Recenzje

AFTER 2. Zmierzch Greya w PG-13 – kolejne starcie

Jedzcie dalej, to solna pustynia - nie ma tutaj życia

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Fiku miku fą fą

Kilka lat temu After stało się hitem Wattpada, zaczynając swoje życie jako fanfik na temat Harry’ego Stylesa z zespołu One Direction, więc jak każdy fenomen dla młodzieży szukającej swojego emocjonalnego „ja” trzeba to było szybko spieniężyć. Prawa poszły w ruch, zebrano młodych ludzi, dodano kilka rozpoznawalnych twarzy z drugiej ligi aktorskiego Hollywoodu, podlano to scenami pościelowych wygibasów, gdzie i tak trzeba wszystko ukrywać za kadrem i udawano, że ktoś napisał do tego scenariusz. I tak książkowy fantazmat o złym chłopcu i niewinnej dziewczynie autorstwa Anny Todd nawiedził kina, a kto miał go obejrzeć, to obejrzał – film szału frekwencyjnego nie zrobił, będąc przedstawicielem gatunku na wymarciu. Ale saga ma sporo części, więc dramat miłosny musi trwać, szczególnie że można kleić kolejne odsłony na budżecie zbliżonym do śniadania z Żabki.

I jestem pod wielkim wrażeniem tego, że twórcy wciskają widzom aż tak bezczelną powtórkę jedynki – równie schematyczną, toksyczną na poziomie relacji, z tak samo rozegranymi scenami typu odejdź!-wróć!, która ostatecznie prowadzi zupełnie donikąd. Serio – dawno nie widziałem filmu, gdzie bohaterowie przez dwie części całkowicie stoją w miejscu, chociaż dużo krzyczą i spółkują. Nie ma tu jakiejś wyraźnej konkluzji czy sensownego konfliktu, a seans nie niesie za sobą żadnych lekcji – to na żywca zaadaptowane marzenie dwudziestoparolatki o związku z mrocznym pięknisiem, który zachowuje się jak porywczy gnojek, chleje na umór, ocieka tajemnicami, ale też zawsze przeprasza, biega z prezentami i ściąga koszulkę na zawołanie. Taka mechaniczna uczuciowa sinusoida to CAŁY pomysł na film. Nudzi to już po piętnastu minutach, a zostało rozciągnięte do dwóch godzin.

I w jedynce jeszcze dało się wyczuć, że reżyserka Jenny Gage chciała oddać chociaż w minimalnym stopniu głos kobiecie – materiał źródłowy ocieka maczyzmem, zupełnie pustym, nieprzynoszącym żadnych ciekawych przemyśleń, ale filmowa bohaterka przynajmniej w jakimś stopniu była indywidualną postacią. Próbowała podejmować jakieś decyzje. W drugiej części na stołku reżyserskim niestety posadzono faceta, Rogera Kumble’a – nudnego wyrobnika, który oprócz kultowej w niektórych kręgach Szkoły uwodzenia ma w CV same niskobudżetowe zapychacze telewizyjnych ramówek: prostacie komedie albo romansidła. I w After 2 nie odnajdziemy już zupełnie żadnej inwencji autorskiej – główna bohaterka jest tutaj przedmiotem, który legnie do wytarmoszonego przez życie bohatera, bo ten ma przecież taki piękny akcent i zna tyle klasycznej literatury. A że nie stoi za nim nic więcej – to już nieważne. I jest tu jeden naprawdę ciekawy motyw przerażającej traumy rodzinnej z dzieciństwa. Tylko żeby rozwinąć ten wątek, to trzeba by skupić się na relacji Hardina z rodzicami i zupełnie wywalić zalew bezemocjonalnego pocieractwa. A tak mamy podskórny dramat, który znika gdzieś głęboko w tle, bo bohaterowie muszą się przecież kilkanaście razy podczas seansu zejść i znowu rozstać. A każdy taki powrót podkreślają sceną softcore’owego seksu, gdzie dostajemy tarmoszenie się w różnych konfiguracjach przez kilkanaście sekund – oczywiście z bohaterami w kadrze od szyi w górę.

Nie pomaga temu nużącemu maratonowi odbijania się od siebie nudnych ludzi cała miałka fabularna otoczka, bo wszystkie elementy dodane w dwójce z miejsca są zrzucone gdzieś na pobocze. Nowa praca Tessy w wydawnictwie literackim (gdzie oczywiście sprawy związane z książkami załatwia się na mocno zakrapianych imprezach)? Nieważna. Potencjalny drugi obiekt westchnień, kolega z pracy, którego gra całkiem niezły jak na poziom tego filmu Dylan Sprouse? Ma z bohaterką praktycznie zerową chemię i dwie sceny na krzyż. Figury ojców? Zarysowane jako istotne, ale zupełnie niewykorzystane. Wszystko tutaj prowadzi donikąd, żeby tylko zachować status quo i w kolejnej odsłonie wałkować to samo. O technicznym poziomie samego scenariusza nie ma nawet co mówić, bo to zlepek schematów znanych z miliona innych filmów, dopakowany kakofonią paskudnych dialogów. I tylko młodzieżowe muzyczne popzawodzenie w tle sprawia, że czasami mimowolnie nóżka się porusza.

I tak jak przy okazji pierwszej części tutaj też zaznaczam, że mam pełną świadomość tego, jak bardzo mijam się z grupą docelową tego filmu. Kto ma to zobaczyć, to zobaczy i dostanie znowu to, co sprawiło, że wybrał się rok temu na After. Miałem jednak nadzieję, że po bolesnym wstępie i wprowadzaniu bohaterów jednak uda się twórcom scenariusza spróbować trochę się pobawić koszmarnym materiałem źródłowym (jak było na przykład w dwóch ostatnich częściach sagi Zmierzch, gdzie Bill Condon wyraźnie miał kupę radochy adaptując te wampiryczne bzdury, co aż bezczelnie wylewało się z ekranu). Ale nie – dostajemy nadal tego odpychającego typka niekontrolującego gniewu, który zamiast miłości potrzebuje terapii. I dziewczynę, która jest de facto jego ofiarą. Niczego ten seans nie uczy – a mógłby, gdyby tylko komuś z twórców chciało się ponieść jakiekolwiek ryzyko. Film z gatunku „kosz w Biedronce”.

Ostatnio dodane