Felietony

TO WSPANIAŁE ŻYCIE – najpiękniejszy film na Boże Narodzenie

Autor: Janek Brzozowski
opublikowano

Spójrz, Jimmy, wszystko zaczyna się w Niebie. To historia rodzinnego mężczyzny z małego miasteczka, który znalazł się w poważnych tarapatach finansowych i myśli, że jest chodzącą porażką. Gdy przygotowuje się do samobójczego skoku w Wigilię Bożego Narodzenia, anioł Clarence, który marzy o zdobyciu skrzydeł, uprzedza go i skacze pierwszy. Clarence nie umie pływać i nasz bohater musi go ratować. Wtedy Clarence pokazuje mężczyźnie, jak wspaniałe było tak naprawdę jego życie… Cholera, Jimmy, to nie brzmi zbyt dobrze, gdy tak to opowiadam, prawda?”1

Ponoć w taki właśnie sposób Frank Capra zarysował po raz pierwszy Jamesowi Stewartowi fabułę Tego wspaniałego życia – projektu, do którego zdobył prawa kilka miesięcy wcześniej, tj. jesienią 1945 roku. Rozmowa miała zakończyć się chwilowym załamaniem reżysera, który stwierdził, że zamiast fantastycznego pomysłu na film ma w rękach tak naprawdę „najnędzniejszy kawałek gówna, jaki kiedykolwiek widział”. Odesłał więc zdezorientowanego aktora do domu, prosząc, aby ten czym prędzej o wszystkim zapomniał. Stewart musiał jednak dostrzec we wstępnym zarysie projektu coś więcej niż niezdecydowany Capra, gdyż kilka tygodni później zadzwonił do twórcy Pana z milionami i w kilku mocnych słowach przekonał go do rozpoczęcia produkcji.

Widzicie teraz jak na dłoni – mało brakowało, a jeden z moich ulubionych filmów wszech czasów nigdy by nie powstał (albo przynajmniej nie w takiej formie). Arcydzieło Capry jest dla mnie być może najważniejszym wyznacznikiem świąt Bożego Narodzenia. Rokrocznie, na kilka dni przed Wigilią, odświeżam sobie To wspaniałe życie, zawsze czerpiąc z seansu ogromną satysfakcję, dyskretnie ocierając łzy podczas zakończenia. Oczywiście jest też kilka innych tytułów, które towarzyszą mi w tym wyjątkowym okresie – regularnie sięgam chociażby po To właśnie miłość, Ekspres polarny albo Grincha Rona Howarda. Wynika to jednak przede wszystkim z faktu, że filmy te towarzyszyły mi podczas dorastania – transmitowane na TVN-ie albo Polsacie, stawały się nieproszonymi (choć oczywiście przyjętymi z pełnymi honorami) wigilijnymi gośćmi. W ich przypadku sporą rolę odgrywa więc nostalgia, wymuszająca poniekąd przymykanie oka na niedoskonałości natury fabularnej czy technicznej. Z bożonarodzeniowym klasykiem Capry wiąże mnie natomiast relacja zupełnie innego rodzaju. To wspaniałe życie odkryłem już jako początkujący kinofil, dobierający oglądane tytuły coraz bardziej świadomie. Niecałe cztery lata temu, wcale nie w okresie świątecznym, mój wybór padł właśnie na ten film – zakochałem się od pierwszego wejrzenia, błyskawicznie przeczuwając, że mam do czynienia z czymś absolutnie niezwykłym i niepowtarzalnym.

Wielokrotnie stając przed wyborem „ja” kontra „społeczność”, Bailey zawsze stawia na to drugie, ponosząc z tego powodu określone konsekwencje.

