Recenzje

300. Opad szczęki

Autor: Marek Klimczak
opublikowano

Nie trzeba nawet być fanem filmu żeby zauważyć, że kino rozrywkowe cierpi na lekką bezpłodność, którą twórcy starają się zamaskować klonami – nawet nie mam chęci na ten temat się rozpisywać szczegółowo, bo to przypadłość łatwo w kinie zauważalna.

I to jest miejsce w którym pojawia się jedno „ale”…

Albowiem odkryto pewne lekarstwo, którego pewnie na długo nie starczy, ale póki co działa wyśmienicie. A są nim komiksy Franka Millera. Dzięki pomysłowości owego pana, Christopher Nolan odświeżył nieco skisłą serię o Batmanie, czyniąc najnowszą odsłonę jego przygód nie tylko lekkostrawną ale wręcz smakowitą. Również Robert Rodriguez, reżyser bardzo nierówny bo samodzielnie tworzący kiszki a w połączeniu z niejakim Quentinem filmy (tak, ośmielę się użyć tego słowa) kultowe, stworzył bodaj najlepsze swoje dzieło i jednocześnie jeden z lepszych filmów ostatnich lat – Sin City, właśnie w oparciu o serię komiksów Millera, które posłużyły nie tylko za inspirację ale wręcz za gotowe scenopisy. Powstał film fascynujący, wciągający, nowatorski, jeśli chodzi o ekranizację komiksu i bardzo oryginalny.

I jak się czytelnik zapewne domyśla, tą samą drogą kroczy w mojej opinii najnowszy film Zacka Snydera. Jest to w gatunku, który nazwać można historycznym, wojennym, kostiumowym czy sandałowym (a w sumie każdym po trochu coś nowego). Coś, czego oczekiwałem, bardzo miły dowód, że kino jeszcze nie wyeksploatowało możliwości efektów specjalnych w zakresie tworzenia widowisk, że jeszcze da się zrobić coś takiego z widzem, że oczka wyjdą mu z orbit a żuchwa samodzielnie podda się grawitacji opadając coraz niżej. Nie ukrywam, że mój zachwyt dotyczy technicznej strony 300, bo co tu kryć – film emocjonalnie czy intelektualnie jakoś specjalnie nie angażuje. Fabuła jest prosta jak włócznia Leonidasa, próżno oczekiwać zaskakujących zwrotów akcji czy oryginalnych, błyskotliwych dialogów (choć w kilku miejscach przyznać trzeba, Leonidas z wujkiem Staszkiem mógłby wejść w szranki na cięte riposty).

Ale braki te wynagradza dopieszczenie wizualne każdej sceny. Nie zliczę ile razy walki wręcz, irytowały mnie w kinie dynamicznym, bardzo modnym ostatnio montażem, co prawda znakomicie oddającym chaos wojny (która cytując za Sapkowskim „przypomina ogarnięty pożarem burdel”), ale nie pozwalającym w ogóle zauważyć samej walki. Widz oszołomiony kalejdoskopem migających kadrów w gruncie rzeczy nie widzi prawie nic. W 300 tego nie ma.

Kadr z filmu "300"

Tutaj akcja dzieje się na długich ujęciach w zwolnionym tempie, ciesząc oczy każdym ruchem, każdym ciosem precyzyjnej i ciekawej choreografii. Owszem, jest to rzeźnia, cyfrowa krew ścieka z ekranu a poodcinane członki fruwają w powietrzu. Hiperrealizm pod lupą i wszechobecna masakra. Szaleństwo? Nie! To jest właśnie Sparta! I takie podejście jest zdecydowanie właściwe w pokazywaniu drugich po moherowej gwardii Ojca Dyrektora najbardziej maniakalnych, wyszkolonych i oddanych sprawie wojowników w historii. Na szczęście film nie unika trudnych niuansów i nie skupia się tylko na Wspaniałej i Godnej Podziwu Patriotycznej Postawie Wojowników – mówi wyraźnie jakim kosztem ich stworzono. A przecież żaden widz nie pochwali uśmiercania „wadliwych” noworodków. Surowe, chciałoby się powiedzieć, spartańskie warunki w jakich hartowano wojów Leonidasa czynią ich nieludzko twardą postawę bardziej wiarygodną.

Kadr z filmu "300"

O wiarygodności jeszcze słów kilka. Jak wiadomo 300 odnosi się do znanej z lekcji historii bitwy pod Termopilami. Ale już zwiastuny pokazywały, że film (bardzo wierny komiksowi Millera) nie przypomina widowiska realistycznego, bo po prawdzie realizmu za wiele tam nie ma (pomijając sceny gore), począwszy od samych barw czy światła poprzez różnorodne monstra, na luźnym podejściu do historii skończywszy. Z tym, że Snyder zastosował bardzo sprytny i ciekawy zabieg, który zresztą zapożyczony jest z komiksu – cała historia Leonidasa i jego „300” jest opowieścią gawędziarza, który przed walką opowiada młodym wojownikom o dokonaniach dzielnego króla i jego trzystu, i jak to gawędziarz, troszkę koloryzuje żeby podnieść morale. Nie widzimy zatem przebiegu bitwy pod Termopilami lecz obraz tego co rodzi się w wyobraźni pod wpływem słów opowiadającego historię, stąd odrealnienie i wyolbrzymienie całego wydarzenia – co znakomicie podniosło atrakcyjność filmu.

Drażnić może nagromadzenie Wielu Bardzo Podniosłych Słów Pisanych Dużą Literą, przewijające się banały o wolności i patriotyzmie, ale ja to wszystko zrzucam na karb narratora, który chce nakłaść do głowy młodzieńcom wizji przyszłej chwały. Za to ogromna liczba scen, które się po seansie pamięta i bardzo chce zobaczyć jeszcze raz, wynagradza wszystkie niedociągnięcia i przegięcia filmu.

Idę się zaciągnąć do wojska…

Tekst z archiwum Film.org.pl (27.03.2007)

Ostatnio dodane