Autor: REDAKCJA
opublikowano

NAJGORSZE SEQUELE WSZECH CZASÓW. Wielki ranking czytelników!

Terminator: Ocalenie to tradycyjny film akcji, zrealizowany w modnej konwencji. Są roboty, wybuchy, popisy na szosie. Problem jest jeden – ten film jest wszystkim, tylko nie sequelem Terminatora. Pierwsze trzy filmy serii zostały zrealizowane w pewnej konwencji, ta część ją przełamuje, ale w najbardziej tani i podły sposób. Myślę, że tylko Cameron mógłby wynieść Terminatora na nowy poziom. To, co spłodził McG, jest jedynie nieudolnym naśladownictwem bieżących trendów. […] Film nie ma w sobie za grosz oryginalności, podobnie jak trzecia część Resident Evil jest zrealizowany na madmaxową modłę. Zdaje się, że dziś to jedyna słuszna wizja dystopicznej przyszłości, szkoda, że ma niewiele wspólnego z wizją Camerona z poprzednich filmów. […] Na deser mamy kompletnie drewniane aktorstwo na drugim planie. Common i Moon Bloodgood stworzyli (?!) postaci tak mdłe i nijakie, że oglądanie ich na ekranie wywołuje u widza konsternację. Wciąż nie wiem, po co są w ogóle w tym filmie. [Tomasz Stankunowicz]

39. Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

2015, reż. J.J. Abrams

Gwiezdne wojny nie są już dziś tym samym, czym były jeszcze przed rokiem dwutysięcznym. Przebudzenie Mocy to jedynie kolejna część układanki, a nie pokoleniowe doświadczenie. Musimy pogodzić się z tym, że gwiezdna saga stała się po prostu kolejną hollywoodzką franczyzą, a franczyzy – jak wiadomo – rządzą się swoimi prawami. […] Przebudzenie Mocy to typowy crowd-pleaser, któremu nie należy się ani całkowite zmieszanie z błotem, ani wychwalanie pod niebiosa i wykrzykiwanie, że mamy do czynienia ze spektakularnym powrotem gwiezdnej sagi. Fajnie było znów spojrzeć na starych kumpli i zobaczyć kosmos przez szybę wysłużonego Sokoła Millenium, ale o kolejnym kamieniu milowym w historii kina science fiction, kina przygodowego czy wielkich blockbusterów nie ma w tym przypadku mowy. Abrams stworzył przyjemnego dla oka przeciętniaka, którego siła tkwi głównie w tym, że gra na naszej nostalgii. [Filip Jalowski, fragment recenzji]

38. Efekt motyla 2

2006, reż. John R. Leonetti

Efekt Motyla 2 to rozczarowanie i ogromny zawód – oto refleksje, jakie się zrazu nasuwają. Aktorzy i twórcy niepowtarzalnej, jak się okazało, jedynki postawili poprzeczkę tak wysoko, że tylko ktoś niespełna rozumu mógł pokusić się o zrobienie sequela. Nie wiadomo też, czym kierowali się twórcy, skoro w pierwszej części powiedziano już wystarczająco dużo. Widać tylko, że niezbyt dobrze przemyślano sprawę. Aby zamiar się powiódł i dwójka dorównała choć trochę jedynce, trzeba było wprowadzić do fabuły coś odkrywczego, coś, czego w poprzedniej części nie było. To jest oczywiście bardzo trudne, ale nie niewykonalne. Potrzebne było przede wszystkim nowe odczytanie tematu, a nie tylko samo bezczelne skopiowanie pomysłu. Film zyskałby wówczas element zaskoczenia i nieprzewidywalność, których tu zabrakło. Powstał gniot bez wyrazistości, stylu i wyobraźni, i bez postaci. Zlepek elementów przykrych dla oka, nuda wymieszana z ugorem. [Kinga Kubicka]

