Recenzje

ADRENALINA. Filmowy rollercoaster

Autor: Darek Kuźma
opublikowano

Filmy zajmują się różnymi aspektami życia. Niektóre opowiadają prawdziwe historie, niektóre przekazują ważne morały i prawdy życiowe. Są filmy, które skłaniają do refleksji, a także takie, które inspirują do działania. Są obrazy wojenne przypominające horrory przeszłości, oraz takie, które pod otoczką rozrywki biorą na tapetę poważne i trudne tematy. Są filmy, które zagłębiają się w tematy socjologiczne i egzystencjalne, oraz produkcje potrafiące wyciskać łzy wzruszenia z oczu nawet najtwardszych osób. Są filmy edukacyjne i przyrodnicze, satyry i pastisze, horrory i filmy grozy. Adrenalina nie należy do żadnego z tych rodzajów.

Bo Adrenalina to film akcji, ale nieco inny od tych, które już znamy. Nie ma tu żadnych spisków obalających rządy czy grożących naszej pięknej planecie jakimiś ogromnymi katastrofami, nie ma również absolutnie żadnych herosów walczących ze złymi do szpiku kości psychopatami, by na końcu odnieść spektakularne zwycięstwo oraz pokonać własne słabości. Nie znajdziemy w nim chwytających za serce dialogów czy poruszających romantycznych scen. Nie znajdziemy tu wreszcie wielowątkowej fabuły skupiającej się analitycznie, powiedzmy, na życiu seksualnym rolników w Teksasie. Opisywany film to czysta, nieskrępowana rozrywka, nieskażona hollywoodzkim manieryzmem ani wszechobecną ostatnio poprawnością polityczną. To 80 minut skomasowanej akcji, którą można by spokojnie obdzielić kilka innych filmów mieniących się kinem akcji. To wreszcie film, który wzbudzi wiele kontrowersji względem przedstawionych w nim scen i dialogów. Adrenalina to równocześnie typowy produkt XXI wieku: nakręcony w szybkim i dynamicznym stylu a’la teledyski MTV, napakowany różnorodną muzyką i ciętym, czarnym humorem.

Nie ma tu nawet chwili wytchnienia - widz, śledząc desperacką walkę Cheliosa o życie, nie ma czasu na zastanawianie się dlaczego, co i jak, nie mówiąc już o moralności tego, co facet wyrabia na ekranie.

Oś fabularna filmu obraca się wokół płatnego zabójcy Cheva Cheliosa (Jason Statham), który to budzi się pewnego pięknego poranka z potężnym bólem w klatce piersiowej. Z nagrania, które znajduje, dowiaduje się, że pewien kolega po fachu wstrzyknął mu jakąś dziwną chińską truciznę, która powoduje zatrzymanie akcji serca w godzinę od wprowadzenia do krwiobiegu. Chyba że… no właśnie – chyba że do serducha będzie regularnie pompowana adrenalina, która opóźnia działanie trucizny. Zamysł wyjściowy prosty jak budowa cepa, bo nasz protagonista najnormalniej w świecie wyrusza na miasto, a twórcy pod pretekstem szukania sprawcy (w celach wiadomych) puszczają w ruch łańcuch zdarzeń, który doprowadzi głównego bohatera do rewaluacji swojego życia i… STOP! Nie, nie tak – który doprowadzi głównego bohatera do wymyślania coraz to bardziej nieprawdopodobnych sposobów na utrzymanie odpowiedniego poziomu intensywności życia. I tak nasz bohater robi wszystko, by tylko utrzymać odpowiedni przepływ adrenaliny we krwi: sprawdza, jak się jeździ na motorze bez trzymanki, udowadnia policjantom, że nie potrafią się ścigać, demoluje centra handlowe, kradnie leki ze szpitala i nawet zahacza kilkukrotnie o paragraf, który mówi o użyciu broni palnej w miejscach publicznych (a to nie wszystko, ale nie zdradzę więcej, aby nie popsuć przyjemności oglądania). Generalnie pozbywa się wszelkich zahamowań, przestaje być skrępowany podstawowymi regułami rządzącymi społeczeństwem i robi, co tylko uważa za stosowne, bo ma to wszystko w czterech literach. Co najważniejsze – czuje się z tym świetnie (znaczy z taką anarchią, nie z trucizną przy sercu).

