Strona główna KMF

        

Ale heca, czyli mamy wojnę

W filmie "Jakub Kłamca" Robin Williams był Żydem na II Wojnie Światowej i udawał, że ma radio, a oprócz tego przekazywał towarzyszom niedoli informacje, rzekomo w nim usłyszane - tak naprawdę wymyślone. Oczywiście czynił to w dobrej wierze, by pokrzepić cudze serca, a później nawet na egzekucji nie odwołał swoich słów, by reszta ludzi żyła nadzieją na nadejście Rosjan. W innym filmie, "Good Morning, Vietnam" wciela się w rolę człowieka wysłanego na wojnę, tym razem Wietnamską, który nie musi udawać, że ma radio, bo po prostu w nim pracuje, bawiąc żołnierzy dowcipami w porannej audycji. Teraz jednak brzydzi się kłamstwem i nie chce zatajać prawdy, w efekcie przedstawiając prawdziwe informacje (o podłożeniu bomby w jakiejś knajpce), za co zostaje zwolniony.


       


W tej komedii (tak, komedii), zupełnie jak w "Pani Doubtfire" (Williams w roli tytułowej) czy w "Jumanji" (jako chłopiec wracający z dżungli), najważniejsza jest zabawa, luźne podejście do życia i przyjaźń, a przede wszystkim, jak w "Stowarzyszeniu Umarłych Poetów" (Williams jako nauczyciel angielskiego), ich triumf nad sztywnymi zasadami i regułami. No i nie zapominajmy o jeszcze jednym przesłaniu - nie śmieszni ludzie nie mają szans na przetrwanie. Właściwie film "Good Morning, Vietnam" upływa na poszukiwaniu analogii między poszczególnymi rolami Robina Williamsa. Jest to o wiele bardziej fascynujące od samego filmu. Williams gra Cronauera, który w pojęciu żołnierzy jest bardzo zabawny, ale chyba tylko w ich pojęciu. Nie śmieszą nawet jego perypetie ze skośnooką dziewczyną, która na randkę przyprowadza cały zastęp przyzwoitek. Cronauer jest lubiany przez wszystkich, a reżyser (Barry Levinson) niemal narzuca nam zdanie o nim - oglądając film nie można mieć wątpliwości, że jest postacią jak najbardziej pozytywną, która rozjaśnia życie nie tylko Amerykanom, ale też maluchom z wioski i potrafi docenić wartość przyjaźni.


       


Wojna Wietnamska jest tylko tłem dla wydarzeń. Jednak kilka minut pod koniec filmu, oglądamy, że tak powiem, mały z niej obrazek. Mamy kilka scen, z których najlepiej zapamiętuje się płaczące dziecko patrzące na wybuchające w powietrze domostwa, do których jako podkład muzyczny służy piosenka Louisa Armstronga "Wonderful World". Czyżby było to kolejne przesłanie, że uśmiech jest dobry na wszystko? Nawet na okrucieństwo wojny? Levison potraktował to bardzo lekko, a przez piosenkę Armstronga film stracił swą (szczątkową, co prawda) wartość i stał się nieprzekonywujący, mogąc teraz wzbudzić dziwne uczucie niesmaku. Wolę obraz wojny, jaki ukazał Oliver Stone w "Plutonie". Wolę go, mimo jego przesadzonej wzniosłości, brutalności i realności. Podejście do sprawy Wojny Wietnamskiej w "Good Morning, Vietnam" jest głównym powodem dla którego do tego filmu już nigdy nie wrócę. Poza tym głowa pękła by mi od rozmyślań nad tym, co w Cronaurze jest takiego zabawnego.


  



GOOD MORNING, VIETNAM

Rok produkcji: 1987, USA
Czas trwania: 119 min.
Reżyseria: Barry Levinson
Scenariusz: Mitch Markowitz
Muzyka: Alex North
Zdjęcia: Peter Sova
Montaż: Stu Linder
Dekoracje: Tessa Davies
Kostiumy: Keith Denny

Występują:

Robin Williams (jako A2C Adrian Cronauer)
Forest Whitaker (jako Montesque Garlick)
Tung Tnahn Tran (jako Tuan)
Chintata Sukaptana (jako Trinh)
Bruno Kirby (jako Steven Hauk)
Robert Wuhl (jako Marty Lee Dreiwitz)
J.T. Walsh (jako Phillip "Dick" Dickerson)
Floyd Vivino (jako Eddie Kirk)


e-mail
 Autor recenzji: Karina Kalemba - KARINA