Recenzje

ALEX RIDER. MISJA STORMBREAKER. Szmirowaty blockbuster

Autor: Michał Fedorowicz
opublikowano

Poświęcenie – tym musi wykazać się zwykły widz mający zamiar obejrzeć przygody Alexa Ridera do końca. Chyba że jest po cichu fantazjującym o karierze szpiega na miarę Jamesa Bonda 10-latkiem. Wówczas najnowszy film Geoffreya Saxa, twórcy obrazów przeznaczonych raczej na szklane ekrany, będzie dla wspomnianego, ciągle bawiącego się z kolegami w „wojnę” chłopca, życiową przygodą i ucieleśnieniem marzeń. Wciągającym fabularnie dziełem sztuki filmowej, obfitującym w arcyciekawe postacie, zabawne dialogi, wartką akcję, oraz imponujące sekwencje wypełnione po brzegi zdumiewającymi efektami specjalnymi. Mniemam jednak, że nie każdy widz Misji Stormbreaker będzie mężczyzną w wieku jeszcze przednastoletnim.

Dlatego lojalnie ostrzegam już na początku – puśćmy na seans naszych milusińskich, a sami zajmijmy się ciekawszymi rzeczami, na przykład patrzeniem w ścianę. Wtedy zarówno my, jak i nasi małoletni agenci wojskowych służb specjalnych, wyjdziemy z kina zadowoleni, a czas i pieniądze przeznaczone na wyprawę do okolicznego multipleksu uznamy za dobrze spożytkowane.

Alex Rider, główny bohater opisywanego filmu, jest niezwykłym 14-latkiem. Po stracie rodziców w wieku jeszcze szczenięcym, wychowania owego młodziana podjął się jego tajemniczy wujek, oficjalnie pracownik nieistniejącego banku, w rzeczywistości świetnie się maskujący agent MI6. Pod jego skrzydłami rośnie nam z małego Alexa nadczłowiek rasy aryjskiej, obdarzony zdumiewającą siłą poliglota, w skrócie – troszkę zbyt szarmancki nastolatek. Jednak w przeddzień wejścia głównego bohatera w wiek dojrzewania wujka Iana trafia szlag, lub, jak kto woli, seria kul, które w jego stronę posyła ryży złoczyńca o wschodnio brzmiącym nazwisku. Ale nasz młodociany superheros łzy jednej uronić nie zdoła, bo już do drzwi jego pukają wujkowi koledzy po fachu, chcąc wysłać młodego Jamesa Bonda w tajną misję, by dokończył to, czym zajmował się jego opiekun – rozpracowaniem wielkiego spisku autorstwa geniusza zbrodni, zakompleksionego informatyka, Darriusa Sayle’a. Wcześniej jednak, w celach czysto formalnych, nasz niedojrzały karateka sprawdzić się musi na kilkunastodniowym obozie dla komandosów z krwi i kości. A kiedy już wszystkim udowadnia, że niestraszna mu żołnierska fala i czyszczenie kominów, wyrusza na akcję do malowniczej Kornwalii, gdzie swoją supernietajną siedzibę ma wspomniany szaleniec.

Przez 93 minuty trwania tego szmirowatego blockbustera usilnie starałem się znaleźć w nim jakieś pozytywne elementy. I tak – oprócz wartkiej akcji, spektakularnych efektów specjalnych, arcyciekawych postaci, czy zabawnych dialogów, których w filmie zabrakło, nie ma też dobrego polskiego dubbingu. Prawdę mówiąc, to, co słyszymy, trudno jest nawet nazwać dubbingiem – fatalny jest dobór aktorów, z których trafiony był jedynie Mirosław Zbrojewicz, użyczający strun głosowych głównemu szwarccharakterowi. Irytująca jest też maniera, z jaką postacie mówią, pasująca raczej do kolejnej komputerowo wygenerowanej bajki, a co gorsza, dalszy plan, który także musiał zostać spolszczony, jest prawie niesłyszalny. Stormbreaker zdubbingowany to jednym słowem „padaka”. Czego jeszcze w „burzołamaczu” (bo tak w wolnym tłumaczeniu brzmi angielski tytuł filmu opartego na książce Anthony’ego Horowitza) nie ma? Kolejno: reżyserii, scenariusza, ciekawych zdjęć i znośnego montażu. „Czy jest więc w tym filmie coś dobrego?” – zapyta ciekawski czytelnik tej recenzji. Otóż – niespodzianka – jest! Moje starania w poszukiwaniu straconego czasu zostały nagrodzone dość solidną ścieżką dźwiękową, na której znalazły się tak znakomite kawałki jak „Feel Good Inc.” w wykonaniu Gorillaz, czy „Ready Steady Go” Paula Oakenfolda – szkoda tylko, że sceny, w jakich je wykorzystano, wywołują na twarzy uśmiech politowania. „Po co więc iść do kina, skoro miast tego filmu można posłuchać dobrej muzyki?” – zapyta inny wnikliwy czytelnik. A autor niniejszej recenzji w zadumie odparuje: „No właśnie, po co?”.

Zaprawdę powiadam wam, drodzy czytelnicy – darujcie sobie seans Alexa Ridera. W 2006 roku do kin wejdzie jeszcze wiele przyzwoitych filmów. Ba! Dystrybutorzy uraczą nas również filmami słabymi, na które, prawdę mówiąc, można pójść w ciemno, a mimo to bawić się lepiej niż podczas tępego wpatrywania się w ekran w trakcie projekcji Misji Stormbreaker. Szkoda zmarnowanej obsady – zatrudniając takie tuzy światowej kinematografii jak Ewan McGregor, Mickey Rourke, Alicia Silverstone, Bill Nighy, Andy Serkis czy Stephen Fry, producenci liczyli zapewne na wielką widownię i ogromne wpływy ze sprzedaży biletów. Bardzo to pocieszające, że film nie zwrócił się nawet w połowie – może kolejne książki pana Horowitza nie zostaną zekranizowane, wspomnianym gwiazdorom darowane zostanie hańbienie się występami w nic nie wartych gniotach dla 10-latków, a polski widz nie będzie musiał wyrywać sobie z głowy włosów, słysząc nianię Franię użyczającą głosu złoczyńcom płci niebrzydkiej. Czego wam i sobie życzę.

Tekst z archiwum film.org.pl (10.11.2006).

Ostatnio dodane