Recenzje

ÆON FLUX. Filmowy koszmarek

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Bez Matrixa nie byłoby Aeon Flux?

No dobra, Matrix był rewolucją (reaktywacją zresztą też był) i ładnie wywrócił do góry nogami świat filmowego science fiction i gatunku cyberpunk. Czerpał ze wszystkiego; mitologii, Biblii, kultury popularnej, komiksu, Lema, Wuxii (azjatyckie filmy o tych co skaczą i fruwają) czy wreszcie z Ghost in the Shell Mamoru Oshii i Akiry Katsuhiro Otomo (o czym doniósł polski wydawca filmu na DVD słowami: „Bez Akiry nie byłoby Matrixa” – błędnie spolszczając napis z zachodniego wydania: „From the creators of Animatrix”!). Każdy szanujący się kinoman wie, jak dużo zarzutów o plagiaty i kradzieże pomysłów stawiano Wachowskim. I kto mieczem wojuje, od miecza ginie, albowiem brat i siostra (ponoć jeden z Wachowskich przejawia chęć zmiany płci) muszą żyć z tym, że teraz to z ich Matrixa wszyscy bez pardonu kroją równo wzdłuż i wszerz, naśladując sceny latano-linkowe, zwolnione tempo strzelanin, zatrzymania akcji, kule radośnie przecinające powietrze powodujące powstawanie fal powietrznych, czy w końcu eleganckie ubiory nienagannie wyglądających obrońców świata, z równie eleganckim grymasem na twarzy i gracją akrobaty rozwalających przeciwników. O ile jednak pierwsze naśladownictwa pod względem koncepcji wizualno-choreograficznej (Equilibrium, The One, Underworld, Romeo must die) czy parodie jak ta w Scary movie były do przyjęcia i zaakceptowania, tak uparcie kontynuowane kopiowanie stylu Matrixa zaczyna powoli widzom (bo filmowcom chyba nie) wychodzić bokiem. Lot kuli w Alone in the dark, Bad Boys 2 czy Immortal, to już jawna tendencja do zamieszczania gdzie popadnie czegoś „matrixowego”. I oto nadszedł film, który pokazuje, że choć konwencja i styl Matrixa wydawały się już zajechane do bólu, można wykorzystać je raz jeszcze… i zajechać jeszcze bardziej. Teraz na drugą nogę; najpierw był w Hollywood trend paskudzenia pięknych aktorek: Nicole Kidman z dziwnym, doklejonym nosem w The Hours dostała Oscara, ten sam czcigodny zaszczyt kopnął Charlize Theron za brzydką i odrażającą zabójczynię z Monster. Mniej więcej w tym samym czasie po drugiej stronie barykady stanęły seksowne panie, wciśnięte w obcisłe, skórzane / lateksowe stroje, w dodatku z karabinem w dłoni i bojowym nastawieniem do świata – Angelina Lara Jolie Croft z Tomb Raider, Trinity z „Matrixów”, Selena z Underworld i Underworld: Evolution, Kobieta-Kot z Catwoman i Terminatrix z Terminatora 3

Film jest przede wszystkim przekombinowany i przegadany, a że dialogi są nieciekawe, a los bohaterów nam obojętny - także nudny.

Więcej wymieniać nie trzeba, podobnie jak w przypadku filmów czerpiących lub nabijających się z Matrixa; chodziło tylko o zasygnalizowanie pewnych zjawisk. Charlize Theron (jak wspomniałem) zdobyła Oscara za brzydotę i świetną, jakby nie patrzeć, grę aktorską, zatem spełniła się w roli poważnej, w ciężkim, ponurym dramacie. Teraz zatem postanowiła spróbować swoich sił w kategorii leżącej na drugim biegunie gatunkowym, luźnej nawalance w obcisłym wdzianku i z niezmienną, elegancko ułożoną fryzurą, niezależnie od liczby przeciwników, intensywności walki, szybkości ucieczki i widowiskowości strzelanin – normalnie Taft na każdą pogodę. Do tego scenarzyści dodali mega zakręconą fabułę, która ni cholery nie jest interesująca, standardowo jakieś wyrocznie, jakieś w założeniu głębokie przesłanie, i wreszcie pseudoskomplikowane relacje łączące tytułową Aeon z nietytułowym Trevorem Goodchildem. A wszystko to w scenerii, którą możemy skojarzyć ze starą Zieloną pożywką czy nową Wyspą – sterylne wnętrza, bialutkie, gładkie wdzianka, gdzie świat kontrolowany jest przez niewidzialną siłę sprawczo-przywódczą, o której szarzy mieszkańcy miasta nie wiedzą i nie mogą wiedzieć nic – taki 1984 dla ubogich, czy raczej niewymagających. Film jest przede wszystkim przekombinowany i przegadany, a że dialogi są nieciekawe, a los bohaterów nam obojętny – także nudny. Mamy jednak, a jakże, masę scen akcji. Szkoda tylko, że zmontowane są one tak, jakby montażystą był człowiek od montowania podkładów kolejowych, a nie taśmy filmowej. Szczególnie toporność montażu widać w strzelaninach (na szczęście nie przebito mułowatości scen akcji z Ballistic). Dziwne, zważywszy na fakt, że Peter Honess montował m.in. Szybkich i wściekłych i potterową Komnatę tajemnic – z całkiem dobrym rezultatem.

Co jednak najbardziej drażni, to maniera głównej postaci Aeon Flux, czyli Aeon Flux (Charlize Theron ze swoimi 177 centymetrami wzrostu nie stanowi raczej przykładziku filigranowej sylweteczki – my też zdrabniamy, a co), która usilnie stara się wyglądać w swoich kostiumach megaseksownie, choć figurę ma zdecydowanie pozostającą w tyle za np. Kate Beckinsale (173 centymetrów wzrostu – idealik), która w latekstowym kostiumie z Underworld: Evolution niepodzielnie rządzi. Owszem, ma Charlize Theron buzię słodszą i po prostu ładniejszą od np. Carrie Ann Moss z Matrixa, ale pod względem figury przegrywa i z wachowską Trinity i z Halle Barry z nieudanego Catwoman. A już najbardziej Theron przegrywa z oryginalną Aeon Flux znaną z serialu emitowanego w MTV, w którym to główna bohaterka ma talię osy i nogi pająka. W tym miejscu mogą się pojawić pod moim adresem zarzuty, że krytyk filmowy (samozwańczy zresztą) bawi się jak małolat w notowania, która kobitka Hollywood jest seksowniejsza, zgrabniejsza i fajniejsza. Wiem, że może to wygląda jak artykuł z „BRAVO”, ale skoro już Charlize Theron pcha się w rejony, gdzie właśnie walory zewnętrzne, a nie ciekawe wnętrze i dobre serce, będą bezlitośnie oceniane, to do moich praw należy przeprowadzenie takiego mało ambitnego konkursu piękności, który w tym miejscu zakończę.

Ostatnio dodane