Recenzje

BERLINALE 2019: The Kindness of Strangers, reż. Lone Scherfig

Rozsypująca się melodramatyczna mozaika.

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

Na papierze film otwarcia tegorocznego Berlinale wygląda bardzo interesująco – ciesząca się międzynarodowym uznaniem reżyserka kina środka z Europy, doświadczona już w anglojęzycznych projektach, mocna, choć nie gwiazdorska obsada i wielowątkowa opowieść łącząca ludzi przeżywających każdy z osobna swoje prywatne dramaty o różnej skali. Z zarysu wyłaniał się potencjał na inteligentny i empatyczny dramat z wieloma ciekawymi rolami, mogący podbić serca publiczności nie tylko na festiwalach. Ale również sporo rzeczy mogło w The Kindness of Strangers pójść nie tak. I niestety wydaje się, że w nowym filmie Lone Scherfig (Była sobie dziewczyna, Jeden dzień) więcej jest potknięć niż spełnienia.

Kindness of Strangers

Zatytułowane chwytliwie The Kindness of Strangers opowiada o grupie bohaterów, których drogi przecinają się w dość dramatycznych okolicznościach w Nowym Jorku. Obowiązuje tu sprawdzona reguła początkowego rozproszenia i autonomicznego wyprowadzenia każdego z wątków, a następnie stopniowego ich splatania w drodze do finalnego spotkania wszystkich postaci. Na pierwszy plan wysuwa się zdecydowanie historia Clary (Zoe Kazan), w desperackim akcie uciekającej do Nowego Jorku wraz z dwójką synów przed maltretującym ich mężem i ojcem (Esben Smed Jensen). Ten najbardziej dramatyczny wątek spaja poniekąd wszystkie inne, przyciągając do siebie w różnym stopniu wszystkich innych bohaterów – Alice (Andrea Riseborough), pielęgniarkę próbującą godzić obowiązki zawodowe z prowadzeniem grupy wsparcia i aktywnością charytatywną; nierozgarniętego Jeffa (Caleb Landry Jones) wyrzucanego kolejno z każdej pracy; walczącego z wypaleniem prawnika Johna Petera (Jay Baruchel) i jego klienta Marka (Tahar Rahim), który po wyjściu z więzienia podejmuje pracę w restauracji znudzonego Timofeya (Bill Nighy). W pierwszych aktach filmu poznajemy każdą z tych opowieści, wraz z ich specyfiką i głównymi motywami, by w dalszej części obserwować ich stopniowe rozwiązywanie poprzez integrację z pozostałymi.

Właśnie ta ekspozycyjna część filmu wypada najsłabiej. The Kindness of Strangers rozpoczyna się tak topornie i nieporadnie, że momentami trudno wysiedzieć spokojnie przed ekranem. Największym problemem nie jest nawet niesamowity banał bijący z budowanej opowieści ani też dość tanie rozgrywanie narracji na prostych chwytach emocjonalnych. Najgorsze jest to, że Scherfig wydaje się nie mieć pomysłu na ciekawe zarysowanie bohaterów i wiarygodne ich ze sobą połączenie. W konsekwencji początkowe fragmenty filmu wyglądają jak pospieszne rozstawianie bohaterów po planszy, a następnie demiurgiczne puszczenie w ruch ich historii, przy nieustannym naginaniu ich tak, by spięły się z pozostałymi. Scenariusz aż roi się od niedorzeczności, okrutnie drętwych dialogów i zbiegów okoliczności, które trudno przełknąć nawet przy dużej dawce dobrej woli. Konstruowana przez Scherfig mozaika rozlatuje się właściwie, zanim na dobre da się ją ułożyć, za co winę ponosi nieumiejętne rozpisanie poszczególnych wątków, nierównomiernie i chaotycznie poprowadzonych, tak że trudno utożsamić się z którymkolwiek z bohaterów czy właściwie wczuć w ich historie. Co gorsza, stawiając w centrum problem przemocy domowej, a wyrzucając go w kierunku zamaszystej efektowności i zbyt skrótowego naświetlenia oraz rozwiązania, wydaje się, że Scherfig popełniła grzech zbagatelizowania realnego problemu, który przedstawiała. Podobnie dzieje się także z resztą tematów poruszanych w filmie – traumami, nieprzystosowaniem czy depresją.

