search
REKLAMA
Felietony

Przedawkowałem ZACKA SNYDERA. Na granicy autoparodii

Jan Brzozowski

30 marca 2021

REKLAMA

Zack Snyder jest od dwóch tygodni na ustach niemalże całego świata. Reżyser dopiął swego, po czterech latach od premiery Ligi Sprawiedliwości światło dzienne ujrzała jego autorska wizja tego porzuconego niegdyś z powodu rodzinnej tragedii projektu. Medialny szum wokół tzw. Snyder Cut okazał się na tyle duży, że postanowiłem, pomimo dość ambiwalentnego stosunku względem produkcji spod szyldu DC i Marvela, sprawdzić, o co tyle hałasu. Zafundowałem sobie jednego dnia dość osobliwy double-feature – w bardzo niewielkim odstępie czasowym obejrzałem Ligę Sprawiedliwości Zacka Snydera oraz Człowieka ze stali. Czym to poskutkowało?

Oczywiście, jak już zapewne zdążyliście się domyślić, tytułowym przedawkowaniem. Zanim wyjaśnię, co rozumiem przez to pojęcie, chciałbym bardzo szybko przybliżyć moją relację z filmografią autora Batman v Superman. Zdecydowanie największą sympatią darzę jego wczesne projekty – Świt żywych trupów to intensywny, ciekawie umiejscowiony (zaczerpnięte z oryginalnego filmu Romera centrum handlowe, jeden z najbardziej charakterystycznych, granicznych wytworów realizmu kapitalistycznego, staje się ostatnim bastionem ludzkości) zombie movie, 300 to solidne, wizualnie satysfakcjonujące widowisko, a Watchmen. Strażnicy to naprawdę dobry, przewrotny film superbohaterski, w którym świat przedstawiony zaludniają wyjątkowo niejednoznaczne moralnie istoty. Odnoszę zresztą wrażenie, że adaptacja kultowego komiksu Alana Moore’a jest póki co szczytowym osiągnięciem w karierze reżysera. Zacieśnienie współpracy z DC i realizacja trzech osnutych wokół postaci Supermana projektów sprawiły, że autorski styl Snydera ewoluował w dziwnym, niepożądanym kierunku, zbliżając się niebezpiecznie do autoparodii.

Najlepiej widać to oczywiście na przykładzie jego najnowszego dzieła – czterogodzinnego kolosa (na glinianych nogach), odbieranego przez niektórych w kategoriach opus magnum Snydera. W końcu nazwisko reżysera znalazło się w tytule filmu nie bez przyczyny. Niestety, autorska wizja Ligi Sprawiedliwości niemiłosiernie mnie wymęczyła i w ostatecznym rozrachunku rozczarowała. I nie zrozumcie mnie źle – to nadal jest lepszy film niż pokraczny, dokończony przez nieszczęsnego Jossa Whedona półprodukt. Co to jednak za osiągnięcie?

Snyder w swojej Lidze Sprawiedliwości dotarł do pewnego punktu granicznego – najważniejsze wizualne wyznaczniki jego stylu, a zatem slow-motion oraz stonowana, wyjątkowo mroczna paleta barw, zostały tutaj doprowadzone do ekstremum. Niektóre sceny, jak np. uniwersytecki mecz futbolu amerykańskiego, w całości zrealizowane zostały przez Snydera w zwolnionym tempie. Początkowo efekt ten może robić naprawdę niezłe, imponujące wręcz wrażenie – powoli opadające płatki śniegu, masywne ciała walczących o piłkę zawodników, tłumy wiwatujących na stadionie kibiców. Snyder jednak przegina. Przeciąga swój ulubiony efekt na cały czas trwania kilkuminutowej sceny. Zależy mu na wzniosłości każdej klatki Ligi Sprawiedliwości (ile trwałby ten film bez zwolnionego tempa?). Traktuje slow-motion całkowicie poważnie, tak jakby kręcił Matrixa na przełomie wieków, a nie superbohaterski blockbuster pod koniec drugiej dekady XXI wieku. Wypada to absurdalnie, nieintencjonalnie groteskowo. Wrażenia taniego efekciarstwa dopełnia wspomniana paleta barw – patos wylewa się z ekranu, na którym widać piąte przez dziesiąte. Przydałoby się wpuścić do tego ponurego, skostniałego świata odrobinę światła. Może wtedy Liga Sprawiedliwości byłaby choć trochę mniej męcząca w odbiorze.

Człowiek ze stali okazał się, wbrew liczbom na Rotten Tomatoes, zdecydowanie przyjemniejszym seansem. Filmem ze znacznie lepszym antagonistą, walczącym o przetrwanie własnej planety Generałem Zodem (nijaki, kolekcjonujący świecące sześciany Steppenwolf nie dorasta mu nawet do pięt), oraz znakomitym, wpadającym w ucho soundtrackiem Hansa Zimmera. Ponadto wydaje się, że Snyder panował wówczas jeszcze nad warstwą wizualną swojego dzieła. Slow-motion nie pojawia się w każdej scenie, a na ekranie widać coś więcej niż zarys kostiumu Supermana. Oczywiście Człowiek ze stali to żadne arcydzieło – po prostu całkiem solidny blockbuster, niepozbawiony fabularnych idiotyzmów w postaci Kevina Costnera porywanego przez wyłaniającą się znikąd trąbę powietrzną. Można go jednak obejrzeć bez ciągłego zgrzytania zębami i przewracania oczami – tego samego nie mógłbym powiedzieć o Lidze Sprawiedliwości.

Te dwa trwające łącznie ponad sześć godzin seanse sprawiły, że przedawkowałem Zacka Snydera. Zaaplikowałem sobie za dużo w zbyt krótkim odstępie czasu. Jego toporny styl reżyserski naprawdę potrafi dać się człowiekowi we znaki – jeżeli do Ligi Sprawiedliwości i Człowieka ze stali dorzuciłbym jeszcze projekcję Batman v Superman, to pewnie do końca życia poruszałbym się w zwolnionym tempie.

Avatar

Jan Brzozowski

Student trzeciego roku na poznańskim filmoznawstwie. Permanentnynentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również amerykańska literatura współczesna (w szczególności proza Huntera S. Thompsona, Chucka Palahniuka i Philipa Rotha), a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA