W stronę zachodzącego słońca

APPALOOSA (2008). 10-lecie premiery filmu

Stylowy i wyciszony western z gwiazdorską obsadą – dla fanów gatunku idealny do delektowania się przy wytrawnej whisky i z cygarem w ręku.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

To nie jest kraj dla samotnych ludzi

Od razu trzeba zaznaczyć, że film ten nie ma nic wspólnego z pochodzącą z 1966 roku i wcześniej opisaną już w cyklu produkcją o tym samym tytule. Dość napisać, że tam, gdzie wcześniej poszło o… konia, w późniejszej o cztery dekady produkcji rzecz rozchodzi się o tytułowe, fikcyjne miasteczko położone na terenach Nowego Meksyku. Lecz nie tylko nazwę obie te pozycje ze sobą dzielą. I jedna, i druga to bowiem dość nietypowe przykłady obcowania z Dzikim Zachodem. Dalekie od efektowności, bardziej skupione na atmosferze i postaciach, mające swój własny, spokojny rytm. To wszystko działa zwłaszcza w przypadku Appaloosy z XXI wieku, która wyszła spod ręki… Eda Harrisa.

Jest to projekt czysto autorski.

To drugi, po biograficznym Pollocku, film, na którego planie aktor ten stanął także za kamerą oraz zajął się produkcją. Dodatkowo, wraz z Robertem Knottem, napisał scenariusz na podstawie książki Roberta B. Parkera (również twórcy cyklu przygód detektywa Jesse’ego Stone’a), a także nagrał dwie obecne na ścieżce dźwiękowej piosenki! Można zatem pokusić się o stwierdzenie, że jest to projekt czysto autorski (ojciec Harrisa zagrał tu nawet drobny epizod). I… to czuć. Wychodzi to też całej historii na dobre, gdyż ta – niespecjalnie oryginalna i porywająca na papierze – wydaje się dopięta na ostatni guzik i ogląda się ją naprawdę wybornie. I to nie tylko przez wzgląd na złożoną z aktorskich kozaków obsadę (Jeremy Irons, Timothy Spall, Lance Henriksen i oczywiście Viggo Mortensen, który z planu Kapitana Alatriste przyciągnął ze sobą partnerkę Ariadnę Gil); odpowiednio stylową, klimatyczną muzykę Jeffa Beala (House of Cards), czy też utrzymane w znanej z plakatów, lekko złocistej aurze zdjęcia Deana Semlera – w niezwykle poetycki sposób ożywiające plenery wspomnianego wyżej stanu, jak również Arizony i Teksasu. To normalnie dobra rzecz po całości.

„Uczucia cię zabiją” – oznajmia filmowy tagline. I to według tej zasady zdaje się żyć dwóch protagonistów w osobach Virgila Cole’a i Everetta Hitcha (Ed i Viggo). To współpracujący ze sobą od dawna rewolwerowcy do wynajęcia – ale tacy, którzy strzelają tylko w legalny sposób, z zasadami i z gwiazdą na piersi. Obaj samotni, zdają się służyć jedynie prawu oraz sobie. Są wspólnie na tyle długo, że rozumieją się bez słów i potrafią wzajemnie chronić własne tyłki. Jednocześnie to związek daleki od tego zaprezentowanego w Brokeback Mountain. Panowie są ze sobą szczerzy, dzielą się obowiązkami, pozwalają sobie na uprzejmości, spostrzeżenia czy porady godne małżeństw. I tak jak one dobrze znają swoje wady i zalety. Lecz zarazem dalecy są od jakichkolwiek emocjonalnych zażyłości. To partnerstwo, do którego się przyzwyczaili, a które dobrze im służy. Ale niekoniecznie takie, które oznacza bezwarunkowe życie ze sobą do późnej starości. Gdy więc na horyzoncie pojawia się kobieta z klasą w osobie Renée Zellweger, jasne jest, że obaj zainteresowani jej uczuciem kowboje będą zmuszeni poważnie przemyśleć swoje wartości. Będzie to dla nich zdecydowanie trudniejsze zadanie niż potyczka z lokalnym postrachem ludności, do którego pokonania zostali zatrudnieni w Appaloosie…

