Recenzje

25 LAT NIEWINNOŚCI. SPRAWA TOMKA KOMENDY. Oddanie sprawiedliwości

"25 lat niewinności" to film przede wszystkim wierny Komendzie i woli oddania mu sprawiedliwości, której niegdyś mu odmówiono.

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

Bulwersująca historia Tomasza Komendy – mężczyzny skazanego na 25 lat pozbawienia wolności za brutalny gwałt i morderstwo, których nie popełnił – to jeden z najbardziej rażących przykładów dysfunkcyjności polskiego systemu sprawiedliwości w ostatnich kilkudziesięciu latach. I, trzeba przyznać, że przy okazji jest to gotowy materiał na film. Potencjał ten w rzeczywistość postanowili przekuć Jan Holoubek i Andrzej Gołda, stojący za pełnometrażowym filmem fabularnym 25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy. I chociaż tytuł zdaje się mówić już wszystko, to w historii wrocławianina można znaleźć o wiele więcej dramaturgii niż tylko tę wynikającą ze sztandarowej niesprawiedliwości.

Na samym początku zostajemy wrzuceni w samo serce koszmaru, jakim stało się w kwietniu 2000 roku życie Tomasza Komendy – film otwiera scena nagłego aresztowania, kręcona roztrzęsioną kamerą z samego środka małego wrocławskiego mieszkania w kamienicy. Do pomieszczeń wpadają z hukiem policjanci, ich pokrzykiwania rozrywają panującą jeszcze chwilę temu w domu Komendów senną ciszę, a funkcjonariusze, wraz z okiem operatora, wyławiają z plątaniny mebli i ciał oszołomionego Tomasza, którego wywlekają do radiowozu i zawożą do prokuratora. Tam mężczyzna przyznaje się do odbytego trzy lata wcześniej stosunku z nieletnią, lecz okazuje się, że to nie o to jest oskarżony. Możemy poczuć się zdezorientowani, tak samo jak główny bohater filmu. W efektownym otwarciu Holoubek i Gołda wbijają nas we współodczuwane z Komendą poczucie osaczenia i zagubienia w chaotycznych zdarzeniach, o których bardzo niewiele wiadomo.

Po takim otwarciu Holoubek nie idzie jednak drogą gęstego dramatu psychologicznego, zawężającego perspektywę do oddolnego oglądu niesłusznie skazanego mężczyzny. Gdy ustanowiona zostanie zasadnicza stawka dramaturgiczna, ekranowy zegar cofa się i twórcy rekonstruują ciąg zdarzeń, które doprowadziły do pokazanego na początku wtargnięcia w życie Komendy. Poznajemy więc Tomka jako przyzwoitego, nieco wycofanego chłopaka oraz jego rodzinę nawigowaną przez ulepioną z twardej gliny matkę i obserwujemy, jak ich życie stopniowo zazębia się ze stojącym w miejscu policyjnym śledztwem w sprawie zbrodni dokonanej 1 stycznia 1997 roku w Miłoszycach. W końcu oglądamy też piekło, jakie przeżywa Komenda po wyroku i skazaniu. Holoubek nie szczędzi nam obrazów więziennej gehenny, uderzających z równą intensywnością co początkowe trzęsienie ziemi. To wszystko naświetla rzetelnie obraz tytułowej sprawy Tomka Komendy, znajdując satysfakcjonującą równowagę między opowieścią o człowieku a walorem informacyjnym wprowadzenia niezaznajomionych z historią w jej przebieg.

Debiutujący na dużym ekranie reżyser ma z pewnością talent do angażującego opowiadania, dzięki czemu 25 lat niewinności ogląda się bez zniecierpliwienia, towarzyszącego niekiedy fabularnym rekonstrukcjom prawdziwych zdarzeń, które większość potencjalnych widzów zna. Ekranizując historię Komendy, Holoubek stawia przede wszystkim na rzetelne naświetlenie dramatu bohatera wraz z towarzyszącymi mu kontekstami, stroniąc przy tym od narracyjnych czy realizatorskich sztuczek. Ten minimalizm można generalnie uznać za zaletę, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że zerowy styl narracji ciąży momentami zbyt mocno ku „telewizyjnej” konwencji opowiadania – wiele postaci i zdarzeń kreślonych jest bardzo grubymi konturami, retrospekcje i skoki czasowe są zaś mocno instrumentalne, służąc nie tyle oplataniu głównego wątku, co ilustracyjnemu dopowiadaniu. Dotyczy to zwłaszcza chyba zbędnych przebitek z faktycznego morderstwa, które bardziej pasowałyby do fabularyzowanego reportażu niż kinowego filmu.