37. Blues Brothers 2000

1998, reż. John Landis

Elwood Blues po odsiadce wychodzi z więzienia. Niestety nikt na niego nie czeka. Jego brat Jake nie żyje, a on sam jest bardzo samotny. Postanawia odwiedzić siostrę Stigmatę; jest ona teraz administratorką dziecięcego szpitala dla sierot, któremu… brak funduszy. Nagle Elwood odnajduje sens życia i wpada na pomysł kolejnej reaktywacji swojego zespołu. […] Scenariusz, chociaż nie jest najważniejszy, jest absolutnie kopią tego z pierwszej części i mimo zatrudnienia dodatkowych bohaterów pierwszoplanowych (zgodnie z zasadą sequela – więcej, szybciej, mocniej) Blues Brothers 2000 to klapa. Mnożenie tych samych atrakcji (kraksa) nie jest zbyt zabawne, a wszystko ratuje jak zwykle muzyka, do której zastrzeżeń specjalnych mieć nie można. Szkoda potencjału filmu. [Tomasz Urbański, fragment artykułu]

36. Spider-Man 3

2007, reż. Sam Raimi

Obie części Spider-Mana Sama Raimiego to bardzo przyzwoite komiksowe adaptacje. […] Jednak i one nie są wolne od wad. Zachwiana równowaga między wątkiem obyczajowym a scenami akcji (na niekorzyść tych drugich), nienaturalny James Franco, powiewająca tu i ówdzie amerykańska flaga czy kontrowersyjny design antagonistów (vide: Green Goblin). O ile w pierwszej i drugiej części wady te aż tak nie przeszkadzały, o tyle w przypadku Spider-Mana 3 nie da się już tego znieść. Film jest rozwleczony i nudny. Motyw symbiota został koncertowo spieprzony – mroczny Peter Parker to śmiech przez łzy, a to, co zrobiono z Venomem, zakrawa na kpinę (brak czasu ekranowego, wygląd, Topher Grace w tej roli). I tutaj nie brakuje gwieździstej flagi, a obowiązkowe dla tego typu kina łzawe chwile wypadają fatalnie. W dodatku, mimo budżetu na poziomie 300 mln dolarów, w ogóle nie widać tego na ekranie. Przez cały film mocno czuć zmęczenie materiału, co przyznało samo studio, decydując się na restart serii. [Michał Włodarczyk]

35. Młode wilki ½

1997, reż. Zuzanna Boczar, Anna Zaorska, Jarosław Żamojda

Ci sami bohaterowie, plus kilku nowych, jeszcze gorsza akcja i brak napięcia. Film, w którym wiele rzeczy jest podobnych, jednak przyjemności z oglądania nie zaznamy. Przede wszystkim dlatego, że mimo wielu podobieństw wiele rzeczy jest o niebo gorszych, wręcz żałosnych i banalnych. Przede wszystkim brakuje dobrej muzyki. Reżyser postawił na zagraniczne hity w tle, które w żaden sposób do filmu nie pasują i nie tworzą klimatu takiego, jaki tworzył Varius Manx. Aktorzy, którym zarzucano w pierwszej części, że są za starzy na swoje role, tutaj są… jeszcze młodsi (tzn. ich bohaterowie), a wyglądają, co oczywiste, tak samo jak w Młodych wilkach, a w zasadzie to jeszcze starzej. Nie ma scen, które wywoływałyby elektryzujące wspomnienia letnich dni, a które były motorem napędowym pierwszej części. [Paweł Łazarowicz]

34. Kac Vegas w Bangkoku 

2011, reż. Todd Phillips

Nie chodzi o fakt, że kontynuacja Kac Vegas pod tytułem Kac Vegas w Bangkoku (nawiasem mówiąc, polscy tłumacze tytułu pierwszej części zastawili na siebie niezłą pułapkę) jest niemal kalką pierwszego filmu, że niektóre dowcipy są identyczne. Nie chodzi też o to, że wiemy, jak to się skończy. Ani nawet o to, że znów nie ma Douga przez większą część filmu i nie jest to niczym uzasadnione. Chodzi o podkręcenie wszystkiego. Bohaterowie są niesympatyczni, wręcz paskudni, humor bardziej wulgarny, przygody bardziej nieprawdopodobne i niebezpieczniejsze. Wszystkiego jest więcej, lecz nie przekłada się to na jakość. Z jednej strony oglądamy ten sam film (zmieniły się tylko plenery), z drugiej – coś zupełnie innego, nieco mroczniejszego i wyjątkowo mało zabawnego. Wtórność mogę wybaczyć, ale gdy komedia zamiast bawić, odpycha, nie może być mowy o udanej rozrywce. [Krzysztof Walecki]

