Recenzje

BYĆ JAK STANLEY KUBRICK. Gorzka satyra na barani pęd do popularności i kariery

Autor: Adrian Szczypiński
opublikowano

Mimo nazwiska w tytule, to nie film o Kubricku. Wymieniane są tytuły, rozbrzmiewa muzyka, pojawiają się parodie pamiętnych scen, lecz historia Alana Conwaya to przede wszystkim gorzka satyra na barani pęd do popularności i kariery. Oszust używał sobie na wszystkich: początkujących muzykach, narcystycznych artystach i przebrzmiałych gwiazdach o wybujałym ego. Nabierał każdego, kto miał pieniądze, za cienkie plecy lub za mało talentu własnego, by samodzielnie dać sobie radę. 

– Co teraz kręcisz, Stan?
– Fantastyczny komediomelodramat przygodowy osadzony w przyszłości.
– Super. A jak się nazywa?
– „Całonocne recepty”.

Kiedyś nie było problemu ze zgarnianiem profitów za powiedzenie o sobie, że się jest artystą filmowym. Nawet najmniejszego sortu. Jak żartobliwie wspominał dawno temu w znakomitych felietonach do „Cinemy” aktor Bene Rychter, kiedy za czasów Gierka czy Jaruzelskiego do miasteczka przyjeżdżała ekipa, to ojcowie otwierali lodówki, a matki wysyłały córki do kąpieli. Himilsbach i Maklakiewicz w kultowym Jak to się robi podawali się za literata i reżysera, co wystarczało, żeby Halina Kowalska (ta, którą Balcerek u Barei zwyzywał od artystek) mdlała na widok Maklakiewicza na ośnieżonym stoku Kasprowego Wierchu. Teraz takie gadki wystarczają na poziomie produkcji klasy C, D i aż do końca alfabetu. Lecz na początku lat 90. w Londynie pojawił się niejaki Alan Conway, były agent turystyczny, który wielu ludziom z różnych środowisk i profesji skutecznie wmówił, że jest samym Stanleyem Kubrickiem. Conway urodził się w 1934 roku jako Eddie Alan Jablowsky. Choć był rodowitym Brytyjczykiem, mówił o sobie, że jest polskim Żydem, który uniknął Holocaustu. Ożenił się, miał syna, potem zmienił nazwisko i orientację seksualną. Pod koniec lat 80. jego partner zmarł na AIDS, agencję turystyczną szlag trafił, była żona zmarła, syna umieszczono w domu dziecka, a Conway zaczął staczać się w alkoholizm i patologiczne fantazje. Jedną z nich był Stanley Kubrick.

Fantastyczny John Malkovich zrobił wszystko, by jego Conway budził wręcz obrzydzenie swoją nachalnie obnoszoną, oślizłą, galaretowatą, tanio wypindrzoną ciotowatością.

Znając prawdziwą historię stojącą u zarania scenariusza, trzeba przyznać, że podawanie się za Kubricka to dowód wyjątkowo zaburzonego mózgu. W swojej mistyfikacji Conway posuwał się do rażącej niekompetencji – nie znał w podstawowym stopniu filmografii Kubricka, bez mrugnięcia okiem mylił faktografię czy nazwiska i, co najważniejsze, absolutnie nie był do reżysera podobny. Słowem był antyprzykładem do tej roboty, a mimo to potrafił wielu ludziom wcisnąć tę bzdurę. Alan Conway upatrzył sobie genialnego reżysera z dwóch powodów. Pierwszym było nazwisko, przy którym śmiech zamierał na ustach, a mózgi skołowanych interlokutorów na przemian stawały w poprzek i produkowały taśmowe litanie pochwał i próśb o poparcie. Perspektywa posiadania za przyjaciela największego z wielkich wówczas jeszcze żyjących mistrzów kina, skutecznie otwierała wszystkie drzwi i portfele. Drugi powód podsunął sam Kubrick, który, choć stawiał warunki największym amerykańskim wytwórniom, od początku lat 60. żył w odosobnieniu w podlondyńskich posiadłościach, kontaktował się tylko z rodziną i zaufanymi współpracownikami, kręcił filmy w tajemnicy przed mediami, a zdjęcia z jego podobizną stanowiły cenne trofeum. Wszyscy znali jego filmy, a zaledwie garstka wiedziała, jak Kubrick aktualnie wygląda.

Fantastyczny John Malkovich zrobił wszystko, by jego Conway budził wręcz obrzydzenie swoją nachalnie obnoszoną, oślizłą, galaretowatą, tanio wypindrzoną ciotowatością. No, ale jak ktoś podaje się za Kubricka, chętnie podamy mu rękę, choćby uścisk dłoni przypominał ugniatanie gówna. Patrzenie na czołobitność, łatwowierność i serwilizm kolejnych ofiar Conwaya przypomina śledzenie swego czasu popularnego reality show Wszystko o Miriam, gdzie kilku sunny-boyów smaliło cholewki do pięknej panienki, która jak panienka wyglądała, ale ze starannie ukrywanym męskim przyrodzeniem się nie rozstała. Oni nie wiedzieli, widz owszem. Obserwacja tych z góry skazanych na porażkę podchodów prowokowała jednocześnie śmiech i zażenowanie. Także pogardę dla kiepsko ukrywanej chęci zwykłego przelecenia Miriam pod pozorem zgłębiania walorów jej osobowości. Kiedy w finale wyszło dosłowne szydło z worka, zwycięzca nie miał już ochoty na kontemplowanie umysłowych powabów niedawnego bóstwa. Wiadomo dlaczego. Zrobieni metodą „na Kubricka” zazwyczaj nie tracili materialnie aż tak wiele, bo i sam Conway był naciągaczem raczej skromnym. Tu drink, tam gotówka na wódę i fajki, jakiś drogi hotel, przyjęcie, przejazd limuzyną, ewentualnie czasem jakiś chłopaczek zaciągnięty na chatę. Aby przeżyć kolejne dni, nie plamiąc się pracą. Rajcowało go robienie ludzi w balona za pomocą banalnie prostych sztuczek, których drugiego dna nie widziały zamroczone perspektywą obcowania z Kubrickiem miernoty. Przeżywał radochę z wywoływania wydłużonych min, wytrzeszczonych oczu, miękkich nóg i przede wszystkim otwartych portfeli. I to wszystko za pomocą dwóch słów, którymi się przedstawiał.

Ostatnio dodane