Felietony

Wyobraź sobie, że POPRAWNOŚĆ POLITYCZNA działa jeszcze skuteczniej…

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

TO, CO PRZECZYTACIE PONIŻEJ TO PEWIEN EKSPERYMENT: PODNIESIENIE PEWNYCH ZAOBSERWOWANYCH TENDENCJI DO EKSTREMALNEGO POZIOMU. DO CZYTANIA PONIŻSZEGO TEKSTU NIEZBĘDNE JEST PRZYJĘCIE ODPOWIEDNIEGO DYSTANSU.

Poprawność polityczna jest modna i żywa, da się wyczuć ją wszędzie. Dotarła także do sztuki filmowej, której przez to mocno dziś doskwiera brzemię indoktrynacji. Ale czy taki sposób komunikowania się z innymi jest potrzebny?

Czy narzucanie określonego sposobu myślenia oraz kontrola tego procesu, bez względu na intencje, mogą zawierać w sobie coś pozytywnego? Czy narzucony odgórnie model społeczny będzie zdolny do zapuszczenia korzeni, jeśli jego wdrożenie będzie kosztowało wywrócenie posad obecnego świata do góry nogami? Co zyskamy na samym końcu tej drogi?

Poniższy, z gruntu ironiczny tekst powstał na skutek popuszczenia wodzy fantazji oraz zastosowania wyolbrzymienia. Postawmy się po stronie radykalnie lewicującego ideologa, odczuwającego niedosyt z obecnej sytuacji medialnej, i zobaczmy, co może urodzić się z jego marzeń. Poprawność polityczna dziś, a poprawność polityczna jutro? Choć pewnie trudno sobie to wyobrazić, bez względu na osiągany skutek, wciąż wielu osobom może ona przynosić mało satysfakcji. Przekonać ma nas o tym ten, znaleziony w szufladzie, otwarty list, który zaraz zaczniecie czytać. Kto się pod nim podpisze?

***

Drodzy filmowcy,

oglądając sytuację w branży filmowej, odnoszę wrażenie, że nie rozumiecie, na czym polega postępowe myślenie. Niby chcecie pracować na rzecz nowej, lepszej wizji świata, niby wykazujecie wrażliwość na wiele współczesnych problemów, ale robicie to tak nieporadnie, tak mało dosadnie, że ręce opadają.

Podstawowy problem polega na tym, że wciąż tych starań jest za mało. Kino musi się zmienić, bo zmieniło się przecież myślenie. Jeśli zatem, drodzy filmowcy, naprawdę chcecie być poprawni politycznie, zastosujcie się do moich kilku rad. Dopiero tak zyskacie prawdziwy poklask łaknącej zmian publiki.

Co z tymi kobietami?

Mimo że w ostatnich miesiącach na światło dzienne wyszła na jaw skala zjawiska seksualnego molestowania i wykorzystywania kobiet w przemyśle filmowym (a także i młodych mężczyzn, czego przykładem jest sprawa Asii Argento, o czym mówić jednak nie będę, bo zwyczajnie nie pasuje ani do tego, ani do żadnego innego akapitu), płeć piękna wciąż nie otrzymała od filmowców należytej rekompensaty. Wszak przez wiele tysiącleci były one przez mężczyzn wyzyskiwane i – w ramach patriarchatu – uznawane za winne grzechu. Dlatego teraz nadszedł czas, gdy to one powinny dojść do głosu. Cóż z tego, że obecnie w co drugim filmie hollywoodzkim możemy znaleźć silną postać kobiecą, jeśli w dalszym ciągu otoczona jest ona spoconymi samcami (vide najnowsze Gwiezdne wojny), czyhającymi tylko na jej potknięcie? To za mało!

Po pierwsze, powinny powstać specjalne szkoły aktorskie i reżyserskie przeznaczone tylko dla kobiet. W ten sposób łatwiej będzie kreować postacie czysto kobiece, a nie tylko takie, które kobiety udają, podczas gdy na zapleczu i tak wybierają męskie spodnie. Po drugie, płeć piękna powinna stopniowo zagarniać pierwszy plan widowisk, doprowadzając do sytuacji, w której będzie powstawać coraz więcej filmów opowiadających jedynie o kobiecych bohaterkach, wolnych od męskiej hegemonii. Siła girl power w końcu musi zaistnieć naprawdę. Mężczyźni niech sobie odpoczną, oni mieli już czas na to, by się wykazać. A nawet jeśli kobiety wolą oglądać męskie postacie na ekranie, należy je uświadomić, w jak wielkim są błędzie, wciąż godząc się podświadomie na męski ucisk. Przygody przedstawicielek płci pięknej mogą być równie ciekawe. Przecież one też potrafią poradzić sobie na bezludnej wyspie, okraść bank, wejść na wysoką górę czy w końcu posługiwać się bronią. Magia kina jest w stanie wszystko uczynić prawdopodobnym.

Co z tymi terrorystami?

Poprawność polityczna to także nieszukanie problemu tam, gdzie go nie ma.

Poprawność polityczna to także nieszukanie problemu tam, gdzie go nie ma. Z filmów powinny zniknąć wszelkie sugestie dotyczące domniemanego niebezpieczeństwa, jakie stwarza postępująca islamizacja Europy. Powód? Nie ma jednoznacznych dowodów świadczących za tym, że istnieje związek między terroryzmem a islamem. Nie należy kierować się faktami, że muzułmanami byli zarówno piloci samolotów, które zaatakowały World Trade Center, jak i inni sprawcy największych zamachów ostatnich lat. Zjawisko muzułmańskich gwałtów i morderstw na kobietach europejskich także nie stanowi jeszcze takiego problemu, by móc nakręcić o tym rzetelny film. W interesie ludzi jest bowiem zachowywanie spokoju. Nieważne, czy zakończy się to śmiercią bliskiej nam osoby, czy w końcu wybuchem wojny. Ważne, że nie działamy w tym wypadku impulsywnie. Agresją skażone jest bowiem zło dawnych czasów, co potwierdzą nasze babcie. Potrzebujemy więcej filmów pokroju Imigrantów z 2015, ze Złotą Palmą na koncie, zdolnych do wygładzania wizerunku rozprzestrzeniających się po Europie gości z Bliskiego Wschodu i Afryki. Zetknięcie dwóch nieprzystających do siebie kultur może być też romantyczne.

A że w międzyczasie chrześcijanom odcinane są dziś głowy – cóż, widocznie zasłużyli sobie na to krucjatami i inkwizycją. Quid pro quo – jak mawiał Hannibal Lecter, robisz coś dla mnie, a ja odwdzięczam się tobie.

Ostatnio dodane