Felietony

Z SALI KINOWEJ do PRZEGLĄDARKI. Czy festiwale online to PRZYSZŁOŚĆ?

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

Z punktu widzenia widza filmowego ostatnie miesiące były czymś niespotykanym, nowym i do pewnego stopnia dziwacznym. Bez regularnego dostępu do przestrzeni kinowych, kinomani musieli szukać innych, zastępczych form realizacji swojej pasji. I o ile w przypadku pojedynczych wizyt było to stosunkowo proste za pomocą szybko reagujących platform streamingowych i VOD, to większy problem stał przed widzami i organizatorami w przypadku festiwali – imprez, które dla wielu są jednymi z ważniejszych wydarzeń kulturalnych, bez których trudno wyobrazić sobie świat filmu. Pomimo trudności z przeniesieniem specjalnego, opartego w dużej mierze na fizycznym kontakcie z innymi widzami, wydarzenia do świata wirtualnego, i festiwale doczekały się wariantu online. Poniżej kilka luźnych refleksji po uczestnictwie w organizowanym za pośrednictwem internetu wydarzeniu – Wiośnie Filmów.

Oczywiście oglądanie filmów w domu, przed komputerem to nic nowego – od lat istnieje streaming dostarczający nierzadko premierowych filmów, a w samej pandemii, od ponad miesiąca funkcjonują już „wirtualne sale”, stanowiące rodzaj amortyzacji dla prowadzących je kin w obliczu braku regularnej działalności. Festiwal to jednak coś innego – zorganizowane w określonym miejscu i czasie wydarzenie to nie tylko oglądanie filmów, ale też miejsce szczególnej aktywności społecznej – spotkania z innymi widzami, poczucia atmosfery miejsca, które stało się na kilka dni gospodarzem swoistego święta kinomanów i poczucie zaangażowania (nie idę „po prostu” do kina, idę na konkretne wydarzenie). Co z tego zostało, gdy cały program festiwalu dostępny jest online w przeglądarce i przedpremierowe lub premierowe pozycje, których seans stanowił wcześniej istotę festiwalu, można obejrzeć nie ruszając się sprzed kanapy – a co gorsza, nawet pauzować by zrobić przysłowiową kanapkę lub (pod)glądać, robiąc w tym czasie coś innego?

Tegoroczna Wiosna Filmów była de facto pierwszym festiwalem, który zorganizowano w Polsce w formie online (dwa dni później wystartował w tej samej formule Krakowski Festiwal Filmowy, który z kolei uznać można za pierwszy online festiwal rozumiany jako wydarzenie branżowe – Wiosna Filmów jest w zasadzie przeglądem). Tradycyjnie na program tej imprezy składają się nowe filmy, które wyróżniały się w obiegu międzynarodowym i często mają zaplanowaną polską premierę kinową, którą wyprzedza pokaz „wiosenny”. Nie inaczej było w tym roku, w którym trzon programu stanowiły filmy takie jak O nieskończoności, Zaginiona dziewczyna, Undine, Zło nie istnieje czy Nadzieja – filmy doceniane na festiwalach w Wenecji, Berlinie i Toronto, które w najbliższych miesiącach trafią do regularnej dystrybucji. Obok nich w programie znalazły się też m.in. Biały, biały dzień i Żegnaj mój synu, filmy dopiero co pokazywane w kinach (w przypadku tego drugiego – już w formie wirtualnej), a także powtórki co znaczniejszych „arthouse’owych przebojów” – Parasite, Bóg istnieje, jej imię to Petrunia czy Portret kobiety w ogniu.

Zarys programu chciałbym potraktować tu jedynie jako punkt odniesienia refleksji na temat uczestnictwa w wydarzeniu online. Powyższe tytuły są filmami kojarzonymi raczej z kinami studyjnymi, o stosunkowo niewielkiej grupie docelowej (przynajmniej w porównaniu z hitami multipleksów, nastawionymi na naprawdę szerokie zasięgi – jak chociażby „przerzucone” do sieci w trakcie pandemii W lesie dziś nie zaśnie nikt). Mówiąc wprost, w większości są to filmy raczej trudniejsze w odbiorze od mainstreamowego standardu, wymagające pewnego poziomu skupienia – tak jak chociażby kontemplacyjnie O nieskończoności czy powolnie rozwijająca się Zaginiona dziewczyna. Taki profil zdaje się stanowić dodatkowe utrudnienie dla festiwalu online, który oprócz utraty atmosfery ryzykuje też osłabieniem artystycznej mocy filmów, która może rozmywać się bez rytualnej ciemności sali kinowej, wymuszającej na widzu pełne skupienie na ekranie.

Ostatnio dodane