Recenzje

ADOLF H. – JA WAM POKAŻĘ. Przekroczona granica?

Obok absurdalnej historii i zatrważająco niskiego poziomu żartu, załamywać mogą nieudolne próby utworzenia czegoś, co w przekonaniu twórców miało być zapewne drugim dnem.

Autor: Filip Jalowski
opublikowano

II wojna światowa musi być i zaiste jest dla Niemców niezwykle ciężkim tematem do dyskusji. Kinematografia naszych zachodnich sąsiadów przez długi czas omijała problem szerokim łukiem. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku powstają pierwsze filmy na ten temat (Stalingrad, Wróg u bram). Upadek, reżyserowany przez Oliviera Hirschbiegela (premiera w roku 2004) swoim rozmachem, wręcz patetycznym klimatem i niesamowicie oryginalnym spojrzeniem przyćmiewa jednak wszystkich poprzedników. Opowiada o ostatnich dniach charyzmatycznego przywódcy III Rzeszy, o ostatnich dniach Adolfa Hitlera.

W moim subiektywnym odczuciu, granice przyzwoitości zostały tu przekroczone.

Dramat nazistowskich Niemiec zostaje przeniesiony do hermetycznego bunkra, w którym oddycha się śmiercią – czeka się na ostateczne rozwiązanie. Sam dyktator przedstawiony został jako osoba spokojna, inteligentna, manipulowana przez demonicznych podwładnych. I właśnie ten punkt widzenia wybił Upadek na szczyty ówczesnych rankingów. Obok pochwał i okrzyków zachwytu, pojawiły się jednak równie silne sprzeciwy wobec próby „uczłowieczenia” zmitologizowanego już dziś tyrana. Pojawiło się również pytanie:

Czy Hitler faktycznie był tylko marionetką?

 Odpowiedź umarła wraz z samym führerem. Niemniej jednak próba przedstawienia alternatywnej wersji historii wyszła Hirschbiegelowi co najmniej przyzwoicie. Zrobił to, rzec można, z dobrym smakiem – z należytą powagą. W trzy lata po premierze Upadku na ekranach kin pojawił się kolejny obraz próbujący przedstawić dyktatora w nieco innym ujęciu. Adolf H. – Ja wam jeszcze pokażę Daniego Levy’ego analogicznie do opisanego wcześniej poprzednika kreuje Hitlera na nazistowską kukiełkę uwieszoną na niezliczonej ilości sznurków. Niestety w swojej wizji reżyser zatraca resztki dobrego smaku, osiąga efekt odwrotny do dzieła Hirschbiegela – żenuje zamiast nakłaniać do przemyśleń.

Fakt, Mein Führer (tytuł oryginalny) od początku pomyślany był jako komedia. Dedukując nieco dalej można przypuszczać, iż miał być satyrą na bezlitosny aparat III Rzeszy. Może i światła i interesująca to myśl, by jednego z największych tyranów w historii ludzkości i jego dziecko – nazistowskie Niemcy – przedstawić w formie prześmiewczej. Może gdyby zrobić to z wyczuciem i polotem dorównującym Chaplinowskiemu Dyktatorowi z 1940 roku, moglibyśmy podziwiać interesującą ironię. Jednakże nie ma sensu brnąć dalej w sferę domysłów, w zamian należy postawić jasną tezę – Dani Levy film zepsuł.

Wyobrażacie sobie państwo żydowskiego profesora, który wyciągnięty z obozu koncentracyjnego bez najmniejszych oporów zgadza się na przygotowanie mowy dla swojego oprawcy, Hitlera. Co więcej, owa oracja ma na celu zagrzać Berlin do dalszej walki, a tym samym przedłużyć wojenne piekło. Co najmniej dziwna scenka rodzajowa. Dalej wyobraźmy sobie najwyższych nazistowskich dowódców wojskowych, którzy wspomnianego Żyda karmią, ubierają, słuchają. Równie nieprawdopodobne. W końcu zastanówmy się, czy Hitler zgodziłby się na współpracę z uczonym pochodzącym z „tej niższej klasy ludzi”? W filmie Levy’ego takie cuda są na porządku dziennym.

Niektóre „gagi” są po prostu niesmaczne; dla przykładu:
– Będę pracował z Hitlerem, jeżeli zwolnicie cały obóz Sachsenhausen (profesor)
(…)
– Z Sachsenhausen nie wyjdzie, za duże (naziści)
(…)
– Dobrze, że nie wymyślił Oświęcimia… (nazista do nazisty – szeptem)

bądź:
– Tak naprawdę to ja nic nie mam do Żydów (Hitler)

W moim subiektywnym odczuciu, granice przyzwoitości zostały tu przekroczone.

Obok absurdalnej historii i zatrważająco niskiego poziomu żartu, załamywać mogą nieudolne próby utworzenia czegoś, co w przekonaniu twórców miało być zapewne drugim dnem. Chodzi tu o nietypowe zabiegi żydowskiego naukowca – próby zamachów na życie tyrana i poświęcenie się swoim przekonaniom, nawet za cenę życia. Czy w komedii mamy miejsce na szeroko pojęty patriotyzm i wewnętrzną walkę bohatera i jego sumienia?

Przechodząc ulicami mojego miasta zauważyłem na rozpadającym się murze mleczarni znak przekreślonej swastyki opatrzony napisem:

1936 – 2007 Walka trwa!

Czy w czasach, w których ludzie nie znają daty wybuchu II wojny światowej i zaglądają do filmotek znacznie częściej niż do bibliotek, należy kreować jednego z największych tyranów w dziejach ludzkości na zdziecinniałego, niegroźnego, wręcz sympatycznego jegomościa z problemami psychicznymi? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami, mnie wizja niemieckiego reżysera wybitnie nie przypadła do gustu – nie polecam, a nawet stanowczo odradzam.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane