search
REKLAMA
Felietony

Kręcisz AMATORSKIE FILMY? To jeszcze NIE ZNACZY, że JESTEŚ FAJNY

Jakub Piwoński

20 lipca 2019

REKLAMA

Jeśli jeszcze nie nudzą was opowieści w stylu: „kiedyś było lepiej”, pozwólcie, że podzielę się z wami kotłującymi się w mej głowie refleksjami. Rzecz tyczy się oczywiście filmu. Ale nie tego kinowego, profesjonalnego, o którym na łamach naszego portalu czytacie na co dzień. Chodzi mi raczej o perspektywę bardziej przyziemną, amatorską. Słowem o to, czym dzisiaj jest kręcenie filmu na własną rękę i dlaczego mi się to nie podoba.

Często chodzę z synem na plac zabaw. Wiele ciekawych zjawisk można tam zaobserwować. I nie, akurat nie chodzi mi roześmiane dzieciaki. Bo tak oto podczas rutynowego huśtania spostrzegłem młodych chłopaków, w wieku zdecydowanie odbiegającym od wieku grupy docelowej miejsca, w którym się znajdowaliśmy. Przyzwyczaiłem się do widoku „starszaków” na placach zabaw, ponieważ często zdarza się, że to właśnie tam znajdują oni dogodne warunki do spokojnego, nikomu niewadzącego odwalania pawiana. Tym razem jednak zwróciło moją uwagę to, że jeden z nich miał w ręku smartfona wycelowanego w dwóch swoich kolegów.

Szybko się zorientowałem, o co w tej zabawie chodzi. Chłopacy po prostu wyszli z założenia, że plac zabaw to odpowiednio oryginalne miejsce do zrobienia z siebie idioty przed kamerą. Wygłupy były rejestrowane, więc mogę się tylko domyślać, że nie były one spontaniczne, tylko przyświecał im jakiś nadrzędny cel. Tak powołany do życia filmik najpewniej trafić miał na YouTube lub inne medium społecznościowe w celu zapewnienia autorom popularności, odpowiedniej liczby kciuków w górę, a może nawet zabawnych komentarzy. Bez tego ani rusz.

Inny przykład. Idę sobie ulicą. Z mijanej przeze mnie kamienicy wybiega jakaś dziewczynka – na oko jakieś dziewięć lat. Trzyma smartfona, który na pewno większy jest od jej dłoni. Gdy już rozeznała się w terenie i upewniła się, że odszedłem odpowiednio daleko, oparła telefon o ścianę budynku i zaczęła tańczyć w takt jakiejś muzyki, kierując spojrzenie na ekran smartfona. Uznałbym to za jednostkowy wybryk, gdyby nie to, że nie była to jedyna dziewczynka tańcząca do swojej komórki w publicznym miejscu, jaką widziałem w ostatnich miesiącach. Nawet mi się nie chce sprawdzać, jaki to zmyślny challenge w internetach pod to powołano. Pojawia się we mnie tylko takie dziwne uczucie, jakobym powoli nie nadążał za zmianami w obrębie technologii, nowych mediów i szeroko pojętej audiowizualności. Ale także sztuki jako takiej.

Jak mawiał niezapomniany Tewje ze Skrzypka na dachu, na wszystko można spojrzeć z dwóch stron. I owszem, na ten przytoczony przeze mnie banał też. Bo, rzecz jasna, niezwykle korzystne jest to, że za sprawą małego urządzenia mieszczącego się w dłoni oraz zaledwie jednego przycisku można sobie nakręcić dobrej jakości film, dokumentując tym samym jakąś podróż, jakieś wydarzenie czy też rodzinne spotkanie. Nie trzeba przy tym posiadać żadnych specjalistycznych umiejętności. Dobrym przykładem jest moja mama, nie pierwszej już młodości, która nie rozstaje się ze swoim smartfonem podczas wszelkich uroczystości i regularnie praktykuje nagrywanie wszystkich obecnych, czy tego chcą, czy nie, wplatając w materiał komentarz od serca. Ba, ja sam jestem dobrym przykładem, ponieważ często uwieczniam poczynania mego syna, traktując to jako unikalną pamiątkę z jego dzieciństwa. Pamiątkę, którą moi rodzice, gdyby tylko mogli i umieli, pewnie także by mi sprawili.

I dobrze, nie mam z dzisiejszą łatwością tworzenia medialnego przekazu jakiegoś większego problemu. Czasy się zmieniły, napędzana internetem kultura rwie niczym rzeka do przodu, porywając za sobą tych, którzy potrafią się zaadaptować. Główny zmysł? Wzrok. Nowe kryterium nadawcy? Nakręć siebie takim, jakim jesteś, bez względu na to, czy to ładne, zgrabne, śmieszne, czy nie, lub na to, czy w ogóle ma to jakikolwiek sens. Jakie jest nowe kryterium odbioru? Zachwyć się amatorstwem, bo przecież jest ono o wiele bardziej prawdziwe niż ta pozorowana profeska. I nie zapomnij dać lajka.

Wiem, że zwie się to postępem. Wiem, że wypada się z tym pogodzić. Ale jakoś tak coraz trudniej mi za tym nadążyć. Technologicznie tą jedną nogą wciąż tkwię chyba w przeszłości. W czasach, gdy kamera miała swój gabaryt i nie każdy potrafił nią operować. W czasach, gdy amatorskie, prywatne treści audiowizualne zostawały z reguły w rodzinnej szufladzie. Bo należały do kogoś konkretnego, a nie do wszystkich. Bo publikacja treści miała swoją wagę i nie trwała pięć minut. Bo w końcu, jeśli było się z czego śmiać, gdy ktoś nagrał wygłupy, to tylko Tadzio Drozda mógł zrobić z tego użytek w Śmiechu warte. Nikt jednak nie żebrał o uwagę w tak prostacki, pusty sposób, w jaki można żebrać dzisiaj.

Najgorsze jest w tym wszystkim to, że kompletnie nie wiem, co powiem kiedyś mojemu synowi, jeśli także będzie chciał sobie z kolegami porobić niewinne żarty z telefonem wymierzonym sobie w twarz. Będę go pouczał, że przecież film to struktura, to znaczenia, to nadrzędna idea, to proces? Że przed kliknięciem “publikuj” wypada zadać sobie pytanie, czy aby na pewno chce się oddać cząstkę swej duszy światu? Chyba raczej rozłożę ręce…

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA