search
REKLAMA
Archiwum

BATTLESTAR GALACTICA (2004-2009). Recenzja serialu

Tekst gościnny

4 października 2017

REKLAMA

Battlestar Galactica to zresztą bogata galeria ludzkich charakterów. Charakterów właśnie, a nie tylko postaci. Te bowiem zostały rewelacyjnie nakreślone. Są wielowymiarowe, pełne życia i zdecydowanie niejednoznaczne, jak to często ma miejsce. I tak też komandor William Adama nie jest typem dowódcy doskonałego. Owszem, w roli tej sprawdza się wyśmienicie, jednocześnie jednak ma świadomość, iż zawiódł jako mąż i ojciec, co nie pozostaje bez wpływu na kontakty z synem, kapitanem Lee ‘Apollo’ Adama, przydzielonym na Galactikę na krótko przed atakiem, z którym trudno mu się będzie zrazu porozumieć. Z kolei jego pierwszy oficer, pułkownik Saul Tight, jest alkoholikiem. Nie sposób też nie wspomnieć o doktorze Gaiusie Baltharze, genialnym naukowcu, współodpowiedzialnym jednak – choć nieświadomie – za ułatwienie Cylonom ataku na Kolonie. Jest to bodaj najtragiczniejsza postać serialu; tchórzliwy i zarozumiały, choć postawiony w trudnej sytuacji. Oto bowiem to właśnie jego asystentka i kochanka okazuje się być Cylonem, później zaś, już po ataku, w jakiś sposób manipuluje nim nadal, już jako swego rodzaju wytwór jego wyobraźni. Balthar zaś nie potrafi, a raczej nie chce, znaleźć wyjścia z tej jakże patowej sytuacji. Lista ta w zasadzie nie ma końca, bowiem praktycznie każdy członek załogi w pewnym momencie ukazuje swoje gorsze oblicze.

Nie sposób nie wspomnieć też o samych Cylonach. W pierwowzorze zostali oni stworzeni przez obcą rasę zwaną – nomen omen – Cylonami. W wersji Moore’a to ludzie okazują się być ich twórcami. Były one wykorzystywane głównie jako siła robocza. Jednakże w pewnym momencie maszyny zbuntowały się przeciwko swym twórcom, co doprowadziło do wyniszczającej wojny. Pomysł z całą pewnością nie nowy, od razu bowiem przychodzą na myśl skojarzenia choćby z Terminatorem. Tu jednak wątek ten poprowadzono wyśmienicie. W przeciwieństwie do obrazu Camerona nie wszyscy Cyloni są bezdusznymi robotami. Po przegranej wojnie odleciały one do nowego świata, w którym ewoluowały… w ludzi! Istnieją kopie tak doskonałe, że niemal nie sposób odróżnić ich od swych twórców. I tu pojawia się kolejne fundamentalne pytanie o to, co czyni nas ludźmi? Pod tym względem Battlestar Galactica zbliża się raczej do Blade Runnera Scotta. Cyloni bowiem czują i myślą tak jak my. O ironię zakrawa fakt, iż to właśnie robot, Numer Sześć, próbuje uczulić Balthara na istnienie Boga (a nie bogów – Władców Kobolu)! Co więcej – niektórzy nie zdają sobie sprawy, iż są jedynie maszynami. Jeden z takich modeli, stworzonych na podobieństwo porucznik Sharon Valerii, nie potrafi pogodzić się z prawdą. Zakończenie pierwszej serii przynosi w tej kwestii kolejne niespodzianki…

Kolejną rzeczą, o której warto wspomnieć, jest świat przedstawiony w serialu. Jest on niezwykle spójny, dopracowany i przemyślany. Wszystko jest na swoim miejscu. Nie ma mowy o prostych rozwiązaniach w stylu Star Treka, gdzie ‘drobna modyfikacja deflektora’ zdaje się być lekarstwem na każdą bolączkę. Battlestar Galactica w niczym nie przypomina kultowych seriali Gene’a Roddenberry’ego. Bliżej mu raczej do zapomnianych już nieco Babilon 5 czy Gwiezdnej eskadry. Mimo iż akcja serialu dzieje się w kosmosie, świat w nim jest odbiciem naszego. Sama Galactica na swój sposób przypomina współczesne lotniskowce – najpotężniejszą broń konwencjonalną. Nie można nie zauważyć, iż specyficzna hierarchia, zwyczaje, nawet stopnie wzorowane są na amerykańskiej marynarce wojennej. Ba! Na pokładzie stacjonuje nawet oddział marines! Podobnie jest z samym systemem dowodzenia. Komandor Adama jest głównodowodzącym siłami zbrojnymi, jednak formalnie podlega rozkazom pani prezydent Roslin, która w chwili ataku sprawowała urząd ministra edukacji. Współpraca ta nie zawsze układa się bezproblemowo – oboje wszak muszą nauczyć się zaufania. Jak się ostatecznie okaże, nie będzie to proste.

Na koniec nie sposób nie wspomnieć o kwestiach technicznych. Po pierwsze, w oczy od razu rzuca się dobre aktorstwo. Pierwsze skrzypce grają oczywiście Edward James Olmos, który wcielił się w rolę komandora Williama Adamy oraz znana choćby z Tańczącego z wilkami Mary McDonnell w roli prezydent Laury Roslin. Rewelacyjny jest też James Callis grający Gaiusa Balthara. Reszcie obsady również nie można mieć nic do zarzucenia. Podobnie jest ze stroną techniczną. Efekty specjalne co prawda z hollywoodzkimi produkcjami równać się nie mogą, jednakże triki komputerowe zastosowane w serialu muszą budzić uznanie. Dobra jest także muzyka. Nie jest przesadnie wyeksponowana, nastawiona raczej na umiejętne budowanie atmosfery, doskonale jednak sprawdza się do formuły, jaką przyjęli twórcy.

Koniec końców – Battlestar Galactica trochę niespodziewanie stał się jednym z najważniejszych dzieł science fiction ostatnich lat. I najlepszych. Pozycja obowiązkowa dla fanów gatunku, a i inni mogą się mile rozczarować. Gorąco polecam!

Tekst z archiwum film.org.pl.

REKLAMA