Obsada i suspens to obok naturalnego potencjału historii atuty, które Holoubek wykorzystuje właściwie maksymalnie

Choć 25 lat niewinności zaczyna się jak skupiony na osaczonej jednostce kameralny dramat, ostatecznie jest to film złożony z trzech nakładających się elementów – osobistego doświadczenia Komendy, bezsilnego cierpienia jego matki oraz pojawiającego się w drugiej połowie śledztwa, rozpoczętego przez Remigiusza Korejwę, które doprowadziło ostatecznie do uwolnienia niesłusznie skazanego mężczyzny. Każdy z nich ukazuje historię z nieco innej strony, co otwiera potencjał ciekawej polifonii tworzącej się wokół głównej postaci. Niestety potencjał ten jest niewykorzystany. Trzy wątki splatają się ze sobą… po prostu, bez szczególnego pomysłu (pomimo zabaw z przesuwaniem chronologii), zasadniczo po prostu tocząc się obok siebie, jakoś nawet wspólnie nie kumulując w finale. Poza kilkoma świetnymi scenami, w których Gołda i Holoubek ukazują głęboką relację Komendy z matką, jej bezbłędnie grana przez Agatę Kuleszę postać w pewnym momencie zaczyna być odsuwana na margines; podobnie jest w filmie moment, gdy z horyzontu praktycznie znika protagonista, ustępując miejsca wprowadzającemu zupełnie inną konwencję wątkowi dochodzenia – świetnie zagranemu (przede wszystkim przez Dariusza Chojnackiego), ale niemającemu miejsca, by rozwinąć odpowiednio swój suspens oraz ciekawie nakreślone relacje między Korejwą a duetem prokuratorów, którzy podjęli wraz z nim dochodzenie. Nierówne spięcie poszczególnych elementów historii trochę boli, bo można odczuć, iż waga sprawy ciąży narracji, tłumiąc niektóre ciekawe wątki na rzecz klarownego przebiegu głównego, informacyjnego komunikatu.

Dlatego też po 25 latach niewinności odczułem pewien emocjonalny niedosyt. Holoubek znakomicie oddaje tragedię więziennego życia Komendy i poczucie niesprawiedliwości, jaka go spotkała, jednak na podstawowym, międzyludzkim poziomie więcej emocji rodzi chyba świadomość realnego zaplecza ekranowych zdarzeń niż ich przedstawienie na ekranie. Nie znaczy to, że Sprawa Tomka Komendy pozostawia obojętnym, jednak zabrakło może nieco zniuansowania ludzkiego aspektu tej historii, wyjścia poza podział na nieskazitelnie szlachetne i moralnie upadłe postaci. To, że napisane przez Gołdę prototypy ożywają na ekranie, to głównie zasługa aktorów – poza wspomnianą Kuleszą i Chojnackim przede wszystkim Piotra Trojana, który w roli głównej rewelacyjnie kreuje postać wrażliwego, nieco naiwnego i (nomen omen) niewinnego Komendy, idealnie wpasowując go w niszę pomiędzy osaczonym przez system everymanem a filmową reprezentacją prawdziwego człowieka (który zresztą pojawia się na chwilę we własnej osobie). Gra Trojana to jeden z najjaśniejszych aspektów 25 lat niewinności, momentami wynosząca ten dość zachowawczy film na wyżyny obyczajowego dramatu.

Obsada i suspens to obok naturalnego potencjału historii atuty, które Holoubek wykorzystuje w Sprawie Tomka Komendy właściwie maksymalnie. Na pewno równoważą, a nawet przeważają nad kilkoma ewidentnymi pudłami, na jakie pozwolił sobie po drodze reżyser. Przede wszystkim mam na myśli budzącą politowanie charakteryzację niektórych postaci w starszych wersjach (prym wiedzie tu Bartosz Bielenia, karykaturalnie postarzony o 20 lat w trzecioplanowej roli świadka) oraz równie niepokojący, co zbędny równoległy montaż scen erotycznego zbliżenia i gwałtu. Plus oczywiście stereotypowa postać więziennego mędrca-mentora, grana przez znudzonego Jana Frycza, sprawiająca wrażenie niezbyt udanej próby syntezy prawdziwej historii Komendy z prison story à la Skazani na Shawshank. Nie są to wady dyskwalifikujące, ale rzucają się w oczy i, co gorsza, zostają w pamięci.

Czy więc warto zobaczyć 25 lat niewinności. Sprawę Tomka Komendy? Tak. Andrzej Gołda i Jan Holoubek wzięli na warsztat naprawdę ważną i straszną historię, która zasługuje na opowiedzenie w atrakcyjny i rzetelny sposób. I to właśnie robią twórcy w swoim filmie. Oddają symboliczną sprawiedliwość Komendzie, a nawet jeśli są dość zachowawczy (by nie powiedzieć przesadnie ostrożni) w krytyce systemu, który go zniszczył, to po seansie na pewno nie wychodzi się z kina mniej wyczulonym na możliwość krzywdy wyrządzanej jednostce przez patologiczny aparat państwowy. I – jako że film Holoubka prowadzi do klasycznych konkluzji – to jest morał tej historii. Na niektóre ludzkie (lub filmowe) słabości można przymknąć oko, ale na realną niesprawiedliwość już się nie powinno.

Ostatnio dodane