33. Asterix na olimpiadzie

2008, reż. Thomas Langmann, Frédéric Forestier

Dwa pierwsze aktorskie Asteriksy lubię w mniejszym (Asterix i Obelix kontra Cezar) lub większym stopniu (Misja Kleopatra), czerpiąc jednak przyjemność z seansów obu, choć Misja Kleopatra wygrywa absurdalnym humorem, licznymi nawiązaniami do popkultury i – choć to już nie zasługa filmu jako tako – znakomitym polskim dubbingiem. Tym bardziej boli seans Asterixa na olimpiadzie, który jest filmem rozwleczonym i bez serca, dodatkowo tracącym jeden z gigantycznych atutów poprzedników, mianowicie Christiana Claviera w tytułowej roli. Zastępujący go Clovis Cornillac nie ma choćby ułamka uroku osobistego i zadziorności poprzednika, a przy tym znacznie gorszą chemię z Gérardem Depardieu, co niestety mocno odbija się na całym filmie. Absurdalny humor zastąpiony został niezręcznym (choć chyba niecelowo) i właśnie to poczucie dyskomfortu dominuje przez większość seansu. Szkoda. [Łukasz Budnik]

32. Blade: Mroczna trójca

2004, reż. David S. Goyer

Przygody pół człowieka, pół wampira powinny zakończyć się na części z numerem 2 w tytule. Blade: Mroczna trójca to nikomu niepotrzebny potworek, plugawiący jednego z ciekawszych superbohaterów. Chaos, jaki obserwujemy na ekranie, przypomina ogarnięty pożarem burdel – mnóstwo biegających bez ładu i składu wampirów, policjantów i Bogu ducha winnych cywilnych przechodniów. Ponadto Blade dostaje do dyspozycji, oprócz nieodżałowanego Whistlera, ferajnę młokosów z łukami i maczetami – gdy Blade szedł drogą dla mściciela zarezerwowaną, oni jeszcze w lesie przecinki szukali. Nie gra tu niemal nic – Drakula po raz kolejny wygląda i zachowuje się jak zblazowana gwiazda rocka, a jego świta to nieudacznicy do potęgi entej. Aż prosi się, by prawdziwy Drakula obudził się w swojej zimnej trumnie gdzieś w Transylwanii, wyskoczył na chwilkę do Hollywood i pokazał, w jaki sposób szanujący się wampir rozwiązuje swoje problemy. [Piotr Kocoń]

31. Akademia Policyjna 7: Misja w Moskwie

1994, reż. Alan Metter

Akademia Policyjna 7 bez swoistego klimatu nie jest filmem, który można oglądać wielokrotnie, tak jak można to robić z poprzednimi częściami Akademii…. Nie ma tego czegoś, co sprawiało, że z poprzednich części można było śmiać się w nieskończoność. Twórcy nie wczuli się w atmosferę wcześniejszych filmów i aktorzy musieli się czasem nieźle namęczyć, żeby scena, która z założenia miała być śmieszna, wywołała na naszych twarzach choćby cień uśmiechu. Smutno jest pisać takie słowa, wspominając wcześniejsze filmy, ale myślę, że sami aktorzy czują, że coś tu nie wyszło. Siódemka to film nakręcony na siłę, bazujący na marce poprzednich części, do których niestety jest jej bardzo daleko. Seria powinna zakończyć się na szóstce, która zresztą też już do najlepszych nie należała, ale jeszcze trzymała pewien poziom. Z powodu braku tego poziomu w siódmej części mamy więc dwie serie: Akademię Policyjną 1-6 i zupełnie odrębną Akademię Policyjną 7. [Paweł Łazarowicz] 

Ostatnio dodane