Recenzje

BATMAN: W CIENIU CZERWONEGO KAPTURA. Coś tu nie gra

Autor: Maciek Poleszak
opublikowano

Znacie ten dowcip? – Co to jest 500 prawników na dnie morza? – Dobry początek. Dałoby się go bez większych problemów przekuć w sposób adekwatny do filmu Batman w cieniu Czerwonego Kaptura, który zaczyna się od… śmierci Robina, czyli postaci nie darzonej przez wiele osób (w tym także przez niżej podpisanego) zbytnią sympatią. I chociaż film zaczyna się całkiem nieźle, a kilka scen może się podobać, to jednak w ogólnym rozrachunku pojawia się sporo znaczących niedociągnięć i zgrzytów, ale po kolei…

Od śmierci Jasona Todda, który był drugim pomocnikiem Człowieka Nietoperza noszącym żółtą pelerynę, minęło pięć lat. Odpowiedzialny za śmierć chłopaka Joker gnije w Arkham, pierwszy Robin od dawna samodzielnie patroluje ulice w stroju Nightwinga, a światek przestępczy Gotham City rośnie w siłę po zjednoczeniu przez Black Mask. W tym czasie w mieście pojawia się nowy gracz – Red Hood, który robi wszystko, aby przejąć kontrolę nad kartelami narkotykowymi, nie szczędząc przy tym gangsterom ołowiu.

Jak na film trwający jedynie 75 minut, w najnowszym Batmanie jest zaskakująco dużo scen akcji, przy niewystarczającej ilości fabuły.

Ten wydany prosto na DVD film animowany stara się zawrzeć w sobie dwie wizje. Z jednej strony chce być swego rodzaju duchowym następcą kultowego serialu Bruce’a Timma z lat 90., a z drugiej czuć w nim wyraźne inspiracje Mrocznym Rycerzem Christophera Nolana. Niestety, konwencja nie bardzo wie, w którą stronę chce pójść, więc całość rozłazi się w szwach. W jednej scenie widzimy Jokera okładającego jedną z postaci łomem, za chwilę jednak Nightwing (zaskakująco irytujący w tej roli Neil Patrick Harris) podsumowuje jakąś sytuację dowcipnym cool komentarzem, od którego mogą zacząć boleć zęby. Dalej: w jednej chwili Joker w scenie „zupełnie na poważnie” odstawia występ, od którego może ścierpnąć skóra, a w innej Batman walczy z grupą cyber-ninja-wojowników strzelających kolorowymi laserami. Coś tu po prostu nie gra.

Słabość scenariusza czuć też w pisanych od linijki dialogach, które wzlatują ponad podręcznikową przeciętność w dosłownie dwóch, trzech fragmentach.

Nie wiem, do kogo twórcy adresowali swój film, bo widzów starszych mogą zirytować elementy infantylne, przerysowane i „komiksowe” (w złym tego słowa znaczeniu), a brutalność i okrucieństwo niektórych scen jest nieodpowiednia dla widzów młodszych. Nie chciałbym jednak zabrzmieć jak nadwrażliwy dewot. Jest pewna różnica między pokazaniem istotnej dla opowiadanej historii śmierci jakiejś postaci w sposób nie pozostawiający wątpliwości, ale jednocześnie subtelny, a chlapaniem juchą po ścianach tylko w celu pokazania czerwieni. Mimo że w USA Batman… otrzymał rating PG-13, zastanowiłbym się, czy pokazać go przysłowiowemu siostrzeńcowi i po namyśle pewnie bym tego nie zrobił.

Nie za bardzo gra też scenariusz. Jak na film trwający jedynie 75 minut, w najnowszym Batmanie jest zaskakująco dużo scen akcji, przy niewystarczającej ilości fabuły. Dający ogromne pole do popisu wątek śmierci jednej z najbliższych osób Bruce’a Wayne’a wydaje się być potraktowany po macoszemu. I gdy już zostaje poruszony głębiej pod koniec filmu, czego efektem jest jedna z lepszych scen, widz może poczuć się oszukany, że jedyną ambicją twórców było upchnięcie maksymalnej ilości lania po mordach w tak krótkim czasie ekranowym. Słabość scenariusza czuć też w pisanych od linijki dialogach, które wzlatują ponad podręcznikową przeciętność w dosłownie dwóch, trzech fragmentach. Tyczy się to nawet Jokera, postaci, która przyzwyczaiła nas do tego, że staje się najjaśniejszym elementem filmu – bez znaczenia, przez kogo jest grana. John DiMaggio (znany z Futuramy) wychodzi z zadania całkiem nieźle, a jego interpretacja zawieszona jest gdzieś pomiędzy Markiem Hammilem, po którym odziedziczył śmiech i zamiłowanie do uszczypliwych komentarzy, a nie bojącym się śmierci bohaterem Heatha Ledgera. Oczywiście określenie „całkiem nieźle” nie zmienia faktu, że aktor obu tym panom może co najwyżej czyścić buty. Szkoda tylko, że w komentarzach brak jest pazura, a sporo dowcipów to nieśmieszne suchary.

W podsumowaniu mógłbym napisać, że animowany Batman musi jeszcze poczekać na dojrzały i dobry film o sobie, ale tego nie zrobię. Taki film już powstał i to ładnych parę lat temu, a zwie się Mask of the Phantasm, lub w języku ojczystym – Maska Batmana. W cieniu Czerwonego Kaptura można sobie odpuścić bez większych wyrzutów sumienia.

Tekst z archiwum film.org.pl (20.01.2011).

Ostatnio dodane