Tego obchodzącego właśnie swoje pierwsze dziesięciolecie kameralnego filmu z pewnością nie byłoby, gdyby nie wcześniejsze sukcesy serialu Deadwood oraz remake’u klasycznego 3:10 do Yumy. To na ich przykładach Harrisowi udało się przekonać studio do wyłożenia dwudziestu baniek potrzebnych na produkcję, a następnie zielone światło w stworzeniu godnego początku całej serii opartej na książkowych przygodach Hitcha i Cole’a. Niestety, mimo stosunkowo niewielkiego budżetu, zgrabnego zamknięcia opowieści w czasie poniżej dwóch godzin seansu, znanych nazwisk na liście płac oraz wstrzelenia się w okres ponownego ożywienia westernu w świadomości widzów, Appaloosa ledwo zdołała się zwrócić, w większości krajów przemykając przez kina bez większego echa. Nie pomogły zachwyty poszczególnych krytyków, którzy chętnie umieszczali film na swojej liście najlepszych tytułów roku 2008. Ani tym bardziej otrzymanie twardej kategorii wiekowej R. Brak zysku oznaczał brak dalszego zainteresowania, a to z kolei sprawiło, że potencjał na dłuższą, niebanalną sagę z Dzikiego Zachodu dosłownie zabito w zarodku.

Inna sprawa, że nie jest to pozycja, która przypadnie do gustu każdemu fanowi tego typu filmów. Na jej niekorzyść działa głównie spokojne, leniwe wręcz tempo historii i bohaterowie, którzy nigdy nigdzie się nie śpieszą, nawet w pociąganiu za spust. Nie mówią również zbyt wiele, choć to właśnie dialogami – nierzadko wypełnionymi celnymi, acz podobnie nieefektownymi ripostami – Appaloosa jest napędzana. No i myśleniem nad ruchem przeciwnika, przewidywaniem go. Czystej akcji jest tu zatem stosunkowo niewiele. A gdy się pojawia, bardziej satysfakcjonuje moralnie, aniżeli zaskakuje wykonaniem, rozwiązaniem lub też zadziwia atrakcjami. To taka swoista partia szachów. Lecz w przeciwieństwie do prawdziwej gry, która powoduje raczej samoistne opadanie powiek, ta jest naprawdę emocjonująca w śledzeniu, angażująca. Szkoda tylko, że królową szachownicy nie została tutaj ostatecznie Diane Lane, jak to pierwotnie planowano. O ile do Zellweger trudno mieć jakiekolwiek zastrzeżenia, bo sprawdziła się znakomicie, to jednak nie sposób uniknąć wrażenia, że z Lane na pokładzie film jedynie zyskałby na atrakcyjności oraz ostrości.

Byłoby miło obejrzeć jeszcze raz te postaci na dużym ekranie.

Ostatecznie może to i dobrze, że przez te dziesięć lat nie doczekaliśmy się kontynuacji. Obaj główni aktorzy mają już swoje lata i raczej nie słyną z podpisywania długoletnich kontraktów na filmowe seriale. I choć zakończenie Appaloosy jest przyjemnie otwarte i byłoby miło obejrzeć jeszcze raz te postaci na dużym ekranie, to sama historia pozostaje spójną, skończoną całością, w której Harrisowi udało się zawrzeć wszystko to, co w gatunku niezbędne, a nawet więcej – i to w dodatku bez popadania w banał, ckliwość lub napuszenie.

Powstało zatem dzieło może niezbyt głębokie czy wiekopomne, ale przynajmniej nad wyraz solidne, jak najbardziej udane, konsekwentne, spójnie poprowadzone oraz konkretne. Takie, którego potencjalne trzy sequele – bo tyle jeszcze książek napisał w tym cyklu przed śmiercią Parker (co ciekawe, jedna z nich w oryginale nazywa się… Brimstone) – nie są już raczej w stanie zniszczyć ani rozwodnić w hollywoodzkiej maszynce do mielenia zysków. Takie, które można jedynie polecić. I to nie raz.

Ostatnio dodane