Jeżeli już można mówić o jakimś podtekście w tym filmie, to niechaj to będzie właśnie zobrazowanie sytuacji, kiedy wszystko przestaje się liczyć i człowiek nie przejmuje się tym, co się stanie za chwilę. Ale jeśli przyjąć taką interpretację, to trzeba także nadmienić, że jest ona dość naciągana. Bo, jak pisałem już wcześniej, w Adrenalinie nie ma żadnych ideologii, a to, co się liczy, to tempo, cięte one-linery, efektowny montaż itp. I nie jest już nawet ważne, kto i dlaczego zabawił się kosztem „biednego” Cheva, bo Adrenalina to najczystsza akcja, która trwa od pierwszej do ostatniej minuty filmu. Nie ma tu nawet chwili wytchnienia – widz, śledząc desperacką walkę Cheliosa o życie, nie ma czasu na zastanawianie się dlaczego, co i jak, nie mówiąc już o moralności tego, co facet wyrabia na ekranie. Po prostu jest jak jest, wypada wsiąść do wagonika i bez zbędnych pytań rozpocząć jazdę na tym filmowym rollercoasterze.

Adrenalina jest w pewnym sensie zobrazowaniem wielu gier komputerowych, w tym miejscami niemalże perfekcyjną adaptacją dwóch kultowych tytułów zręcznościowych: „Grand Theft Auto” oraz „Driver”, a do tego pierwszego jest nawet nawiązanie. I tak jak w tych grach, tak w filmie mamy totalną demolkę, brak jakiegokolwiek współczucia dla przechodniów i efektowne pościgi. To przede wszystkim zasługa oprawy technicznej oraz głównej gwiazdy – brytyjskiego aktora Jasona Stathama. Statham jest idealnym następcą Stallone’a i Schwarzeneggera – muskularna sylwetka, wygląd macho, oraz charyzma ekranowa to atrybuty, które utrwaliły już jego pozycję w branży. Do tego charakterystyczny zachrypnięty głos i cyniczny angielski humor – wymarzony bohater tego gatunku X muzy.

Adrenalina to coś, czego w kinie jeszcze chyba nie było. To bezkompromisowe kino akcji (chyba nie nadużywam tego słowa?), nie przejmujące się nikim i niczym, a jedynie utrzymaniem szybkiego tempa. Reżyserzy-scenarzyści debiutanci – Mark Neveldine i Brian Taylor, postawili sobie za cel napakowanie obrazu jak największą ilością pościgów, strzelanin, wybuchów, efektownej pracy kamery, itd. I ten zamiar im się jak najbardziej udał. Skompletowali idealną obsadę do swojego pierwszego filmu i wyszli zwycięsko z postawionego przed nimi wyzwania, bo nakręcenie porządnego filmu akcji w dzisiejszych czasach równa się coraz częściej misji niemożliwej – a to z powodu mody na happy endy, a to dziesięciu bullet-time’ów na minutę, a to po prostu z braku jakiejkolwiek koncepcji czy najnormalniej w świecie braku talentu. Można wprawdzie kwestionować to, co zostało zawarte w obrazie, ale sprawnych rąk odmówić im absolutnie nie można. Obaj panowie mieli już do czynienia z chyba każdym aspektem kręcenia filmów – zajmowali się zdjęciami, montażem, efektami specjalnymi i nawet oprawą dźwiękową, byli także kaskaderami i próbowali swoich sił aktorskich. I to wszystko widać w sposobie, w jaki zrealizowali swój debiutancki film. Myślę, że jako twórcy efektownej rozrywki filmowej nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i jeśli utrzymają poziom i styl przedstawiony w Adrenalinie, mogą się długo utrzymać w tym biznesie.

Największym minusem obrazu jest jednakże paradoksalnie to, co stanowi równocześnie o jego sile – tempo, adrenalina – jednym słowem ten wielokrotnie wcześniej powtarzany wyraz – „akcja”. Dlaczego? Ponieważ jeśli ktoś nie trawi takiego rodzaju kina i szuka w filmach głębszego sensu, to sromotnie się zawiedzie już od pierwszych minut. Aby Adrenalina się spodobała, należy po prostu wyłączyć szare komórki i dać się ponieść opowiadanej historii. Historii, dodajmy, dość brutalnej, epatującej przemocą, użyciem narkotyków, seksem i masą bluzgów. Nie jest to więc film dla każdego, chociaż z uwagi na jego specyfikę i nieprzewidywalność ciężko mi skonkretyzować grupę potencjalnych odbiorców. Dlatego też tu nastąpi koniec tego tekstu, a jego autor zaprasza każdego do zapoznania się z opisywanym filmem i wyrobienia sobie własnego zdania – czy dobrego, czy złego, to już nawet mało ważne, bo Adrenalina to film, obok którego nie można przejść obojętnie.

Tekst z archiwum film.org.pl (10.12.2006).

Ostatnio dodane