Felietony

OSCARY nie tylko dla filmów o czarnoskórych gejach. O nowych zasadach AKADEMII

Autor: Michalina Peruga
opublikowano

Amerykańska Akademia Filmowa właśnie ogłosiła nowe zasady oceny filmów mogących ubiegać się o nominację do Oscara w kategorii najlepszy film, kładąc nacisk na różnorodność i obecność na ekranie grup niedostatecznie reprezentowanych: kobiet, mniejszości rasowych i etnicznych, osób LGBTQ+, osób niepełnosprawnych fizycznie lub intelektualnie czy niesłyszących. W oficjalnym oświadczeniu prezydent i dyrektor Akademii ogłosili, że kino „musi odzwierciedlać różnorodność ludzkiej populacji zarówno wśród twórców filmowych, jak i widzów, którzy te filmy oglądają”. Ma sens? Absolutnie. Jednak w polskim Internecie natychmiast zawrzało, także i u nas na film.org.pl, a niektóre portale informacyjne i liczni użytkownicy mediów społecznościowych zaczęli podnosić larum, że oto na naszych oczach zabijana jest wolność słowa, a od teraz filmy będzie można już robić tylko o czarnoskórych gejach, niepełnosprawnych lesbijkach i transseksualnych rdzennych Amerykanach. Czy wszyscy ci wieszcze filmowej apokalipsy na pewno przeczytali oświadczenie Akademii ze zrozumieniem?

Nowe standardy mówią, że film będzie musiał spełnić co najmniej dwa z czterech kryteriów (nie wszystkie!), a wśród nich – co najmniej jeden podpunkt z kilku (znowu – nie wszystkie!). Weźmy na warsztat standard A, kategorię, która wzbudza chyba najwięcej kontrowersji, bo dotyczy tego, co widz zobaczy na ekranie. Dotyczy ona reprezentacji na ekranie, tematyki oraz narracji i podzielona jest na trzy podpunkty. Podpunkt A1 mówi o tym, że przynajmniej jeden z aktorów pierwszoplanowych lub istotnych aktorów drugoplanowych musi reprezentować mniejszość rasową lub etniczną. I takie filmy coraz częściej pojawiają się w ostatnich latach. Spójrzmy na filmy, które w ostatnich latach zdobyły statuetkę za najlepszy film. W tym roku Parasite, w 2019 Green Book, a kilka lat wcześniej Moonlight i Zniewolony. 12 Years a Slave.

Podpunkt A2 mówi o tym, że przynajmniej 30% ogólnej obsady filmu musi reprezentować co najmniej dwie spośród tych grup: kobiety, mniejszości rasowe, osoby LGBTQ+, osoby z niepełnosprawnością fizyczną, intelektualną lub niesłyszące. To chyba niezbyt trudne do zrealizowania wyzwanie – wystarczy odpowiednia liczba statystów i postaci drugoplanowych i potencjalny kandydat do nominacji nie ma się o co martwić. Kryterium A3 spełnią natomiast filmy, w których główny wątek fabularny związany jest z jedną z niedostatecznie reprezentowanych grup. Kryterium to spełniliby zdobywcy Oscara w kategorii najlepszy film z ostatnich czterech lat – poza wyżej wspomnianymi Parasite, Green Book i Moonlight test przeszedłby również Kształt wody, w którym Sally Hawkins wciela się w rolę niemej woźnej.

Przykłady z ostatnich lat dobitnie pokazują więc, że można bez problemu tworzyć dobre, angażujące kino i ciekawych bohaterów, spełniając zarazem nowe kryteria mniejszościowe Akademii. Jeśli jednak film nie spełnia żadnego podpunktu w Standardzie A, nie oznacza to, że nie ma szansy na nominację do najlepszego filmu. Wystarczy, że w ekipie filmowej oraz strukturach firmy zajmujących się PR-em, reklamą i dystrybucją znajdą się reprezentanci grup niedostatecznie reprezentowanych, czyli kobiet, mniejszości rasowych i etnicznych, osób LGBTQ+, osób z niepełnosprawnościami lub niesłyszących (standard B i D), a studio filmowe czy dystrybutor filmu oferują dla tych grup płatne staże i możliwości rozwoju (standard C). Przy spełnieniu tych kryteriów z powodzeniem i dziś mógłby powstać Glengarry Glen Ross czy Dwunastu gniewnych ludzi z wyłącznie białą, męską, heteroseksualną obsadą.

henry fonda

Na palcach jednej ręki można więc policzyć filmy nominowane do Oscarów z ostatnich lat, które nie spełniałyby tych kryteriów. Akademia ustawiła poprzeczkę wyjątkowo nisko, mimo to i tak wywołała burzę w szklance wody. Oficjalne standardy w praktyce niewiele zmieniają, bo w większości przypadków po prostu sankcjonują stan faktyczny. W tym kontekście posunięcie Amerykańskiej Akademii Filmowej można traktować wyłącznie jako PR-owy zabieg, typowy przykład redwashingu – praktyki, w której państwo, organizacja, firma lub partia polityczna przedstawiają siebie jako progresywnych i zatroskanych o sprawiedliwość i kwestie społecznego równouprawnienia. Akademia, krytykowana za brak rasowej i etnicznej różnorodności pośród nominowanych do Oscara twórców filmowych za pomocą hasztagu #OscarsSoWhite, jest świadoma wizerunkowego kryzysu, z jakim przyszło się jej mierzyć. Wypuszczone wczoraj nowe zasady, banalnie łatwe do spełnienia, mają walczyć z owym kryzysem i są jedynie maleńką cegiełką dołożoną do walki o równość, bo przecież prawdziwa zmiana wymaga bardziej radykalnych działań niż te zaprezentowane przez Akademię.

Zatem samozwańczy obrońcy wolności, wieszcze upadku sztuki filmowej, nie lękajcie się! Artystyczna wolność słowa jest niezagrożona. A filmy o białych mężczyznach będziecie oglądać do końca swojego życia.

Ostatnio dodane