Recenzje

CENTURION. Miał być film historyczny…

Jedne sceny są lepsze, inne gorsze, aktorstwo niezłe, zaś zdjęcia dobre.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Recenzję Centuriona w reżyserii Neila Marshalla należy rozpocząć od wskazania, z jakim gatunkiem mamy w przypadku tego filmu do czynienia. A jest to kino historyczne, którego akcja dzieje w 117 r.n.e., w okupowanej przez Rzymian Brytanii. Nie jest to jednak film batalistyczny – jedna scena ataku i rozgromienia wojsk rzymskich powinna zadowolić fanów tego typu kina, lecz na więcej liczyć nie mogą. Nie pozwala na to sama fabuła oparta na wielokrotnie wykorzystywanym pomyśle porzucenia grupki bohaterów za linią wroga i próbie ich wydostania się z obcego terenu. Tu wrogiem jest plemię barbarzyńskich Piktów, znających się jednak na strategii, najwyraźniej lepiej od samych Rzymian. Gdy ci pierwsi uprowadzają uwielbianego przez swoich ludzi generała, ci drudzy postanawiają go uwolnić. A wszystko to oglądamy oczyma bohaterskiego Centuriona Kwintusa Diasa, który jeszcze parę dni wcześniej nie wiedział, że ludzie generała tak go ubóstwiają, bo i samego generała na oczy nie widział. Był za to w niewoli, u tych samych Piktów, którzy później zaczają się na słynny Dziewiąty Legion i wybiją go w pień. Pozostanie siedmiu żołnierzy (wśród nich Dias) i o nich właśnie opowiada Centurion.

Marshall kradnie z innych filmów historycznych na potęgę. Fabuła mocno przypomina Króla Artura Fuqua, ale i bohaterów ma prawie tych samych: tam był Clive Owen, tu jest Michael Fassbender; tam Keira Knightley, tu Olga Kurylenko. Podobne to postaci, podobne role – on jest szlachetny i dobrze zbudowany, ona piękna i dzika. Razem wyglądają wspaniale. Stylistycznie Centurion nawiązuje do prologu Gladiatora Scotta, z którego również postać „uwielbianego przez swoich ludzi generała” jest wzięta, zaś oglądając poszczególne sceny w filmie Marshalla widz ma wrażenie nieustannego deja vu. Wystarczy wspomnieć kule ognia jak w Troi czy scenę ukrywania się w chacie niczym w Willow. Na szczęście reżyser zadbał o to, aby w filmie działo się wystarczająco dużo, dzięki czemu, zamiast odgadywać kolejne cytaty, śledzimy poczynania głównych bohaterów z umiarkowanym zainteresowaniem, a miejscami nawet w napięciu. Jednak Centuriona trudno nazwać kopią czegokolwiek. W tym przypadku to nie podobieństwa, a różnice decydują o jakości filmu, którego, choć wiele łączy z klasycznym obrazem historycznym, nie potrafię takowym nazwać.



Neila Marshalla nie interesuje bowiem historia. Dziewiąty Legion, plemię Piktów, Brytania, Agrykola czy nawet data – rok 117 naszej ery – to tylko nazwy, które reżyser wykorzystuje, aby opowiedzieć swoją ulubioną historię. Marshall wcześniej zrobił trzy filmy (Dog Soldiers – armia wilków, Zejście oraz Doomsday), we wszystkich posłużył się tym samym schematem – bohaterowie znajdują się na obcym terenie i muszą walczyć o swoje życie z „gospodarzami”. Nie ma znaczenia, czy przeciwnikiem jest stado wilkołaków, podziemne potwory, kanibale z przyszłości czy też z przeszłości. Liczy się podjęcie walki i próba ocalenia zarówno życia, jak i człowieczeństwa. Równie ważna jest współpraca, choć w grupie zawsze znajdzie się miejsce dla osobnika o psychopatycznych skłonnościach, mającego istotny wpływ na rozwój wydarzeń. Taką historię Marshall opowiada również w Centurionie, niestety, używając do tego środków nieprzystających takiemu kinu. Dlatego krew jest czerwieńsza i jest jej więcej niż w przeciętnej historycznej produkcji. Zamiłowanie do gore widać przy każdym użyciu miecza, siekiery czy włóczni. Film nie ma oddechu typowego dla kina historycznego – wiele scen jest kameralnych, choć widoki gór i lasów sfotografowane są po mistrzowsku. Postaci posługują się współczesnym językiem, z nieodzownymi „fuckami”, przez które bolą uszy. W ogóle dialogi są bardzo słabą stroną Centuriona – często niepotrzebne, patetyczne i informujące o czymś, co już wiemy. Nic więc dziwnego, że najlepiej na ekranie wypada Olga Kurylenko, która gra niemowę. Fassbender, choć gra bez cienia fałszu, jest na straconej pozycji. Dostały mu się nie tylko najgorsze kwestie, ale i narracja z offu.


Film nie ma oddechu typowego dla kina historycznego - wiele scen jest kameralnych, choć widoki gór i lasów sfotografowane są po mistrzowsku.


Centurion, pomimo tych wszystkich kalek i nawiązań, mógł być nawet dobrym filmem. Skromnym jak na kino historyczne, ale przynajmniej rzetelnym i dobrze zrobionym. Niestety, reżyser uznał, że tę samą opowieść można opowiadać bez końca, w taki sam sposób, choć w innym kostiumie. Skorzystał z narzędzi typowych dla horroru, przez co przerysował świat przedstawiony. Opowiedział poważną historię w sposób niepoważny, lecz widz się nie śmieje – przyszedł do kina na film historyczny, a dostał nie wiadomo co. Przyznaję, ogląda się to bez bólu, ale i bez specjalnej satysfakcji. Jedne sceny są lepsze, inne gorsze, aktorstwo niezłe, zaś zdjęcia dobre. Ale jeśli reżyser nie wie, co kręci – nic nie pomoże.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane