search
REKLAMA
Plebiscyt

NAJLEPSZE HORRORY WSZECH CZASÓW. Wielki ranking

REDAKCJA

10 lutego 2019

REKLAMA

40. (ex aequo) Coś za mną chodzi

It Follows, 2014, reż. David Robert Mitchell

Coś za mną chodzi nic nie wydaje się wciśnięte na siłę tylko po to, aby mrugnąć okiem do otrzaskanego w temacie widza. Wszystko służy opowiadanej historii, która sama w sobie pogrywa z niepisanymi zasadami amerykańskiego kina grozy. W końcu każdy z nas wie, że jeśli w mieście grasuje jakiś seryjny morderca lub panoszy się diabelska siła, za nic na świecie nie można uprawiać seksu, ponieważ wtedy ginie się na samym początku. Trzeba przyznać, że oparcie scenariusza na oklepanej zasadzie sprawdzającej się w ciętych z metra slasherach jest pomysłem dosyć przewrotnym. Co jednak najważniejsze, pomysłem, który się sprawdza. [Filip Jalowski, fragment recenzji]

W filmie Mitchella widać wpływ wczesnej twórczości Davida Cronenberga, choć stylistycznie Coś za mną chodzi bardziej przypomina skrzyżowanie Halloween Johna Carpentera z thrillerami Davida Lyncha. Od tego pierwszego bierze długie, panoramiczne ujęcia amerykańskich przedmieść – łatwo zniszczyć i zbrukać taki spokojny i, wydawać by się mogło, normalny obrazek – oraz targającą nerwy muzykę z syntezatora. Od tego drugiego oniryczną atmosferę, która prowadzi do przeświadczenia, że zwyczajny świat bohaterów od początku był ułudą. Nieprzypadkowo również reżyser umieszcza akcję filmu w Detroit. (…) Miasto-widmo, ze zniszczonym budynkami i pustymi ulicami – choć widzimy je zaledwie w paru scenach, dobrze oddaje rozkład, jakiemu ulega świat Jay. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]

40. (ex aequo) Dom w głębi lasu

The Cabin in the Woods, 2011, reż. Drew Goddard

Szalone, znakomite pomysły zostały okraszone czarnym jak noc humorem, a nad całością unosi się duch zjadliwej satyry. Cytaty ze słynnych filmów grozy chadzają tu niemal stadnie, ale myliłby się ten, kto sądzi, że radość podczas seansu czerpie się tylko z wynajdywania poukrywanych odniesień. Goddard i Joss Whedon (pełniący rolę producenta i współscenarzysty) nie opierają swojego filmu na puszczaniu oka do widza, nawiązania są tu w pewnym sensie jedynie produktem ubocznym doskonale przemyślanej fabuły. To w genialnym pomyśle wyjściowym, nie w intertekstualnych zagrywkach, kryje się cała frajda płynąca z seansu „Domu w głębi lasu”, a kolejne wolty fabularne przekonują, że mamy do czynienia z horrorem pod każdym względem wyjątkowym. [Grzegorz Fortuna, fragment recenzji]

Dom w głębi lasu może być rozpatrywany nie tylko jako przykład kina progresywnego ostentacyjnie odrzucającego formy klasyczne, ale także jako pastisz o charakterze intelektualno – rozrywkowym. Sami twórcy przyznają, że najbardziej zależy im na tym, aby widownia wyśmienicie się bawiła, „a jeśli ktoś zdoła pozyskać z filmu coś więcej – niech potraktuje to jako bonus”. [Martyna Suchoń, fragment analizy]

40. (ex aequo) Laleczka Chucky

Child’s Play, 1988, reż. Tom Holland

Największy koszmar mojego dzieciństwa. Rodzicielka mówiła: „nie bój się, to tylko film”. Dla szczeniaka zbierającego komiksy z Supermanem lalka gryząca kobietę i wyzywająca ją od zdzir była czymś dużo więcej niż kolejnym amerykańskim filmidłem. [Radosław Pisula, wpis do Szybkiej Piątki #1]

Nie można odebrać morderczej laleczce kultowego statusu, gdyż jest ona rozpoznawalna na równi z Freddiem Kruegerem czy Jasonem Voorheesem z serii Piątek trzynastego. Co by nie mówić, Chucky jest charyzmatyczny i posiada niesamowitą osobowość, manifestującą się poprzez poszczególne zbrodnie. Przejawia w ich popełnianiu swoisty kunszt, którego nie powstydziłby się żaden morderca, a jednocześnie brak jakiegokolwiek wyrafinowania. Czyni go to mordercą antypatycznym i złym do szpiku kości. [Gracja Grzegorczyk, fragment tekstu rocznicowego]

39. 28 dni później

28 Days Later…, 2002, reż. Danny Boyle

Główny bohater został sam – otaczających go i ogarniętych wściekłym szałem osobników trudno bowiem nazwać ludźmi. 28 dni później łączy stylistykę postapokaliptyczną z horrorem. Zgodnie z tradycją i tutaj przybiera to więc formę walki o przetrwanie w świecie podbitym przez zło. A jak wiemy, w kinie osamotnienie i groza często potrafiły dobrze ze sobą współgrać. U Boyle’a wynik tego połączenia jest ekscytujący, trzyma w napięciu, a przede wszystkim odznacza się nader pamiętną atmosferą. [Jakub Piwoński, wpis z podsumowania twórczości Danny’ego Boyle’a]

Obraz Boyle’a pozbawiony jest charakterystycznego dla filmów tego typu efekciarstwa rodem z amerykańskich produkcji spod znaku Resident Evil. Mimo to wciąż pozostaje atrakcyjny również pod względem wizualnym, przeplatając to bardzo sugestywne obrazy wymarłych ulic Londynu, to sielskie prowincjonalne widoki z podróży bohaterów, wzbogacone ponadto świetnie dobrana muzyką. W przeciwieństwie jednak do Resident Evil28 dni później nawet pozbawiony tych zalet wciąż mógłby stawać w jednym szeregu z takimi klasykami jak Noc żywych trupów wspomnianego już George’a Romero czy 12 małp Terry’ego Gilliama. [Edward Kelley, fragment recenzji]

38. Nosferatu – symfonia grozy

Nosferatu, eine Symphonie des Grauens, 1922, reż. F.W. Murnau

Tak, jak hrabia Orlok, klasyka bywa martwa i bywa żywa: Nosferatu – symfonia grozy zdecydowanie zalicza się do tej drugiej grupy. Ta swobodna interpretacja powieści Brama Stokera do dziś budzi w widzach autentyczne emocje i cieszy się nieprzemijającą popularnością, o czym najlepiej świadczy fakt, że pomimo setki lat na karku znalazła się w czołówce naszego plebiscytu, w którym zagłosować mógł każdy. Murnau stworzył język filmowego horroru. Powołał do ekranowego życia szereg związanych z tym gatunkiem symboli. Twórcy, którzy przyszli po Niemcu, bazowali na odkrytych przez niego rozwiązaniach. Jego dzieło nieustannie i nieodmiennie stanowi inspirację dla kolejnych filmowców (przykład: początek Nienawistnej ósemki). Dracula doskonały – Max Schreck – wypełzający zza samootwierających się drzwi i współczesnemu widzowi potrafi zafundować bezsenność. Mistrzostwo realizacyjne, groteskowa sylwetka wampira, ponure plenery północnych Niemiec składają się na niepowtarzalny, niepokojący klimat filmu, dodatkowo wzmocniony patyną czasu, brakiem kolorów i wypowiadanych słów. Opus magnum niemieckiego ekspresjonizmu i obowiązkowy seans nie tylko dla fanów grozy. [Katarzyna Kebernik]

Jestem przekonany, że te sto lat temu nikt nie przewidział, jak wielki wpływ na gatunek horroru będzie mieć obraz niemieckiego reżysera, F.W. Murnaua. Nosferatu nawet z dzisiejszej perspektywy znacznie przewyższa ogromną część współczesnych filmów grozy – tu nie istnieje coś takiego jak jump scare, historia jest mocno nieprzewidywalna, a realizm oglądanych scen (pomimo oczywistej archaiczności) napełnia przerażeniem i prawdziwą niepewnością. Nie bez powodu niektórzy ówcześni widzowie wierzyli w to, że aktor grający tytułową postać rzeczywiście jest wampirem… [Mikołaj Lewalski, fragment artykułu]

37. (ex aequo) 1408

2007, reż. Mikael Håfström

Film kameralny, rozgrywający się przez większość czasu na ograniczonej przestrzeni pokoju hotelowego, a więc spoczywający w stu procentach na barkach Johna Cusacka, który radzi sobie zresztą z gracją. Każdy, kto trafia do numeru 1408, konfrontuje się z własnymi emocjami i wpada w błędne koło, stając twarzą w twarz z poczuciem winy, rozgoryczeniem, wstydem, żałobą, zdradą, lękiem, gniewem… ze wszystkim, z czym żyje na co dzień, nie potrafiąc sobie z tym poradzić i pójść dalej. Niemożność poradzenia sobie z takimi uczuciami przyjmuje fizyczną formę, piekło umysłu manifestuje się dosłownie. Siłą filmu jest przede wszystkim oddziaływanie na wyobraźnię – co by nas spotkało, gdybyśmy byli na miejscu Mike’a? Z czym musielibyśmy się zmierzyć? Typowych straszaków wiele nie ma, i chociaż od czasu do czasu pojawia się gwałtowny dźwięk albo twarz w lustrze – to i tak najbardziej przerażająca jest scena, w której Mike próbuje przejść po gzymsie… koszmar każdego, kto cierpi na lęk wysokości! [Karolina Chymkowska, wpis z zestawienia ekranizacji Stephena Kinga]

Od momentu wejścia do (hotelowego pokoju) główny bohater nie może być niczego pewien. Właściwości czasu i przestrzeni ulegają drastycznym ograniczeniom, a właściwie przestają cokolwiek znaczyć, wspomnienia mieszają się z wyobraźnią, natomiast każdorazowa próba wezwania pomocy kończy się coraz boleśniejszym rozczarowaniem. Widz bardzo szybko dostrzeże beznadziejność sytuacji, w jakiej znalazł się Enslin, jednostronność jego nierównego pojedynku z pokojem, co może przełożyć się na pozbawiony napięcia seans. Ale reżyser, Mikael Håfström, wybiera inną formę terroru – woli uderzyć, tak w bohatera, jak i nas, kompletnym brakiem jakiegokolwiek punktu zaczepienia, odrzucając logikę na rzecz psychicznego zachwiania. Co rusz buduje fundamenty świata przedstawionego i co rusz je burzy, doprowadzając pisarza na skraj szaleństwa. [Krzysztof Walecki, fragment rankingu filmów o nawiedzonych domach]

37. (ex aequo) Drakula

Bram Stoker’s Dracula, 1992, reż. Francis Ford Coppola

Coppola wyreżyserował porywającą historię transylwańskiego szlachcica (Gary Oldman), który za sprzeciw wobec Boga zostaje ukarany wiecznym życiem pod postacią głodnego krwi demona – wampira zamieszkującego samotnie zamek w Karpatach. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że to zwykła opowieść o mściwym krwiopijcy. (…) Za jakże znajomym sztafażem gotyckiego horroru Coppola ukrył sentymentalną, ale niepozbawioną goryczy opowieść o klasycznym trójkącie i miłości silniejszej niż śmierć. [Edward Kelley, fragment recenzji]

(Reżyser) nie tylko szuka pomysłów wśród płócien malarskich, lecz sięga też do początków kinematografii (nieprzypadkowo, wszak książka Stokera wtedy właśnie powstała). Z zebranego przez siebie materiału Coppola – niczym majster w swoim warsztacie – konstruuje wymyślny kolaż teatru, symbolizmu, kina grozy i magicznych sztuczek. Wszystko po to, by odrzeć transylwańskiego wampira z patyny stereotypów i zbudować tę postać od nowa. [Jan Dąbrowski, fragment analizy]

36. Krąg

The Ring, 2002, reż. Gore Verbinski

Verbinski kręci wysokobudżetowe, dopieszczone pod względem wizualnym kino, które od samego początku ma dać widzowi wrażenie A-klasowej produkcji. Twórca późniejszych Piratów z Karaibów myśli o horrorze w tych samych kategoriach jak o filmie przygodowym – należy oddać gatunkowi sprawiedliwość przez realizacyjną perfekcję i efektowność obrazu. Szlachetne podejście, choć w kinie grozy niekonieczne chodzi o wystawność. Akurat w tym przypadku nie będę czynił z tego zarzutu. Amerykański Krąg wygląda wspaniale, odchodząc od taniości i amatorskości, z jakimi horror często jest kojarzony. [Krzysztof Walecki, fragment porównania]

Nasilenie dziwnych zdarzeń (m.in. zdjęcie muchy z ekranu, krwawienie bohaterów w kluczowych momentach, scena na promie) jest znacznie większe niż w wersji japońskiej. Poza tym operuje typowymi obrazami potęgującymi grozę: pogrążona we mgle wyspa, grzebanie w starych zakurzonych archiwach, wizyta w szpitalu psychiatrycznym, woda zapowiadająca zagrożenie itp. Znacznie rozwinięto też wątek niezwykłych zdolności Samary oraz historię jej rodziny. (…) Dodatkowym atutem wersji amerykańskiej jest znakomita oprawa techniczna. Wszystko – od reżyserii (której podjął się solidny rzemieślnik Gore Verbinski), po muzykę Zimmera i znakomite, piękne zdjęcia – stoi tu na wyjątkowo wysokim poziomie. Znakomicie też sprawują się aktorzy, z piękną Naomi Watts na czele. Moim zdaniem, główna jednak zasługa sukcesu filmu tkwi w niezłym scenariuszu autorstwa Ehrena Krugera (Arlington Road, Klucz do koszmaru). Krąg jest przykładem remake’u zrobionego naprawdę dobrze i poszerzającego znaną nam już wcześniej historię o wiele ciekawych elementów. [Karol Baluta, wpis z działu o remake’ach]

35. Babadook

The Babadook, 2014, reż. Jennifer Kent

Australijski horror o dziwnym tytule Babadook ucieka od sztuczek typowych dla wielu współczesnych filmów grozy, starając się stworzyć klimat opresji bardziej pasujący do dramatu psychologicznego niż opowieści z dreszczykiem. Równocześnie budzi tęsknotę za klasycznymi historiami o duchach i potworach, które rozwijały się niespiesznie, lecz urzekały swoją przemyślaną strukturą i tradycyjną realizacją. Debiut reżyserski Jennifer Kent może sprawić, że poczujecie się jak dzieci, które słuchając przerażającej bajki wolą przykryć się grubymi warstwami pościeli naiwnie wierząc, że pomoże to w konfrontacji z upiorem. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]

Kolejne zaskoczenie od debiutanta. Bardzo podobnie jak w przypadku Czarownicy: Bajki… znów mamy do czynienia z debiutem, i kolejny raz z historią, która daje się interpretować na kilka sposobów. Babadook istnieje czy jest wytworem chorej wyobraźni? A może to „tylko” personifikacja demonów z naszej głowy? Nie wiadomo, co gorsze. [Szymon Pewiński, wpis z plebiscytu na najlepsze horrory XXI wieku]

34. Martwe zło 2

Evil Dead 2, 1987, reż. Sam Raimi

Część druga nie jest klasyczną kontynuacją. Bardzo wiele schematów zostało skopiowanych z The Evil Dead sprawiając momentami wrażenie, jakby reżyser chciał nakręcić ten sam film na inny sposób. Ponownie mamy domek w górach. Tym razem przybywa do niego para zakochanych, która również znajduje Necronomicon i magnetofon. Koszmar zaczyna się od nowa. (…) Kolejny świetny pokaz wyobraźni Raimiego, który tym razem w ramy horroru wprowadza elementy groteski i komizmu. [Dominik Kowalski, wpis z działu o sequelach]

Ash Williams to bohater, który zmienił oblicze świata horroru. W filmach grozy liczy się czarny charakter – Michael Myers, Jason Voorhees, Freddy Kruger i tak dalej. W Martwym złu liczył się protagonista, arogancki przystojniaczek, który jednocześnie pełnił rolę „final girl”. Gdyby ktoś zadał mi najbardziej sztampowe pytanie: „Jaki zabrałbyś film na bezludną wyspę?”, istnieje duże prawdopodobieństwo, że wskazałbym właśnie na Martwe zło 2. [Jarosław Kowal, wpis do plebiscytu na najlepsze komedia lat 80.]

33. Noc żywych trupów

Night of the Living Dead, 1968, reż. George A. Romero

Romero zapewne nie przypuszczał, jaki wpływ będzie miał jego debiutancki obraz na historię kina grozy i historię kina w ogóle. W swoim filmie złamał wszelkie dotychczas znane kanony horroru. Przykładem niech będzie tutaj obsadzenie w głównej roli czarnoskórego aktora czy nawet zakończenie, o wymowie ewidentnie pesymistycznej, w którym główny bohater bezsensownie ginie. [Andrzej Brzeziński, fragment artykułu]

