Krótkie spięcie

WEINSTEIN PŁACI OFIAROM. Walka o ideały ogranicza się do przyjęcia czeku

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

MeToo obserwuję od samego początku i od samego początku nie mam wątpliwości, że jest to medialny szum stworzony przez jedno uprzywilejowane lobby w celu odsunięcia od władzy innego uprzywilejowanego lobby. Licząc się z ryzykiem przyklejenia mi łatki seksisty lub wręcz poplecznika gwałcicieli (zostałem tak nazwany w jednej z internetowych dyskusji), próbowałem lawirować pomiędzy empatią i współczuciem dla faktycznych ofiar gwałtów i nadużyć w środowisku filmowym a bezlitosnym tępieniem przejawów hipokryzji i fałszywych oskarżeń. O ile nie mam wątpliwości – i nigdy ich nie miałem – że prawdziwych ofiar jest zbyt dużo oraz że części z nich nie poznaliśmy i nigdy nie poznamy, o tyle uważam, że skoro w dzisiejszym świecie wojny potrafią wybuchać między wyznawcami Boga a wyznawcami Boga, między białymi homo sapiens a czarnymi homo sapiens, między braćmi a siostrami, to na naszych oczach toczy się także bezlitosna wojna między kobietami a mężczyznami. To wojna o wysoką stawkę – pieniądze i władzę. 

Zwykłego, szarego faceta gwałty zwykle nie dotyczą – chyba że usłyszy o nich w telewizji. Na zwykłą, szarą kobietę gwałciciel może czyhać za każdym rogiem. Ostrożność i prewencja to jedno, ale oczywiste jest, że ofiarą zawsze jest zgwałcona i żadne zachowanie nie pozwala mężczyźnie „użyć” kobiecego ciała wbrew jej woli. Nie potrafię jednak w najmniejszym stopniu zaufać większości hollywoodzkich kobiet, które krzyknęły na Twitterze: „Ja też (padłam ofiarą gwałtu)”. Przykro mi, ale po prostu nie potrafię. Tak samo jak nie potrafię współczuć milionerom, że nie mają czasu dla swoich dzieci, nie umiem cieszyć się z pędzącego wzrostu gospodarczego, o którym mówi mi polityk, lub nie wierzę w obietnice poprawy nałogowego narkomana. A trochę tych hollywoodzkich kobiet było: samego Weinsteina oskarżyło osiemdziesiąt pań, a ogólnie tego typu „nowości” było bodajże między sto pięćdziesiąt a dwieście. Bardzo żałowałem – a wręcz byłem tym zbulwersowany – że proces Weinsteina toczy się za zamkniętymi drzwiami. Oskarżeń do sądu wpłynęło oczywiście mniej niż na Twitter, co uzasadniano tym, że istnieją tacy goście jak ja – którzy nie uwierzą – i dlatego kobiety boją się składać zeznania. Nie ja wymyśliłem system sądowy, w którym człowiek jest niewinny, dopóki nie znajdzie się dowodów, że jest inaczej. Zdaje się, że ta zasada przestaje mieć znaczenie dla wielu. Ukrywając przestępców, ułatwiamy im działanie.

Czekałem więc na jakiekolwiek przecieki i nowości. W międzyczasie zapadł wyrok w innej sprawie, która toczyła się z dala od blasku fleszy. Aktorka Allison Mack, znana z serialu Tajemnice Smallville, okazała się winna w sprawie o seksualne niewolnictwo i sprzedaż ludzi do sekty. Czy ma znaczenie, że jest to aktorka? Nie ma, najmniejszego. Czy ma znaczenie, że jest raczej nieznana i mało wpływowa? Tak, bardzo duże. Przypominam o tym wydarzeniu tylko z jednego powodu: tuż pod sceną, na której krzyczy się o gwałtach, odbywa się jeszcze więcej gwałtów. W każdym razie doczekałem się wyroku w pierwszej „turze” oskarżeń Weinsteina. Miał być to oczywiście symboliczny proces, widowiskowe „ukrzyżowanie” winnego wszelkiego zepsucia producenta, którego wygląd i bogactwo jawnie wskazywały na to, że nadużywa prawa do wszystkiego, co ludzkie. To, co miało być pokazem siły kobiet i zmianą warty, co miało wskazać drogę kolejnym ofiarom i zachęcić je do wyjścia z cienia swoich oprawców, okazało się, rzecz jasna, śmierdzącym interesem. Za zamkniętymi drzwiami ofiary dogadały się z Weinsteinem, w wyniku czego ma on zapłacić trzydzieści milionów dolarów na odszkodowania (w tym także osobom poszkodowanym na skutek upadłości firmy producenckiej Weinsteina) oraz kolejnych czternaście na koszty sądowe.

Oczywiście to jeszcze nie koniec procesów i problemów upadłego giganta, w kolejce czekają zapewne inne ofiary, a sądy wnikliwie analizują fakty i opinie. Ale ten pierwszy proces nie doprowadził wcale do tego, o czym tak głośno krzyczano półtora roku temu, czyli do słowa „winny” skierowanego do Weinsteina. W całej tej aferze jest jednak jeszcze jedna rzecz, która wywołuje u mnie nudności. Przy założeniu, że odszkodowania dla ofiar były jak najbardziej należne, mamy kwotę trzydziestu milionów. Trzydzieści milionów dostają kobiety molestowane seksualnie, a czternaście milionów dostaje „system” – adwokaci, urzędnicy, sędziowie; otrzymują te pieniądze za to, że przejrzeli tony papierów i pogodzili ze sobą dwie grupy interesów. Pieniądz robi pieniądz, jak mawiają.

Ostatnio dodane