Nie ma tu miejsca na subtelne dopowiedzenia i budowanie postaci na wewnętrznym napięciu.

Zawodzi więc scenariusz, a w konsekwencji w dużej mierze zawodzi też aktorstwo. Właściwie jedynie Riseborough i Jones zaliczają faktycznie udane występy, nadając swoim postaciom ludzką autentyczność i głębię. Broni się też Bill Nighy, z wrodzonym sobie wdziękiem odgrywający rolę comic relief (objawiając przy okazji siłę filmu, o czym za chwilę). Pozostali członkowie i członkinie obsady grzęzną w ckliwych i patetycznych dialogach oraz naszpikowanych melodramatycznymi przegięciami scenach. Najbardziej widać to po Taharze Rahimie, którego sposób wypowiadana kolejnych kwestii może momentami przyprawić o dreszcze – i to w negatywnym znaczeniu. Trudno jednak mieć pretensje do aktorów i aktorek, zwłaszcza że Scherfig zostawia im też bardzo mało miejsca na subtelne niedopowiedzenia. Właściwie wszystkie istotne elementy charakterystyki postaci, ich motywacje, przeszłość i uczucia, są wypowiadane na ekranie wprost. I to od razu – przykładowo nie musimy czekać nawet kwadransa, by dokładnie wiedzieć wszystko o genezie ucieczki Clary z dziećmi. Nie ma więc w The Kindness of Strangers miejsca na kulminacyjne rewelacje (OK, jest jeden taki moment, ale akurat jego lepiej żeby nie było…) ani budowanie postaci na wewnętrznym napięciu. Zapewne zresztą aktorom również trudno się było utożsamić z pospiesznie i dość siermiężnie napisanymi postaciami, w większości bliższymi tożsamości fabularnych łączników niż pełnoprawnych bohaterów. W tym kontekście najlepiej wypada postać Alice – jest ona najmniej dopowiedziana, dzięki czemu Andrea Riseborough może rzeczywiście zbudować jej postać, nie popadając w sztywny banał.

Kindness of Strangers

O tym, że film Lone Scherfig nie jest całkowitą porażką, decyduje jego druga część, kiedy w bólach udało się reżyserce i scenarzystce przebrnąć przez ewidentnie problematyczny etap rozpędzenia historii i wstępnego spięcia osobnych wątków w większą całość zorganizowaną wokół losów Clary. Duńska autorka już na początku swojej kariery udowodniła, że potrafi zbudować film, opierając się na większym zespole aktorskim, jak również że ma rękę do niewymuszenie zabawnych i ciepłych dialogów (koronnym dowodem jest oczywiście znakomity Włoski dla początkujących). Kiedy w The Kindness of Strangers opada nieco kurz melodramatycznej przesady i wymuszania całej narracji, powstaje trochę miejsca dla fajnych, lekko humorystycznych interakcji między poszczególnymi bohaterami. Tutaj błyszczy wspomniany Bill Nighy, którego epizody należą do najlepszych w filmie. Ale również i reszta obsady dostaje w dalszej części filmu trochę dobrze napisanych scen i dialogów. Kiedy więc Scherfig nie pędzi na złamanie karku, by skonstruować swoją własną polifonię na wzór staroświeckich dramatów obyczajowych, a pozwala filmowi zwolnić, nabrać rumieńców, w końcu udaje jej się dotrzeć do widza.

Niestety nie oznacza to, że gdzieś za połową The Kindness of Strangers zmienia się drastycznie – wciąż główna linia fabularna cierpi na odklejenie od rzeczywistości i grubo ciosaną szkicowość. Lekki skręt w stronę komediodramatu ratuje jednak film Scherfig o tyle, że pozwala widzowi wynieść z seansu pewne pozytywy. Byłoby to może wystarczające do pochwalenia reżyserki, pokazującej (czy raczej sygnalizującej) umiejętność ciekawego poprowadzenia aktorów i nienachalność, gdyby zapomnieć, że nie jest to debiutantka, ale doświadczona już autorka filmów. Szkoda, że nie potrafiła w tym przypadku wyczuć mocnych stron swojego warsztatu oraz filmowanej historii. W efekcie powstał dosyć płytki melodramat, wymuszający empatię i niezdolny do zaangażowania widza w losy bohaterów. Można żałować, że kilka ciekawych epizodów o zacięciu komediowym nie stanowi części lepszego filmu.

Ostatnio dodane