarówno tematyka, jak i rok powstania tego dzieła automatycznie zabijają nieco w zarodku podstawową cechę, na których wyrosły opowieści o kowbojach i Indianach, czyli tak nielubianą przez współczesną publikę czerń i biel postaci oraz świata przedstawionego, to ostatecznie gładko wpisują się w – będące niejako odrębnym podgatunkiem – kino spod znaku Johna Wayne’a. Powstały dla studia Foxa, lecz sprzedany później Warnerowi Chisum to film tak bardzo w jego stylu, że zupełnie nie wyróżnia się z szeregu innych tytułów aktora. Ba! Osobom bliżej nieobeznanym z dorobkiem Księcia mógłby wręcz pomylić się z jakimś innym jego projektem.

Zresztą nakręcony tuż po sukcesie Prawdziwego męstwa (co pozwoliło mu zgarnąć ładną, acz niezadowalającą w pełni twórców sumkę w box offisie), Chisum przypada już na koniec kariery Wayne’a i stanowi jeden z jego ostatnich westernów. Gwiazdor i już wtedy chodząca legenda dużego ekranu nic tutaj co prawda nie traci ze swojej charyzmy i wielkości, niemniej jego zaawansowany wiek zaczyna dawać się widzowi mocno we znaki – co potwierdzają liczne zbliżenia i trudni do ukrycia przez twórców kaskaderzy zastępujący gwiazdora w kluczowych momentach akcji.

Blisko dwie godziny seansu z Duke’em robią jednak swoje i nawet jeśli trudno ten film zaliczyć do jego najlepszych bądź najsłynniejszych dokonań, to jednocześnie łatwo jest Chisuma polubić, a także i polecić w ramach gatunkowego „rozdziewiczenia”. Znajdziemy w nim bowiem wszystko to, co u Wayne’a dobre i co sprawiło, że odniósł sukces i stał się ikoną fabryki snów oraz pierwszym kowbojem Ameryki.

Oglądając Chisuma, oglądamy więc Wayne’a w jego naturalnym środowisku, ze wszystkimi jego zaletami i przywarami, z wdzięcznym manieryzmem – z całym dobrodziejstwem inwentarza po prostu. Pod pewnymi względami jest to także początek hołdu dla poprzednich dekad naznaczonych obecnością Wayne’a. Nierozliczająca się jeszcze z jego wizerunkiem jak kilka późniejszych dzieł, ale już samoświadoma laurka, w której aktor „wciąż może” skopać tyłki złym ludziom i specjalnie się przy tym nie spocić.

Być może szkoda, że pod tym wszystkim ginie trochę autentyczna historia, fabularna dramaturgia, szansa na stworzenie bardziej ambitnego przedsięwzięcia, mocniej angażującego serce i ducha widowiska. No i w końcu też sam John Chisum. Ale widok dumnie spoglądającego ze wzgórza na prerię Wayne’a jest tak przyjemnie kojący i szczerze właściwy, że podobne grzeszki można wybaczyć. To w końcu nie wierna biografia czy dokument, lecz kolejna przypowieść o bohaterze większym od życia i twardszym od nas samych – to, jaką konkretnie ma twarz i jakie nosi nazwisko, jest już bez znaczenia.

Ostatnio dodane