Felietony

W LESIE DZIŚ NIE ZAŚNIE NIKT. Horrendalny obóz niedomkniętych drzwi

Recenzenci słodzą, cukrzą, bo nowe, bo polskie. Bo ma szansę otworzyć kolejne ścieżki. Ale co z tego, skoro tak nietaktownie je zaciera?

Autor: Jan Tracz
opublikowano

I niestety, polskiemu filmowi blisko jest akurat do tego drugiego slasherowego tytułu (wspomniany Obóz), karykatura goni karykaturę, a groteskowo bezsensownych rozwiązań w tej leśnej historii znajdziemy na pęczki. Zbyt przesadny brak logiki u bohaterów potrafi razić, nie dostarcza on rozrywki, bardziej męczy – ciężko czasem uwierzyć w to, co akurat twórcy próbują nam wcisnąć pod nos, z jakimi wyborami czy rozwiązaniami fabularnymi nas konfrontują. I do tego część ich propozycji garściami czerpie z klasyków: erotyzm wprowadzony w Krwawym obozie Bavy? Mamy to! Seks z kobiecą femme fatale? Jakżeby inaczej. Odrobinka niedorzecznej fantastyki à la Martwe zło? Również, aczkolwiek poprowadzona w tak nonsensowny sposób, że tego typu zagranie scenariuszowe zdawać się może ujmą na intelekcie widza. W lesie dziś nie zaśnie nikt najwidoczniej miało być laurką stworzoną z miłości do tego rodzaju kina gatunkowego. Przypomina jednak laurkę małego dziecka, która powstała dla mamy, bo ta akurat kupiła mu nową zabawkę. Mama w tym przypadku jest kinem gatunkowym. Zabawka kasetą VHS. A laurka to hołd dla całości. Kanciasty, nierówny, wykraczający poza linie, zamknięty w wyobraźni tego małego dziecka. Wszakże twórcy małymi dziećmi nie są, tylko forma ich dzieła jest niedoskonała. A może po prostu potrzebuje szerszej perspektywy, by pozbyć się tej wszechobecnej sztuczności, która od początku wylewa się z ekranu? Zamknęli się w hermetyczności paru pomysłów, pootwierali drzwi do wielu ścieżek, ale wszystkie pozostawili niedomknięte. I to właśnie oni prawdopodobnie zostali pokonani przez coś w rodzaju technologicznej pułapki XXI wieku – pozaczynali dziesięć różnych rzeczy, ale żadnej nie skończyli. Może zatem zamiast krytykować młodych, podobno uzależnionych, warto wziąć udział w obozie „Adrenalina” i wrócić silniejszym? I, rzecz jasna… żywym.

I jeszcze jedno, tak na sam koniec. Patrząc na całą otoczkę zbudowaną wokół „pierwszego polskiego slashera”, przypominają mi się słowa Cezarego Pazury, które wypowiedział, opowiadając o Psach 3 w podcaście Karola Paciorka. Zapytany o to, czy czyta recenzje, odpowiedział, że tak, bo każdy film traktuje jak swoje dziecko. I za każdym razem bolą go te negatywne, bo wie, że to jest dobre. Że rzecz, w której zagrał, stoi na wysokim poziomie i on, jako aktor siedzący w branży, ma pełną przytomność umysłu: wie, w czym dokładnie uczestniczył. W czymś dobrym. Może zabrzmię patetycznie, może zapachnie pretensją niczym u pewnej amerykańskiej krytyczki, może to będzie kąśliwe, ale niepokoi brak tej świadomości u twórców, jak i u samych recenzentów! W lesie dziś nie zaśnie nikt to niekompetentna afirmacja głupoty. To film wystawiający naszą cierpliwość na próbę, pokazujący, jak bardzo odstajemy poziomem od światowej kinematografii. Kiedy czytam, że „Polacy zrealizowali horror, którego nie powstydziłaby się żadna hollywoodzka wytwórnia”, łapie mnie poczucie, że tak, żadna wytwórnia by się go nie powstydziła. Po prostu prędzej wyrzuciłaby scenariusz do kosza, aniżeli obdarowała twórców zastrzykiem gotówki. Inne zapadające w pamięć zdanie brzmi następująco: „Ma też szansę stać się dziełem kultowym, do którego chętnie będzie się wracać”. Puste, niedźwięczne, jakby było napisane na zlecenie, wymyślone na szybko przez dystrybutora; brzmi jak rezonowanie myśli, które zwyczajnie nie należą do autora, wyczuwalna jest sztuczność, patos; są jak puste hasła niczym niepodpięte  w reszcie tekstu (a kuszą czytelnika, zachęcają go!). Nie wiem, czy kultowością będzie można nazwać fakt, że jedyne, czym ten film się stanie, to tanią horrorową pozycją za 4,99 zł w pobliskim supermarkecie. I to nie ma być prześmiewcze, ten realny scenariusz ma prawo się spełnić i w żadnym wypadku taka sytuacja nie napawa optymizmem.

Drodzy autorzy, jeżeli chcecie, by nasze kino powstało z nóg, #wlaczciesamoswiadomosc. Nie tolerujcie takiego kina. Kina, które widzów zyska dzięki autopromocji (swojej i waszej), a nie dzięki wartościom filmowym, dodatnim. Od paru lat stoimy w miejscu. Obecnie polski widz lawiruje między patosem a tandetą. Przeszłościowe kompleksy stają naprzeciw bzdurnemu, generycznemu kiczowi. Spotkajmy się w połowie. W produkcji, która pokaże, że ambitniejsze polskie filmy nie muszą kojarzyć się tylko i wyłącznie z wystarczająco już smutną historią naszego kraju. W tytule, który zbierze niebotyczną liczbę widzów, ale nie będzie kolejną komedią zahaczającą o nieprzyzwoity romantyzm. Czymś takim było Boże Ciało. Czy ciąg dalszy nastąpi? Wszystko zależy od nas (i was).

Ostatnio dodane