Recenzje

ARAB BLUES. Chcesz iść do fryzjera? Lepiej idź do psychologa

Labidi ma niewątpliwy talent do prowadzenia aktorów oraz inscenizowania scen komediowych. Pozostaje czekać na jej kolejne dzieła, bo "Arab Blues" to debiut niepozbawiony wad, ale jak najbardziej udany.

Autor: Dawid Konieczka
opublikowano

Jest w Arab Blues scena, w której główna bohaterka Selma (Golshifteh Farahani) dowiaduje się, że jej nastoletnia przyjaciółka Olfa (Aïsha Ben Miled) chce wyjść za mąż, a następnie wyjechać z ukochanym do Francji. Selma wie jednak, że chłopak jest gejem i zarówno dla niego, jak i Olfy fałszywe małżeństwo jest po prostu sposobem na wydostanie się z Tunezji. W całym filmie Manele Labidi jest jeszcze kilka takich scen, które poruszają problemy życia w tunezyjskim społeczeństwie, ale tak naprawdę reżyserki za bardzo nie interesuje opowiadanie poważnej obyczajowej historii. Wręcz przeciwnie, bo choć w Arab Blues trafiają się momenty zupełnie serio, to Labidi stawia przede wszystkim na lekką, zabawną opowieść o poszukiwaniu własnego miejsca.

Mieszkańcom miasta, w którym rozgrywa się akcja Arab Blues, mogłoby się wydawać, że takiego własnego miejsca na Ziemi nie musi szukać wspomniana Selma. Dziewczyna wyjechała z Tunezji do Francji w wieku 10 lat i wszystko wskazywałoby na to, że, jak to mówią, udało jej się w życiu. Tym większe jest zaskoczenie bliskich oraz dawnych znajomych bohaterki, gdy ta wraca w rodzinne strony i otwiera gabinet psychoanalityczny. Tunezyjczycy zastanawiają się, dlaczego Selma, piękna, wykształcona młoda kobieta, rezygnuje z mieszkania w Europie, po czym postanawia osiedlić się w Tunezji, gdzie, jak sami stwierdzają, niczego nie można osiągnąć. Powody powrotu dziewczyny są jednak bardzo osobiste i chociaż w dialogach od czasu do czasu pojawiają się jakieś wzmianki o rodzicach (swoją drogą niezwykle zdawkowe i nieprzekonujące), to jednak Selma chce przede wszystkim udowodnić otoczeniu – albo bardziej sobie – że tutaj też się da. Że tutaj też można robić to, co się lubi, i być tym, kim się chce. A przy okazji pokazać Tunezyjczykom, że rozmowa z psychoanalitykiem to nie to samo, co pogaduchy u fryzjera.

Golshifteh Farahani w filmie Arab Blues

Arab Blues jest więc opowieścią o próbie odnalezienia własnego miejsca i podążania swoją drogą, ale to film w większości pozbawiony zaangażowanego komentarza społecznego. Labidi jedynie sugeruje, że dość tradycyjne społeczeństwo to nie miejsce na wyrażanie siebie ani otwarty dialog o problemach. Bo nie tylko Selma próbuje się tu jakoś odnaleźć i unikać ciągłych pytań o to, dlaczego jeszcze nie ma męża. Także jej pacjenci są stłamszeni – czy to sympatyczny piekarz z dziecięcą traumą oraz ciągotami do zakładania damskich ubrań, czy choleryczny kierowca, który nie mogąc porozmawiać z nikim o swoich zmartwieniach, częstokroć zagląda do puszki wypełnionej bynajmniej nie coca-colą. Najpoważniejszy i chyba najbardziej poruszający jest wątek samotnego imama wyrzuconego z meczetu, pokazujący, że Labidi doskonale odnalazłaby się w zupełnie poważnym kinie obyczajowym. To wszystko jednak historie epizodyczne, powracające na kilka minut i równie szybko spychane na boczny tor.

Drugim nadrzędnym tematem filmu francusko-tunezyjskiej debiutantki, nieco wyraźniej wybrzmiewającym, pozostaje postkolonialne spojrzenie zarówno Selmy na Tunezję, jak i mieszkańców tego kraju na imigrantkę z Francji. Nie da się nie zauważyć kompleksu niższości, jaki lokalni mieszkańcy odczuwają wobec protagonistki. „Wielka pani z Paryża”, „myśli, że Tunezja to dziki kraj” – z takimi słowami Selma spotyka się stosunkowo często, ale podejście jej samej do zasad rządzących dawną ojczyzną potrafi dać wiele do myślenia. Dowodem na to jest choćby główny problem, z którym zmaga się kobieta, a więc konieczność wyrobienia pozwolenia na prowadzenie gabinetu psychoanalitycznego. Selma nie pomyślała o tym zawczasu, bo… cóż, tu pewnie nikt nie zwróci na to uwagi. Otóż w porewolucyjnej Tunezji zwróci, bo teraz to państwo prawa – przynajmniej w teorii, ponieważ do ideału nadal daleko.

Golshifteh Farahani w filmie Arab Blues

To w zasadzie główny problem Arab Blues – reżyserka sygnalizuje pewne kwestie, ale równie szybko się zatrzymuje i wraca do dominującej, komediowej formuły całości.

I tu, gdzie reżyser celujący w krytykę funkcjonowania państwowej administracji pokazałby zderzenie jednostki z bezlitosną biurokracją i absurdami ustroju, Labidi prześlizguje się jedynie po powierzchni. Fakt, Selma walczy z bezwzględnymi przepisami prawnymi, jednakże urzędniczka w Ministerstwie Zdrowia to nie bezduszny robot za biurkiem, lecz sympatyczna pani, która mało może, ale za to bardzo lubi smakowite podarunki od petentów. To w zasadzie główny problem Arab Blues – reżyserka sygnalizuje pewne kwestie, ale równie szybko się zatrzymuje i wraca do dominującej, komediowej formuły całości. Lekki ton to oczywiście nie wada, ale wprowadzając takie wątki do swojego filmu, a następnie pospiesznie je porzucając, Labidi sprawia wrażenie, jakby nie mogła zdecydować się, czy stworzyć dzieło o zacięciu społecznym, czy pozostać przy niezobowiązującej, acz inteligentnej komedii.

Do komizmu reżyserka na szczęście ma wyraźny dryg, bo koniec końców Arab Blues, mimo twórczej zachowawczości, okazuje się filmem ciepłym, przesympatycznym i po prostu zabawnym, głównie za sprawą świetnie napisanych, a także zagranych, charakterystycznych bohaterów. Farahani to oczywiście rewelacyjna aktorka, której nie trzeba już nikomu przedstawiać, ale drugi plan z powodzeniem dotrzymuje jej kroku. Labidi ma niewątpliwy talent do prowadzenia aktorów oraz inscenizowania scen komediowych, co widać zwłaszcza w scenie kontroli drogówki przywodzącej na myśl najlepsze dokonania reżyserskie Alaina Chabata. Pozostaje czekać na jej kolejne dzieła, bo Arab Blues to debiut niepozbawiony wad, ale jak najbardziej udany.

Ostatnio dodane