Niezwykłym dokonaniem Romero jest odarcie horroru z jego dekoracyjności oraz umowności, rezygnacja z grozy, która ma pełnić funkcję rozrywkową, na rzecz traumatycznego wręcz doznania. Nic dziwnego, że prawie pół wieku temu, gdy Noc prezentowana była w kinach podczas popołudniowych pokazów, również z udziałem dzieci, wywołała niemałe poruszenie. Jej ponura atmosfera oraz nihilistyczna wymowa brały się nie tylko z pełnych przemocy obrazów prezentujących kanibalizm (co w kwestii zombie było nowym pomysłem), czy niesprawiedliwą i często przypadkową śmierć, ale też niewesołej sugestii, że horror przekroczył granice swej gatunkowości i kinowego ekranu. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]

32. Carrie

1976, reż. Brian De Palma

Poniewierana przez matkę Margaret i wyśmiewana przez szkolnych kolegów nieśmiała dziewczyna zaznaje wreszcie odrobiny szczęścia… czar jednak pryska bardzo szybko. Upokorzona na oczach wszystkich Carrie rozpętuje prawdziwe piekło, czerpiąc ze swoich niebagatelnych zdolności psychokinetycznych. Klimatyczny i fantastycznie sfotografowany film, zilustrowany hipnotyczną muzyką Pino Donaggio, można odczytywać co najmniej na kilka różnych sposobów: jako opowieść grozy, historię o zawiedzionej niewinności, symboliczny traktat o dojrzewaniu czy eksplorację założenia „jeśli słyszysz tysiąc razy dziennie, że jesteś grzeszny, zły, nieczysty, potępiony… to po co się w ogóle ograniczać?”. [Karolina Chymkowska, wpis z zestawienia ekranizacji Stephena Kinga]

Carrie to mistrzostwo świata w kategorii czysto wizualnego opowiadania fabuły. Brian De Palma zapamiętał najważniejszą naukę Hitchcocka – film to obraz. Nie dialog, lecz obraz, przejmujący na siebie najbardziej istotną rolę narracyjną. Ta misternie utkana opowieść jest wizualnym majstersztykiem, wykraczającym poza ramy popisów cyrkowej sprawności operatora. De Palma, inscenizując bardzo ludzki dramat odtrąconej dziewczyny, nakręcił go z niemalże komiksową poetyką obrazu, skumulowaną i najbardziej widoczną w słynnym, poliwizyjnym podzieleniu ekranu na pół.

Trudno (…) oczekiwać, by cokolwiek mogłoby odebrać filmowi Briana De Palmy miejsce w czołówce najlepszych dokonań kina grozy. Grozy nie będącej zresztą celem samym w sobie. Carrie to także gorzki epizod z życia młodzieży, stawiającej swój pierwszy krok w dorosłość, studium samotności, odrzucenia i dojrzewania głównej bohaterki do kontroli nad jej kłopotliwym darem. Wszystko to podane na złotej tacy mistrzowskiej inscenizacji, stawia ten skromny film wśród najważniejszych osiągnięć sztuki filmowej. [Adrian Szczypiński, fragment analizy]

31. Zejście

The Descent, 2005, reż. Neil Marshall

W porównaniu do obecnego kina grozy brytyjska produkcja jawi się jako horror odnajdujący swą siłę nie w zmianie gatunkowego kodu bądź wykorzystaniu fabularnych schematów, lecz skupieniu się na najbardziej podstawowych źródłach strachu. Boimy się ciemności, ciasnoty, zimna, utraty najbliższych, i to wszystko Marshall daje nam w pierwszej godzinie swojego filmu, aby następnie wstrząsnąć nami bardziej koszmarnymi pomysłami i obrazami. Czekan idzie w ruch, przebijając różne części ciała, rozrywane są gardła, jedzone wnętrzności, a czaszki miażdżone. Lęk zamienia się w przerażenie, emocjonalny ból ustępuje zaś fizycznemu. Wystarczy powiedzieć, że po seansie jesteśmy równie wypruci, jak główne bohaterki. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]

Film Marshalla rewelacyjnie trzyma w napięciu udowadniając, że ograne motywy umiejętnie zastosowane nadal działają na widza. Bardzo dobre wrażenie robią zdjęcia, wnętrza jaskiń są idealnie oświetlane, czuć otaczający mrok i ciasnotę. Bohaterki w pewnym momencie rozdzielają się i kamera sprawnie przełącza się na poszczególne grupki, z których każda oświetlona jest inaczej – czy to za pomocą flary, latarki, czy świetlika. Rezultat jest rewelacyjny. [Dawid Karpiński, wpis z działu o sequelach]

REKLAMA