Co jednak najbardziej urzekło mnie w Tym wspaniałym życiu? Co podbiło moje cyniczne nastoletnie serce? Nie odkryję Ameryki, pisząc, że najmocniejszą stroną filmu Capry jest fabuła – tak, ta sama, którą reżyser nazwał niegdyś „najnędzniejszym kawałkiem gówna”. Punktem wyjścia jest rzeczywiście Niebo – przez pierwszą godzinę filmu obserwujemy oczami anioła Clarence’a różne epizody z życia George’a Baileya. Widzimy, jak bohater ratuje przed śmiercią swojego młodszego brata; jak zaniepokojony stanem psychicznym sklepikarza nie dostarcza „lekarstw”, ocalając w ten sposób pacjenta przed otruciem, a pracodawcę przed więzieniem; jak na imprezie szkolnej zakochuje się w uroczej Mary (Donna Reed), spacerując z nią do późnej nocy po opustoszałych uliczkach. Wraz z upływem czasu dostrzegamy jednak, że historia Baileya coraz bardziej zaczyna przypominać uwspółcześnioną wersję Księgi Hioba. Na bohatera spadają kolejne nieszczęścia – śmierć ojca, Wielka Depresja i knowania bezwzględnego kapitalisty Pottera doprowadzają do tego, że George rezygnuje z realizacji swoich wielkich marzeń o zagranicznych wojażach i na stałe osiedla się w rodzinnym Bedford Falls, z którego od dziecka pragnął się wyrwać. Wielokrotnie stając przed wyborem „ja” kontra „społeczność”, Bailey zawsze stawia na to drugie, ponosząc z tego powodu określone konsekwencje.

Kulminacja nieszczęść następuje w Wigilię Bożego Narodzenia – nieporadny wujek Billy (Thomas Mitchell) gubi 8 tysięcy dolarów, doprowadzając w ten sposób niewielką firmę głównego bohatera na skraj bankructwa. Zrozpaczony George zaczyna panikować – potrząsa nieszczęsnym winowajcą, nazywając go „głupim, starym durniem”; wszczyna awanturę w domu, nie tłumacząc nikomu, o co chodzi; obraża nauczycielkę swojej córki przez telefon; płaszczy się przed Potterem, bezskutecznie prosząc o pożyczkę; w końcu dochodzi do wniosku, że więcej jest wart martwy niż żywy i staje na moście z intencją samobójczego skoku. Te kilka nieprzyjemnych scen, w połączeniu z wyjątkowo mroczną sekwencją alternatywnego Bedford Falls/Pottersville, wprowadza do filmu Capry zupełnie nowy ton, niekojarzony zazwyczaj z twórczością autora Pana z milionami. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko podpisać się pod słowami Marka Cousinsa, który w swoim obszernym dziele The Story of Film wspomina: „To wspaniałe życie Franka Capry pamięta się przede wszystkim jako feel-good movie, ale są w nim również elementy filmu noir oraz fragmenty, w których postać Jamesa Stewarta balansuje na granicy psychozy”2.

Rację miał również Roger Ebert, gdy w swojej recenzji Tego wspaniałego życia pisał o tym, że fabuła jest czymś na kształt Opowieści wigilijnej Dickensa à rebours: zamiast zgorzkniałego starca oglądającego obrazki cudzego szczęścia otrzymujemy młodego mężczyznę, który powoli pogrąża się w rozpaczy. Rzecz jasna – do czasu. W ostatniej chwili na pomoc Baileyowi przybywa Anioł Drugiej Kategorii, nieposiadający skrzydeł Clarence. Tajemniczy, nieco zagubiony przybysz prezentuje protagoniście wizję świata, w której jego narodziny nigdy nie miały miejsca. W ten sposób George uświadamia sobie, jak wiele zmienił w życiu poszczególnych mieszkańców Bedford Falls. Jak słusznie zauważa w jednej ze scen Clarence: „Dziwne, prawda? Życie jednego człowieka dotyka tak wielu istnień. Kiedy nagle znika, pozostawia po sobie ogromną pustkę”.

1D. Dewey, James Stewart. A Biography, tłum. własne, Londyn 1997, str. 263-264.

2M. Cousins, The Story of Film, tłum. własne, Edinburgh 2011, str. 200.

Ostatnio dodane