Recenzje

12 LAT I KONIEC

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorem tekstu jest Adrian Jankowski.

UWAGA! – SPOJLERY – UWAGA!

Temat dojrzewania, postać bohatera dojrzewającego, obraz dzieciństwa – to tematy dość popularne i często wykorzystywane czy to w literaturze czy w filmie. Ileż to już razy mieliśmy do czynienia z bohaterem, w którym pod wpływem rozmaitych wydarzeń zachodziły nieodwracalne zmiany? Ileż to już razy mieliśmy do czynienia z obrazami filmowymi, które starały się w różny sposób sportretować młodych ludzi? Czasami wychodziło to lepiej, czasami gorzej. Pojawiały się rozmaite konwencje. Młodość często ukazywano w realistyczny, niemal brutalny sposób. Pokazywano, jak dziecięca mentalność zderza się z okrutnym światem dorosłych i jak takie zderzenie na nią wpływa. Pokazywano też dzieciństwo w rozmaitych komediach czy głupawych musicalach, które były kolorowe, beztroskie i do bólu przewidywalne. Filmowi Michaela Cuesty bliżej raczej do pierwszego typu filmów o młodości, jednak reżyser nie pogrąża się w ukazywaniu tylko tej okrutnej, pełnej bólu strony dojrzewania. Emocje, które towarzyszyły mi podczas seansu, na pewno nie były tylko i wyłącznie dołujące.

12 lat i koniec

Tym, co w filmie najlepsze, jest jego różnorodność, to, że obraz ten w żadnym, ale to żadnym momencie nie popada w przesadę.

Jacob, Leonard, Malee i Rudy tworzą grupę przyjaciół. Razem spędzają czas, bawią się we wspólnie zbudowanym domku na drzewie, opowiadają sobie o swoich problemach i robią wszystko to, co przyjaciele robić powinni. Do czasu, gdy w wyniku ich konfliktu z dwójką chłopców z okolicy dojdzie do tragedii. Rudy zginie, a pozostali będą musieli spojrzeć na siebie zupełnie inaczej. Tragedia zmieni otyłego Leonarda, który zapragnie nagle zreorganizować swoja fizyczność, doda pewności siebie Malee, która, jak sama mówi: „zacznie wykorzystywać wszystkie szanse, które daje jej życie” i wyzwoli chęć zemsty w Jacobie, który zapragnie odwetu za śmierć brata. Właśnie to stanowi główny temat filmu. Obserwujemy trzy swobodnie przeplatające się wątki, ukazujące młodych ludzi, którzy muszą zmierzyć się z całkiem nowymi problemami. Widzimy, jak zmieniają się pod wpływem tragicznego wydarzenia, jak popadają ze skrajności w skrajność i jak zaczynają patrzeć na świat pod zupełnie innym kątem.

Historia może nie powala oryginalnością i nie jest to najświeższa opowieść, jaką przyszło mi oglądać. Nie ma się co oszukiwać, podobnych historii było już mnóstwo. Motyw śmierci jednego z bohaterów i wpływu tejże na innych widzieliśmy już w kinie wiele razy. Skoro więc historia trąci banałem, a sam motyw opowieści o dojrzewaniu i dzieciństwie również do nowoodkrytych nie należy, czy udało się reżyserowi zawrzeć w tej opowieści coś, co przysporzyłoby jej świeżości i tchnęło w nią nowego ducha? Otóż tak. Tym, co w filmie najlepsze, jest jego różnorodność, to, że obraz ten w żadnym, ale to żadnym momencie nie popada w przesadę. Perfekcyjnie balansuje pomiędzy rozmaitymi emocjami i uczuciami.

12 lat i koniec

Mam wrażenie, że żaden z elementów nie jest tutaj perfekcyjny, jednak wszystko razem tworzy bardzo intrygującą, spójną i zdecydowanie wartą zobaczenia mieszankę.

Wszystko zostało tu bardzo elegancko rozplanowane. Film momentami bawi, momentami wzrusza, a momentami daje obuchem po głowie. Cuesta kreśli obraz dzieciństwa bohaterów wyrazistą kreską. Jest czas na śmiech, radość, wzruszenie, ale również na łzy i cierpienie. Wszystko to mamy właśnie niemal idealnie wyważone. Przyjaciele nie tylko cierpią, ale również śmieją się. Obserwujemy, jak zmagają się ze swoimi problemami, które, mimo ich młodego wieku, wcale nie są błahe. Przyglądamy się ich relacjom z rodzicami, które w pewnym momencie okazują się kluczowe, obserwujemy, jak próbują odnaleźć się w świecie, który tak brutalnie ich zaskoczył. Zaskoczył w jeden z najgorszych możliwych sposobów. Śmierć przyjaciela staje się tutaj impulsem, który zapoczątkowuje zmiany i gwałtowny proces dojrzewania, odkrywania prawd, kształtowania się osobowości. Brutalnie zostaje zerwana zasłona dzieciństwa, a temu, co za nią się znajduje, trzeba stawić czoła. Niekoniecznie samemu, tuż obok są przecież bliscy ludzie, przede wszystkim rodzina. Jednak zrozumienie bliskich, komunikacja z nimi, również okazuje się bolesnym procesem, który musi zostać ukształtowany. W żadnym momencie reżyser nie grzęźnie w odmętach skrajnych uczuć. Ani przez chwilę nie wpadamy w nadmierną euforię, czy nadmierną rozpacz. Raczej skaczemy pomiędzy tymi emocjami, nie pozwalając zawładnąć żadnej z nich. Zupełnie jak młodzi bohaterowie, którzy przecież dopiero definiują swoje prawdziwie uczucia i lęki. Dzięki temu nie mamy do czynienia jedynie z filmem przytłaczającym i wyzwalającym chęci samobójcze. Jest to raczej wielowymiarowa mozaika dzieciństwa, zawierająca w sobie idealne proporcje rozmaitych emocji.

12 lat i koniec

Jak łatwo się domyślić, głównymi bohaterami filmu Cuesty są dzieci. Dorośli to jedynie tło, które staje się wyraźniejsze w drugiej części filmu. Jednak to młodzi aktorzy grają tutaj pierwsze skrzypce. Czy dają radę? Na tle całego filmu można powiedzieć, że tak. Świetna jest zwłaszcza Zoe Weizenbaum jako Malee i Conor Donovan w podwójnej roli Rudy’ego i Jacoba. Zdarzają się co prawda sceny, które trącą trochę naiwnością czy infantylizmem, w których młodzi odtwórcy popadają w przesadę, jednak są to wyjątkowo rzadkie przypadki i nie psują odbioru całości. Śmiało można powiedzieć, że młodzi aktorzy podołali niełatwemu zadaniu, wcielając się w role dzieci gwałtownie wprowadzonych do rzeczywistości dorosłych. Świetnie widać to w scenach, w których Jacob odwiedza w poprawczaku mordercę swojego brata. Widok dwóch dwunastolatków rozmawiających przez więzienną szybę ze słuchawkami przy uszach robi naprawdę mocne wrażenie. I mimo, że Conor Donovan nie do końca podołał w tych scenach aktorsko, to i tak bardzo przemówiły do mnie właśnie te kadry. Inna sprawa, że nie do końca logiczne i prawdopodobne wydały mi się pewne uwarunkowania psychologiczne i motywy postępowania młodych bohaterów, jednak to już chyba tylko kwestia indywidualnego odbioru.

Michael Cuesta stworzył bardzo solidny i ciekawy film o dzieciństwie i dojrzewaniu. Z tak oklepanego tematu udało mu się wycisnąć jeszcze coś, co sprawia, że nie mamy wrażenia, że gdzieś już to widzieliśmy. Nie jest to wielkie arcydzieło, które zmieni Wasz sposób postrzegania pewnych rzeczy, które powali Was wybitnymi kreacjami aktorskimi czy niesamowitą fabułą, zwrotami akcji, muzyką, (notabene bardzo przyjemną dla ucha), zdjęciami itp. Mam wrażenie, że żaden z elementów nie jest tutaj perfekcyjny, jednak wszystko razem tworzy bardzo intrygującą, spójną i zdecydowanie wartą zobaczenia mieszankę. Twórca znakomitych seriali (Six Feet Under, Dexter) pokazał, że potrafi też robić całkiem niezłe filmy pełnometrażowe, których nie musi się wstydzić. Byłoby miło, gdyby w przyszłości pan Cuesta zanurzył się w jeszcze bardziej odważne i intrygujące tematy. Być może wtedy otrzymalibyśmy dzieło, które okazałoby się czymś więcej, niż solidną opowieścią, która, choć miła, nie powoduje opadu szczęki i przyśpieszonego bicia serca.

Tekst z archiwum film.org.pl (20.12.2008).

Ostatnio dodane