Recenzje

30 DNI MROKU (2007)

Niezłe kino grozy, ale słaba adaptacja komiksu.

Autor: Bartosz Czartoryski
opublikowano

Poezja krwi, orgia mordu

Jak to mówią – czekanie zaostrza apetyt. Nie zawsze jednak przedmiot naszych oczekiwań spełnia pokładane w nim nadzieje. Nierzadko idealizowany, w wyobraźni widza może rozrosnąć się do rozmiarów dzieła wielkiego, ponadczasowego, a w przypadku horroru, bo o tym gatunku będzie tutaj mowa, przerażającego, krwawego i łamiącego kulturowe tabu. Oczywiście chyba nawet najwytrwalszy fan, czekający mniej więcej dwa lata na polską premierę 30 dni mroku, nie miał tak wygórowanych żądań co do poziomu wspomnianej produkcji, lecz mimo wszystko, iskierka nadziei która raz rozbłysła, zgasnąć nie mogła. Wydawałoby się, że omawiany poniżej film trafia na ekrany we właściwym momencie, gdy na fali Zmierzchu, tematyki wampirycznej nigdy za wiele. Obraz Davida Slade’a nie ma jednak nic wspólnego z wypicowanymi krwiopijcami rodem z okładek magazynów młodzieżowych.

Steve Niles i Ben Templesmith, uznani dziś autorzy wielu komiksów spod znaku upiorów i demonów, w roku 2002 stworzyli wspólnie dzieło, które zapewniło im wieczny szacunek wśród lwiej części fanatyków historii obrazkowych. 30 dni nocy, opowieść o Barrow, mieścinie położonej na odległej Alasce, gdzie noc panuje nieprzerwanie przez trzydzieści dni w roku, porwała tłumy czytelników na całym świecie. Dziś cykl opowieści wampirycznych liczy sobie wiele sequeli i przeróbek, a przewinęło się przez niego kilkunastu autorów. Tytułowe dni nocy (czy też “mroku” jak zażyczył sobie polski dystrybutor) to okres, w którym rok rocznie słońce zachodzi na pełen miesiąc, przykrywając Barrow całunem ciemności. Co dla mieszkańców miasteczka jest jedynie rutynowym zjawiskiem, dla populacji wampirów przeradza się w szansę na darmową i szybką ucztę bez wysiłku. Zgodnie z ustalonymi odgórnie zasadami gry, wampiry są niezwykle podatne na światło słoneczne, a jako że mało uczciwi z nich gracze, postanawiają przechylić szalę na swoja korzyść, przybywając do Barrow w porze nieustającej nocy. Populacja mieszkańców liczy sobie około 500 dusz, co gwarantuje pożywienie na calutki miesiąc, dla dużej wampirzej rodziny. Zanim jednak stwory rozpanoszą się całkowicie po tym niecodziennym fast foodzie, przyjdzie im zmierzyć się z Ebenem Oleumanem, miejscowym szeryfem, dla którego mieszkańcy miasta są czymś więcej, niż tylko daniem na stole hrabiego Draculi. Pionki są na szachownicy, rozpoczyna się gra o przetrwanie.

Pomimo, że rysownik brał udział w procesie produkcji filmu, z jego wizji zostało niewiele.

30 dni nocy zaskakiwały zwrotami fabularnymi, czarnym humorem i demoniczną kreską Templesmitha. A 30 dni mroku? Trudno porównywać dwa zupełnie odmienne media: film i komiks, da się jednak przewidzieć reakcje miłośników noweli graficznej Nilesa oraz tych, którym historia przedstawiona w filmie jest zupełnie nieznana. Pierwsza grupa odbiorców zapewne przystąpi do seansu z ciekawością i niejaką ekscytacją na samą myśl, że ożyją fantasmagoryczne wizje Templesmitha. Nic bardziej mylnego, choć przyznać trzeba, że zasypane śniegiem i pogrążone w ciemności miasteczko na krańcu świata, to idealny setting dla filmu grozy. Lepszego Barrow twórcy komiksu nie mogli sobie wyobrazić: chłodna kolorystyka, szaroniebieskie odcienie, samotne budynki, w których czaić się może wszystko. Pozostaje żal, że jedyne, co czyha za rogiem, to wampir z facjatą wyżłobioną przez grafika komputerowego. Pomimo, że rysownik brał udział w procesie produkcji filmu, z jego wizji zostało niewiele. Główni gracze – klan wampirów przybyły na Alaskę, przerażają nie kłami i pazurami, lecz sztuczną i plastikową fizjonomią. Niestety, efekty komputerowe muszą uznać wyższość tuszu i pędzla, i wewnętrzne demony Templesmitha nadal pozostają obecne jedynie w formie, znanej nam z kartek papieru.

Biorąc pod uwagę roszczenia drugiej grupy widzów wybierających się do kina na 30 dni mroku, którzy zapewne pragną dobrego action-horroru, szybkiej akcji i kilku wampirzych głów, jako trofeów, nie można odmówić filmowi Slade’a, że zadanie swoje spełnił. Największym minusem wydaje się być niefortunna konstrukcja fabularna, osłabiająca dynamikę i spójność filmu. Zamiast zaserwować widzom atmosferę rosnącego zagrożenia i niecierpliwe oczekiwanie na światło dnia, Slade zdecydował się na przeskok w czasie, dzięki któremu tracimy wiele z tych trzydziestu dni nocy. Mozolnie budowany od pierwszych sekund filmu klimat survivalowego horroru, zostaje zburzony przez wspomniany chwyt realizatorski.

Historia 30 dni mroku, pomimo udziału Steve’a Nilesa w pisaniu scenariusza, odchodzi w wielu momentach od swojego starszego brata. Wydaje się, że w ciągu tych pięciu lat dzielących film i komiks, wampiry doznały regresji umysłowej. Krwiopijcy Slade’a porozumiewają się nieartykułowanymi chrząkaniami, które według autorów miały symbolizować zezwierzęcenie i postawić wampira w jednej linii z drapieżnikami świata znanej nam fauny. Być może w projekcie zamiar ten wyglądał atrakcyjnie, w filmie może jednak nieco śmieszyć. Poza tym, mała niekonsekwencja: jak na polegające na instynkcie drapieżniki, wampiry całkiem nieźle poradziły sobie z opracowaniem strategicznych planów napaści na Barrow i działań w samym mieście. Co więcej, Slade pozbawił najeźdźców poczucia humoru. W 30 dniach nocy grało ono jedną z głównych ról, przyczyniając się walnie do – odbiegającego od stereotypowego – ukazania wampirów w komiksie.

Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli wytniemy w sumie niepotrzebne i mało wiarygodne sceny, mające w założeniu pogłębić relacje między bohaterami, zostaje nam czysta akcja. Wampiry gryzą, ludzie strzelają, krew wypływa z tętnic jak z fontann, a wampirze głowy dosłownie wybuchają, po zderzeniu z rozpędzonymi pociskami. Na pewno zachwycić może niejednokrotnie praca kamery, przypominająca filmy Romero, koncentrująca się na pustce wyludnionych ulic Barrow, a której kulminacją jest scena masakry pokazana z lotu ptaka. Poezja krwi, orgia mordu – chciałoby się dodać. Przymykając oko na niedociągnięcia (który film ich nie ma!), 30 dni mroku nie jest najgorszym wyborem na weekendowy seans. Nie powali na kolana, nie zachwyci, pewnie uleci z pamięci w ciągu kilku godzin, może trochę wynudzi, ale i zapewni wiele litrów posoki i tuziny wystrzelonych kul.

Tekst z achiwum film.org.pl (07.05.2009)

Ostatnio dodane