Recenzje

ANONIMUS. Ambitny Roland Emmerich

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Biorąc pod uwagę wydźwięk kilku ostatnich filmów reżysera ID4, miałem uzasadnione obawy co do efektu końcowego najnowszego przedsięwzięcia. Światła w mroku wątpliwości na pewno nie mógł wprowadzić fakt, że niemiecki wyrobnik tym razem zajął się zgłębianiem realiów, które dotychczas, wydawać by się mogło, stały w sprzeczności z poprzednimi dokonaniami reżysera.

O niemieckim reżyserze, Rolandzie Emmerichu, można by powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że w swych filmach stawia na minimalizm. Jego twórczość stanowi esencję tego, co hollywoodzkie. Bawiąc się kinowym mainstreamem, wprowadza śmiałe elementy fantastyki wizualnej. Inwazja przybyszów z kosmosu, trzęsienia ziemi, powodzie, walące się budynki, sceny batalistyczne czy atak zmutowanej gadziej bestii – to tylko niektóre z powodów, dla których mówi się o nim „Master of Disaster”. W tym wszystkim jest on jednak twórcą nierównym, bardzo często przedkładającym formę widowiska nad jej treść.

Inaczej jednak ma się sprawa z jego najnowszym projektem, co przyjąłem z niemałym zaskoczeniem. Biorąc pod uwagę wydźwięk kilku ostatnich filmów reżysera ID4, miałem uzasadnione obawy co do efektu końcowego najnowszego przedsięwzięcia. Światła w mroku wątpliwości na pewno nie mógł wprowadzić fakt, że niemiecki wyrobnik tym razem zajął się zgłębianiem realiów, które dotychczas, wydawać by się mogło, stały w sprzeczności z poprzednimi dokonaniami reżysera. Co prawda, Emmerich miał już okazję wykazać się na polu kina kostiumowego (Patriota) ale nie tak kameralnego i statycznego w przebiegu wydarzeń.

Dobrze rozpisany scenariusz spod ręki Johna Orloffa (wcześniej Cena odwagi), balansujący miedzy tradycyjnym kinem kostiumowym a thrillerem politycznym, to jeden z jaśniejszych plusów tego filmu.

Rzecz dzieje się w renesansowej Anglii czasów elżbietańskich. Opowiada losy 17. Hrabiego Oksford, Edwarda de Vere, który prócz noszenia tytułu szlacheckiego jest jednocześnie cichym poetą. Problem w tym, że musi on tłumić swoje artystyczne zapędy, gdyż nie pasują one do dworskiej arystokratycznej tradycji. Ówczesne pojęcie sztuki miało bardzo wyraźnie zakreślony hermetyczny podział, gdzie np. dramat, tak hołubiony przez głównego bohatera, często utożsamiany był z klasą niższą, co odzwierciedlały heretyckie konotacje. De Vere w końcu decyduje się, aby jego skrycie pisane sztuki były wystawione w teatrze. Sam jednak pozostaje w cieniu anonimowości. Zbieg przypadkowych okoliczności powoduje, że po jednym ze spektakli, pod tajemniczego autora podszywa się pewien niesforny aktor o nazwisku… Will Szekspir. Cała opowieść ma więc wyraźny charakter parahistoryczny, ponieważ osnuta jest wokół jednej ze spiskowych teorii dotyczących alternatywnej historii słynnego angielskiego dramaturga. Czy jest wiarygodna? To nie jest ważne. Ważne, żeby skutecznie nią widza zaintrygować i skłonić do wyciągnięcia własnych wniosków, a to się niewątpliwie twórcom udało. Dobrze rozpisany scenariusz spod ręki Johna Orloffa (wcześniej Cena odwagi), balansujący miedzy tradycyjnym kinem kostiumowym a thrillerem politycznym, to jeden z jaśniejszych plusów tego filmu.

Pozytywną cechą Anonimusa jest też gama ciekawych postaci, w które wcielili się mniej lub bardziej znani angielscy aktorzy. Rhys Ifans w roli hrabiego Oksford stworzył postać kompleksową i zapadająca w pamięć. Po sposobie jego gry widać, jak mocno wczuł się w kreację anonimowego autora. Jako że charakterystyka tej postaci ma niebagatelne znaczenie dla całościowego wydźwięku utworu, kluczowe było wiarygodne jej odtworzenie. W dalszym planie jest równie ciekawie. Począwszy od groteskowego Szekspira, przez królową Elżbietę, skończywszy na demonicznym doradcy tejże, Williamie Cecilu, i jego równie demonicznym synu Robercie, mamy do czynienia z naprawdę solidnym zespołem aktorskim.

Podsumowując, mamy do czynienia z jednym z milszych filmowych zaskoczeń tego roku. Ja rozumiem, że fabuła, mimo swej oryginalności, jest momentami przewidywalna, a cała otoczka okołohistoryczna demitologizująca postać Szekspira może co niektórych razić. Dla mnie jednak nie to jest tutaj najistotniejsze. Większą wagę ma to, że Roland Emmerich w końcu spróbował podjąć jakieś artystyczne ryzyko, wchodząc na bardziej ambitny grunt. Bo czy nie jest zastanawiające, że twórca, który tak często stawiał w swej karierze na widowiskowość swoich obrazów, swój pierwszy film po Avatarze, czyli po pewnej umownej kresce wyznaczonej przez Camerona, nie tworzy w technice 3D?

Ten film to swoisty dowód na to, że zanim kogoś na stałe zamkniemy w popcornowej, mainstreamowej szufladzie, warto się zastanowić, czy na to zasługuje. Bo pomimo tego, że Emmerich pasuje do niej jak ulał, to i jemu czasem może się ona wydać za ciasna. Żeby była jasność – nigdy nie byłem fanem tego reżysera, ale chyba zawsze miło jest popatrzeć, jak zmęczony i znudzony rzemieślnik w wolnej chwili pisze… wiersz. Przywraca to wiarę w sztukę.

Tekst z archiwum film.org.pl (24.11.2011).

Ostatnio dodane