Krótkie spięcie

OCZEKIWANIA A FILM. Gdy hype przerasta rzeczywistość

Autor: Filip Pęziński
opublikowano

Kiedy niejaki Chris Giunta dostał pracę przy naprawie bankomatów w Bank of America, lojalnie uprzedził swojego szefa, że będzie musiał wziąć wolne na większość kwietnia i maja 1999 roku. Powód? Zbliżająca się premiera nowej części Gwiezdnych wojendziś niesławnego Mrocznego Widma. Giunta nie tylko wziął urlop, ale przeprowadził się wraz ze swoją dziewczyną z Maryland do San Francisco. Tam bowiem mieściło się kino, w którym George Lucas lubił przeprowadzać pokazy swoich filmów, i tam mężczyzna wraz z grupką poznanych fanów w rozbitym namiocie oczekiwał na premierę widowiska. Zadajmy sobie zatem proste pytanie – czy jakikolwiek filmowiec może sprostać hype’owi tak potężnemu?

Hype to ekscytacja związana z premierą nowego produktu

Hype to słowo, które naturalnie pochodzi z języka angielskiego, a które dosłownie oznacza „szum”. Odnosi się jednak do zjawiska zainteresowania, a wręcz ekscytacji związanej z premierą nowego produktu – czy to filmu, czy to butów lub płyty z muzyką. Nie jest to oczywiście zjawisko nowe, sięga nawet dalej niż wspomniana wyżej historia premiery oczekiwanego przez kilkanaście lat powrotu George’a Lucasa do jego gwiezdnej sagi. Ale dopiero niedawno ta zagraniczna nomenklatura do niego przylgnęła i powoli zaczęła zdobywać już nawet nie fora czy media społecznościowe, lecz serwisy informacyjne i publicystyczne, a nawet słowniki (przynajmniej te internetowe).

Popularny internetowy mem nawiązujący do tematu

Czy filmowiec może spełnić ogromne oczekiwania widza?

Kiedy rozumiemy już, o czym mowa, wróćmy do zadanego w pierwszym akapicie pytania – czy jakikolwiek filmowiec może spełnić ogromne, podbudowane często latami hype’u oczekiwania widza? I tak, i nie. Zderzenie oczekiwań z filmem bywa bardzo różne. Najlepszą dla wszystkich zainteresowanych jest sytuacja, kiedy film spełnia pokładane w nim nadzieje (u mnie ostatnio Avengers: Wojna bez granic). Gorzej, kiedy wprawdzie udany film zostanie „przehajpowany” i zbyt wygórowane oczekiwania sprawią, że zupełnie nie możemy cieszyć się seansem sprawnej produkcji (u mnie – X-Men: Przeszłość, która nadejdzie). Najgorzej jednak, kiedy tygodnie, miesiące, lata wyczekiwań i nerwowego obgryzania paznokci sprawią, że produkcja naprawdę nieudana zostanie przez nas wybielona. Kiedy sami w głowie przetłumaczymy sobie, że to, co widzimy na ekranie, to rzecz naprawdę dobra. Na nic inne opinie, na nic rzeczowe argumenty. Film jest dobry, a ten, kto się nie zgodzi, jest na pewno zwykłym hejterem. W moim przypadku ostatnio Liga sprawiedliwości, która w kinie wydała mi się udaną rozrywką, a która podczas powtórki na małym ekranie o mało nie przyprawiła mnie o zapaść. Mam szczerą nadzieję (ale i niemal pewność!), że z trzecią częścią Avengers nie będzie podobnie.

Doskonałym przykładem światowego hype’u i jego wpływu na odbiór obrazu jest Mroczny rycerz Christophera Nolana z 2008 roku. Od znakomitej kampanii viralowej (temat na inny tekst), przez rewelacyjne zwiastuny i plakaty, po, niestety, tragiczną śmierć Heatha Ledgera – wszystko obiecywało coś naprawdę wielkiego i nakręcało spiralę oczekiwań. Trudno odmówić Nolanowi sprawności realizacji i trudno nie zauważyć, że na tle ówczesnego kina komiksowego narodziło się coś wyjątkowego, ale sytuację, w której Mroczny rycerz w rankingu popularnego serwisu IMDb głosami internautów stał się najlepszym filmem w historii kina, do tej pory wspominam z lekkim zażenowaniem, ale i uśmiechem. Co ciekawe – dziś na tej liście zajmuje miejsce czwarte, a przed nim znajdują się tylko dwie pierwsze części Ojca chrzestnego i Skazany na Shawshank. Niesamowite, prawda?

Zrzut ekranu z rankingu najlepszych filmów wg użytkowników IMDb po premierze Mrocznego Rycerza – rok 2008

Hype potrafi skutecznie zakrzywić nasz odbiór obrazu i z perspektywy czasu często ze zdumieniem, a nawet zażenowaniem wracamy do, w kinie wydawało się znakomitego, obrazu lub odwrotnie – przychylnym okiem spoglądamy na film, który został przez zbyt duże oczekiwania „zepsuty”. A jednak, dopóki nie sprawiamy, żeby zjawisko stało się niebezpieczne (okropne, personalne ataki związane z negatywnym odbiorem Ostatniego Jedi), czy nie na tym polega piękno kina? Na tym nerwowym oczekiwaniu i chęci ponownego poczucia się jak dziecko? Ja do tej pory widząc w kinowej sali logo Lucasfilm, mam oczy pełne łez.

Koniecznie podzielcie się w komentarzach waszymi przeżyciami związanymi z kinowymi oczekiwaniami.

Ostatnio dodane