Recenzje

BLIŹNIAK. Will Smith kontra Will Smith

Widowisko bzdurne, archaiczne, pokiereszowane ambicjami, pociesznie szrotowe, technologicznie wadliwe i do zapomnienia.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Także futurystyczna technologia nie sprawdza się zbyt dobrze – młody Smith, crème de la crème widowiska, wygląda całkiem nieźle w scenach rozgrywających się w nocy albo w katakumbach, gdy techniczne niedoskonałości można w jakiś sposób ukryć w ciemnościach. Niestety mamy tu też momenty zbliżeń i absolutnie paskudne sceny w pełnym słońcu, gdy dolina niesamowitości aż uderza po oczach i ciężko uwierzyć, że ta lipna historia czekała tyle lat na to, żeby dostać w głównej roli plastikowy przerywnik z gry. Tak wielkie skoki w jakości całkowicie wybijają z rytmu. Film mógł poczekać jeszcze kilka lat albo po prostu polecieć do kosza, bo niby coś tam komputery potrafią szybciej obliczać, ale historię zdążył już zjeść odtwarzacz wideo. Warto za to pochwalić kilka scen akcji, bo nadal ten bałagan ogarnia oscarowy reżyser, który ma oko do łapania kamerą tempa i ruchu bohaterów. Lee klei tutaj niestety wszystko na pół gwizdka, ale dostajemy jeden naprawdę ciekawie pokazany pościg motocyklowy (w tym absurdalne boksowanie się motorami, którego powrót do kina cenię, bo to urokliwa głupota) i parę ciekawych rozwiązań w scenach strzelanin, szczególnie z wykorzystaniem niespodziewanych ujęć czy obrotów kamery. Ale to zdecydowanie za mało, bo chociaż wciąga się te bzdury na dwa kęsy, to ich smak wyparowuje minutę po seansie. Widać, że to jednak Lee-wyrobnik, bez misji, odwalający po prostu robotę na zlecenie i czekający na czek. Nie ma tu jakiejś wielkiej tragedii, ale brak też autorskiego śladu.

Ale Lee ma tu szczęście, bo do głównych ról udało się zaangażować Willa Smitha, który nawet grając w słabych filmach, zawsze emanuje tym swoim specyficznym typem charyzmy. To gość, który angażuje uwagę, dobrze wygląda, jest „fajny” – a przy tym po odmłodzeniu zamienia się w wersję, która jest kulturowo dobrze rozpoznawalna, bo to Fresh Prince, tylko z gnatem w łapie. Dzięki temu można momentami przymknąć oko na to, że to nie człowiek, a zbiór nie do końca dobrze poukładanych cyferek. Zresztą Smith jedzie tutaj na automacie, nawet gdy dwoi się i troi, żeby przeskoczyć od akcji do akcji i jakoś połatać ziejące kratery scenariuszowe, a nadal jest najjaśniejszym punktem całej produkcji. I naprawdę szkoda, że wszystkie postacie są tak paskudnie papierowe, przez co aktorzy nie mają po prostu z czym pracować – Mary Elizabeth Winstead (kobieta przypadkowo wmieszana w grubą chryję) traci przez to swój naturalny urok, Benedict Wong (ten zabawny superkumpel z wojska) jedzie na oparach komediowych, a Clive Owen to TEN ZŁY, NAJGORSZY – widać, że aktor ma ma tutaj trochę radochy, ale nie udziela się to odbiorcy, bo prezentuje się bardziej sztucznie niż te wszystkie cyfrowe cuda.

Bliźniak to film spóźniony o dwie dekady, przy powstawaniu którego cały tłum twórców szarpał truchło scenariuszowe, przez co ostateczna wersja przypomina coś, co spokojnie mogłoby być siedemnastym sequelem butlerowskich filmów z cyklu …w ogniu, a nie blockbusterem z oscarowym reżyserem na pokładzie. To niestety ten typ filmu, gdzie uznany autor wchodzi na minę i jest tak zafiksowany na jednym elemencie (w tym wypadku użytej technologii), że zapomina o innych aspektach, robiąc wszystko na odwal się. Widzowie mają przede wszystkim mieć w głowie fakt, że Smith walczy z młodym Smithem, ale niestety i to nie wypada tutaj zbyt atrakcyjnie. Po latach Bliźniak będzie całkiem przaśnym zapychaczem streamingowych baz filmowych – wspominanym jako zaprzepaszczenie twórczego potencjału, ale też lekko wchodzącym przy piwie na jakiejś domówce. Widowisko bzdurne, archaiczne, pokiereszowane ambicjami, pociesznie szrotowe – ale nie da się ukryć, że twarz Willa Smitha na ekranie nadal cieszy, to się przez ostatnie dwie dekady nie zmieniło.

PS Film oglądałem w wersji 2D, bez zwiększonej liczby klatek na sekundę. Nie czuję jednak, żeby ta kosmetyka diametralnie zmieniła odbiór filmu.

Ostatnio dodane