Felietony

ZABIJĘ CI DZIECKO, BO OGLĄDAŁEM JOHNA WICKA. Upadku Hollywoodu ciąg dalszy?

Autor: Damian Halik
opublikowano

Ciekawostka płynąca zza oceanu: jeśli czasem zdarzy wam się obejrzeć film zawierający strzelaniny lub inne brutalne sceny, najpewniej już jesteście zwyrodnialcami, którzy prędzej czy później kogoś zabiją – tak przynajmniej wynika z badań amerykańskich naukowców. A właściwie to nie naukowców. No i nie było też żadnych badań. Po prostu konserwatywna część Kongresu Stanów Zjednoczonych wespół z prezydentem Donaldem Trumpem błyskawicznie poradziła sobie z rozwikłaniem zagadki, nad którą od dziesięcioleci bezskutecznie głowili się politycy poprzednich kadencji: kto ponosi odpowiedzialność za regularne odstrzeliwanie tamtejszych uczniów? To wszystko wina tego cholernego Johna Wicka i jego pobratymców!

Wiem, tragiczna śmierć wielu młodych ludzi nie jest powodem do ironizowania, ale nikt nie zakpił z ofiar kolejnego szaleńca tak mocno, jak amerykańscy politycy, którzy na ogólnokrajowe apele dotyczące ograniczenia dostępu do broni odpowiedzieli… kolejnymi irracjonalnymi wynurzeniami na temat rzekomych win, jakie za niewłaściwe korzystanie z wszechobecnej broni palnej ponosić ma agresja w grach (standard) i na wielkim ekranie (nowość!). To zaś budzi we mnie wiele pytań, na czele z tymi o omyłkowo niezażyte dawki leków, ale i pewną hipotezę, która może kryć się za całą sprawą. Czy możliwe jest, że na straty spisano Hollywood, które obecnie kona w męczarniach niczym ludzie, którzy zadarli z Johnem Wickiem? Wydaje się, że nie ma innej opcji, skoro branża filmowa zaczyna obrywać za rzeczy, które dotąd zrzucane były na innych – bo czy można znaleźć jakieś alternatywne tłumaczenie dla nagłego oświecenia waszyngtońskich możnowładców, którzy pod koniec drugiej dekady XXI wieku uznali, że winę za notoryczne strzelaniny ponoszą właśnie zbyt brutalne filmy? Przecież dotąd wszyscy doskonale wiedzieli, że to wyłączna wina gier, a w szczególności serii GTA!

Niekończące się krucjaty przeciw przemysłowi komputerowemu, które od lat 90. nasilały się wraz ze wzrostem realizmu wirtualnych światów, były bardzo wygodnym argumentem dla masowego odbiorcy – a kłamstwo wielokrotnie powtarzane zaczyna powoli zastępować prawdę. I choć środowiska medyczne nadal nie są w pełni zgodne, w zeszłym roku mocny głos w sprawie zabrała grupa niemieckich naukowców, których badania na falach mózgowych człowieka jasno dały do zrozumienia, że kontakt z brutalnymi grami nie obudzi w zdrowym psychicznie człowieku mordercy – podobnie jak słuchanie smutnej muzyki nie wywoła u nas depresji, śledzenie sportowych zmagań nie sprawi, że zrzucimy zbędne kilogramy, a oglądanie filmów o wampirach nie zmusi nas do nocnego polowania na dziewice, których krew możemy wypić. Przykład niemiecki jest o tyle istotny, że tamtejszy rynek należy do jednych z najbardziej restrykcyjnych w kwestii banowania tytułów o zbyt dużej brutalności. A co na to Amerykanie?

Cóż, Donald Trump słyszy, że dzwonią, ale nie wie, w którym kościele, zapowiedział bowiem, że filmy – wcześniej zdążył je obwinić za kolejną masakrę w amerykańskiej szkole – powinny być weryfikowane pod względem zawartości zdatnej dla różnych grup wiekowych. Innymi słowy – prezydent USA twierdzi, że lekiem na całe zło będzie stworzenie systemu ocen, które nie pozwolą na dostęp do brutalnych filmów osobom młodocianym. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że weźmie się też za walkę z rakiem – może w końcu na paczkach papierosów zaczną się pojawiać ostrzeżenia o tym, że palenie zabija! Tymczasem jego partyjni koledzy zdążyli już przyjąć kolejną transzę “dotacji” od National Rifle Association (Narodowe Stowarzyszenie Strzeleckie Ameryki), bo komu mogłoby w ogóle przyjść do głowy, że problemem jest zbyt łatwy dostęp do broni, skoro ochronę prawa do jej posiadania sowicie opłaca jedna z największych organizacji lobbystycznych w USA. Wróćmy jednak do meritum – co z tą sytuacją, poza rzekomą winą, mają wspólnego filmy?

Republikańscy kongresmeni musieli zwęszyć krew rozrywanej od wewnątrz Fabryki Marzeń, która – delikatnie mówiąc – nie ma ostatnio dobrej prasy.

Amerykańska polityka lobbingiem stoi, ale uderzenie w jedną ze sztandarowych branż jest w tej sytuacji bardzo symptomatyczne – w interesach nie ma sentymentów. Kolejna strzelanina to kolejne polowanie na czarownice. Tak, jak normą stały się modlitewne tweety osób, które w tym samym czasie finansowane są przez NRA, tak i poszukiwanie winnych sprowadza się do najsłabszego ogniwa – to już nie tylko kwestia ludzkiej głupoty i pogoni za pieniędzmi lobbystów. Zarówno Donald Trump, jak i wspierający go republikańscy kongresmeni musieli zwęszyć krew rozrywanej od wewnątrz Fabryki Marzeń, która – delikatnie mówiąc – nie ma ostatnio dobrej prasy. O ile więc można było nie wierzyć w odświeżenie szeregów filmowej śmietanki towarzyskiej za sprawą wyrzucenia sprawców seksskandali, o tyle wplątanie się w to wszystko polityków nie pozostawia już żadnych złudzeń. Największym paradoksem tej sytuacji jest fakt, że choć prezydent USA uciera w ten sposób nosa osobom jawnie wspierającym Partię Demokratyczną, jednocześnie wpisuje się w działania ruchu Time’s Up, którego przedstawicielki szczerze go nienawidzą. Ironia losu.

Otwarte pozostaje więc pytanie, czy poza działaniem na papierze wydarzy się coś, co odmieni oblicze Hollywood? Nie jestem w stanie wyobrazić sobie politycznych ingerencji w produkcję tamtejszych filmów – Amerykanie i bez tego świetnie sobie radzą z propagowaniem pewnych zachowań i wartości. A może za sznurki pociąga ktoś zupełnie inny, na przykład lobby zabawkarskie, które chciałoby zobaczyć pełnometrażowy film Nerf John Wick i stopniowo wypierać filmowe bronie swoimi wyrzutniami?

Może wreszcie nie dzieje się nic niezwykłego, a Trump chciał tylko zdobyć zwolenników na fali niechęci do centrum filmowego świata? Na te pytania odpowiedź przyniesie zapewne czas. A filmowa agresja? Jakiś wpływ na młodzież zapewne ma. Jeśli sięgnę pamięcią do swoich czasów szkolnych, standardowe wyjaśnianie sobie nieporozumień po szkole za garażami zazwyczaj rozpoczynało się od kurtuazyjnych przekomarzanek na temat preferowanego stylu walki. Jeden naoglądał się Jeana-Claude’a Van Damme’a, drugi Bruce’a Lee, trzeci jeszcze kogoś innego – największym kozakiem zawsze był ten, kto odważył się powołać na szkołę Stevena Seagala (wiadomo, że Chuck Norris był poza zasięgiem ich wszystkich). Co z tego wynikało? Ostatecznie mało kto miał ochotę sprawdzać, ile w tych przechwałkach prawdy – zbijało się piątkę i szło pograć w Counter Strike’a do kafejki. I wiecie co? Ani ja, ani żaden z moich znajomych jeszcze nikogo nie zabiliśmy. Nie wiem, co z tą Polską nie tak.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane