search
REKLAMA
Plebiscyt

Najlepsze FILMY SCIENCE FICTION XXI wieku. Wielki ranking czytelników

Oto wyniki plebiscytu!

REDAKCJA

25 grudnia 2021

REKLAMA

Na wstępie pragniemy wam gorąco podziękować, że mimo świątecznych obowiązków znaleźliście chwilę, aby zagłosować na swoje ulubione filmy science fiction XXI wieku. Potraktujcie więc niniejszy ranking jako bożonarodzeniowy prezent, ponieważ ułożyliście sobie i nam naprawdę wspaniałą listę fantastycznonaukowych produkcji. Walka o miejsca w pierwszej dziesiątce plebiscytu była niezwykle pasjonująca i zacięta, bo toczyła się do ostatnich sekund głosowania. Co interesujące, poza popularnymi blockbusterami znaleźliście w rankingu również miejsce dla zdecydowanie skromniejszych i kameralnych produkcji. Świadczy to wyłącznie o fakcie, że kino science fiction wciąż intryguje i zachwyca nie tylko rozbuchanymi efektami specjalnymi, ale również fascynującymi, wciągającymi oraz niesamowitymi opowieściami.

Szanowni czytelnicy, oddajemy w wasze ręce wyniki plebiscytu na NAJLEPSZE FILMY SCIENCE FICTION XXI wieku! Jakie miejsca zajęli wasi faworyci? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!


50. Serenity (2005)

Wycie zawiedzionych fanów Firefly, kiedy dowiedzieli się, że ich ukochana seria nie będzie miała kontynuacji, musiało być słyszalne aż w sąsiednich galaktykach. Na szczęście powstało Serenity, które zgrabnie, choć nie dla wszystkich bohaterów szczęśliwie, domknęło wszystkie wątki. I choć nie był to kolejny sezon kultowego już dziś serialu, nikt nie powinien narzekać. Fani otrzymali finisz, do którego tęsknili, a ci widzowie, którzy nie znali Firefly, mogli cieszyć się udaną kosmiczną przygodówką, którą po upływie prawie dwudziestu lat od premiery nadal ogląda się bardzo dobrze. [Agnieszka Stasiowska]

49. Człowiek z Ziemi (2007)

Jak stworzyć wciągający film science fiction bez konieczności wydawania pieniędzy na efekty specjalne? Zapytajmy o to Richarda Schenkmana, reżysera Człowieka z Ziemi. Wystarczy opowiedzieć fascynującą historię. Na przykład taką o żyjącym współcześnie człowieku, który pochodzi z epoki paleolitu i przetrwał aż do dziś za sprawą wrodzonej odporności na degradację organizmu. Dla większej frajdy niech ten bohater skonfrontuje się z ludźmi, którzy mogliby z łatwością obalić jego rewelacje. Weźmy więc np. archeologa, biologa, psychiatrę i znawcę literatury chrześcijańskiej. Oto przepis na osobliwą i interesującą debatę, która nierzadko przyniesie szokujące sensacje, potrafiące podnieść poziom emocji wyżej aniżeli niejedna scena akcji. [Przemysław Mudlaff]

48. Tron: Dziedzictwo (2010)

Oryginalny Tron to dalej nowatorskie połączenie pionierskiej grafiki komputerowej i stylu retro, tak charakterystycznego dla lat 80. XX wieku. Nie wspominając już o fabule, która mimo upływu czas dalej pozostaje nieprzenikniona. Sequel, który nakręcono 28 lat później – i o który nikt w zasadzie nie prosił – stara się hołdować starym tradycjom i honoruje oryginał przede wszystkim w warstwie wizualnej. To coś zupełnie innego, a jednak eleganckiego, dopracowanego i na wskroś nowoczesnego. Jeśli dalej nie potraficie zrozumieć, o co chodziło w pierwszym filmie, i liczycie, że druga część coś wam wyjaśni, jesteście w błędzie. Ale jak fantastycznie się to wszystko ogląda! Obie produkcje, choć tak na pozór różne od siebie, dalej pozostają spójną całością, prezentującą świat zamknięty w efekcie 3D. Dzięki temu w końcu możemy zobaczyć bohaterów poruszających się w różnych kierunkach. Czy produkcja przetrwa upływ czasu? Myślę, że dalej niektóre sceny robią większe wrażenie niż CGI w wysokobudżetowych filmach. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

47. John Carter (2012)

Wiele osób zarzuca produkcji Disneya, że ta jest tanią podróbą Avatara oraz Gwiezdnych wojen, chociaż budżet przeznaczony na jej nakręcenie opiewał na sumę 250 milionów dolarów. Niestety zarzuty te są błędne, gdyż pierwotnie książkowe przygody Johna Cartera zrodziły cały podgatunek science fiction, znany obecnie jako planetary romance (planetarny romans). Film skupia się bowiem w całości na zaprezentowaniu romantycznej wersji Marsa. To nie jest klasyczne podejście, gdzie bohaterowie podróżują z planety na planetę. Twórcy koncentrują się za to na niebezpieczeństwach i cudach, które napotykają w swoich miejscach docelowych. Dodatkowo John Carter łączy elementy nauki, magii i fantazji z dzikimi spekulacjami na temat dziwnych stworzeń i egzotycznych scenerii. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

46. Prometeusz (2012)

Nikt nie spodziewał się, że Ridley Scott w końcu po wielu lata zrobi przyzwoity film ani że będzie to prequel kultowej serii Obcy. Choć hardkorowi fani narzekają, iż powrót do historii Obcego zabił całą potencjalną franczyzę, a fabuła brzmi jak nieśmieszny żart, to ja jednak jestem zdania, że Prometeusz jest dużo lepszym filmem, aniżeli miał kiedykolwiek prawo być. Finalnie otrzymujemy – poza kilkoma momentami – kameralny twór, gdzie kilka prostych rekwizytów i solidna gra aktorska okazują się równie efektowne jak produkcje wypełnione po brzegi efektami specjalnymi. To swego rodzaju odmłodzenie i nowe spojrzenie na formułę serii o Obcym, którą widzowie tak pokochali. Podobnie jak Obcy, produkcja czerpie swoją moc z oszałamiających, nieziemskich obrazów, ale także z ocierającej się o geniusz gry aktorskiej Michaela Fassbendera, którego występ plasuje się pomiędzy Spockiem ze Star Treka a HAL 9000 z 2001: Odysei Kosmicznej Kubricka. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

45. Player One (2018)

Całkiem udana adaptacja bardzo przyjemnej, eskapistycznej powieści science fiction Ernesta Cline’a. Choć porównanie z książką (zdecydowanie bardziej rozbudowaną, popkulturowo bogatszą i zwyczajnie ciekawszą) wypada na niekorzyść filmu, to jako autonomiczne dzieło Player One sprawdza się nieźle, zwłaszcza jeżeli zestawi się go z raczej mdłą Czwartą władzą – poprzednim projektem Spielberga, który trafił na duże ekrany zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Film dostarcza sporo frajdy, polegającej w dużej mierze na wyłapywaniu kolejnych intertekstualnych nawiązań – pozwala zanurzyć się w świecie z jednej strony nowym, obcym, z drugiej zaś swojskim, dobrze nam wszystkim znanym, bo zbudowanym z elementów konstytuujących kulturę popularną naszych czasów. [Jan Brzozowski]

44. Ciche miejsce (2018)

Film Krasinskiego w pierwszej chwili budzi skojarzenia z horrorem, jednak zagrożenie czyhające na bohaterów, a więc stwory, które reagują atakiem nawet na najmniejszy dźwięk, zdecydowanie łączy się z gatunkiem SF. Reżyser i odtwórca głównej roli (w obu przypadkach świetna robota) z rozwagą podchodzi do tematu potworów, ponieważ dawkuje widzom ich obecność na ekranie – dzięki temu stanowią interesującą tajemnicę i budzą większy niepokój. Sama świadomość życia w świecie, w którym niezachowanie ciszy grozi śmiercią, mrozi krew w żyłach. [Łukasz Budnik]

43. Animatrix (2003)

W 2003 roku świat bez wątpienia należał do Matriksa. Siostry Wachowski nie tylko pokazały wtedy światu dwa sequele swojego kultowego filmu z 1999 roku, ale też napisaną przez nie i posiadającą ekskluzywne materiały filmowe grę Enter the Matrix, wyprodukowały również i częściowo napisały antologię krótkich animacji mających miejsce w tym świecie pod wspólnym tytułem Animatrix. To niezwykle twórcze i wartościowe rozwinięcie Matriksa. A historie takie jak Drugie odrodzenie, Ostatni lot Ozyrysa, Nawiedzony dom czy Opowieść detektywa to jedne z moich ulubionych elementów świata Wachowskich. [Filip Pęziński]

42. Paprika (2006)

Paprikę najłatwiej porównać z dziełem Christophera Nolana, Incepcją, jednak choć tematycznie produkcje te są ze sobą zbieżne, to pod względem formy czy nawet fabuły znajdują się na przeciwnych biegunach. Animacja Kona Satoshiego nie stara się bowiem pozostawać blisko realizmu, zamiast tego stawiając na istną eksplozję kreatywności. Dzięki temu tutejsze przedstawienie snów skupia się przede wszystkim na ich dziwności i bezustannej potrzebie przekształcania się, tworzenia coraz to bardziej abstrakcyjnych wizji. To wyjątkowe, pokręcone, a przy tym niesamowicie zasysające audiowizualne doznanie. [Krzysztof Nowak]

41. Autostopem przez galaktykę (2005)

Douglas Adams bez wątpienia był niezwykle utalentowanym pisarzem i w dodatku przyjacielem członków grupy Monty Pythona. Nic więc dziwnego, że adaptacja cyklu jego książek – Autostopem przez galaktykę – przedstawia jego niesamowity wkład zarówno w gatunek komedii, jak i science fiction. Produkcja, w której występuje Alan Rickman, idealnie bawi się tropami komediowymi dobrze znanymi z książki, skupiając się jednocześnie na klasycznych pomysłach sci-fi. Tym, co sprawia, że film do dzisiaj jest dalej tak samo wciągający jak w roku 2005, jest fakt, iż nie ma dla twórców żadnej, ale to absolutnie żadnej świętości, gdy mowa zarówno o science fiction, jak i klasycznych motywach znanych z innych produkcji. To niecodzienne podejście sprawia, że mamy do czynienia z absolutnym klasykiem, o którym trudno zapomnieć. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

REKLAMA