Felietony

Nimfomanka OSIECKA na WIECZNYM RAUSZU. Podsumowanie serialu TVP

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Tak jak się spodziewałem, z chwilą pojawienia się Magdaleny Popławskiej postać Osieckiej niesamowicie zyskała. Tym bardziej obsadzenie Elizy Rycembel wydaje mi się jakimś niezrozumiałym krokiem. Bardzo chciałbym znaleźć jakieś uzasadnienie tej decyzji, na przykład w postaci sensownej opinii twórców serialu. Generalnie te pierwsze pięć odcinków nie było łatwe do przejścia, bynajmniej nie tylko przez niewygodne w odbiorze sztywność i wycofanie głównej bohaterki. Wstawki archiwalne o zacięciu typowo politycznym również nie ułatwiały seansu. Od szóstego odcinka na szczęście było już nieco lepiej, nawet gdy chodzi o czarno-białe kroniki filmowe… Były rzecz jasna obecne (potem w kolorze) aż do ostatniego odcinka, ale już tak propagandowo nie krzyczały. Osiecka jako całość jest produkcją bardzo nierówną. Można by powiedzieć, że to dwa seriale w jednym – jeden oschły, podobny do fabularyzowanego kalendarium, a drugi znacznie bardziej emocjonalny, dopracowany i przedstawiający kontrowersyjny obraz Agnieszki Osieckiej.

To naprawdę sprytna praca propagandowa u podstaw – zniechęcić do wolnościowej twórczości artystki poprzez obrzydzanie jej osoby i pokazywanie jako złego człowieka.

Przywołując jeszcze raz barwną metaforę skonstruowaną przez Tomasza Raczka, ten zaserwowany przez TVP zarzygany talerz z szarlotką z chwilą, gdy pojawiła się Magdalena Popławska, wydał się dość dobrze przetarty serwetką. Nie natrafiłem na żadne większe kawałki wymiocin, w których wymyślaniu nasza publiczna telewizja jest mistrzem. Pozostał jedynie unoszący się gdzieś w tle kwaśny zapach ze względu na propagandową fabrykę produkcyjną zarządzaną przez Jacka Kurskiego. Mam nadzieję, że na końcu tego tekstu uda mi się zbadać, skąd pochodzi ów cymesik. Cieszę się, że udało mi się jednak wytrzymać cały serial przede wszystkim dla dobra sztuki i wyrobienia sobie własnej opinii. A nawet w czasie trwania, powiedzmy, trzech ostatnich odcinków mocniej zainteresować historią życia Agnieszki Osieckiej widzianą przez pryzmat relacji z mężczyznami i nadmiernie spożywanego alkoholu. Zaczęło się jednak niezbyt pozytywnie, nawet gdy na ekranie pojawiła się Agnieszka Popławska.

Pamiętam, że gdy skończył się odcinek piąty, mniej więcej w 1964 roku – wtedy Osiecka odeszła od Frykowskiego – zaczął się odcinek szósty. Rok się nie zmienił, ale, nie wiedzieć czemu, Elizę Rycembel zastąpiła nagle Magdalena Popławska. Nie twierdzę, że to źle. Wręcz przeciwnie. Oczekiwałem tej zamiany. Postać Osieckiej nareszcie nabrała odpowiednich rumieńców i arogancji, ale sposób wprowadzenia innej aktorki, w założeniu tej, która będzie się starzeć, był doprawdy idiotyczny. Już lepiej było w ogóle Rycembel usunąć i nieco odmłodzić Popławską. Utyskuję na to od czasu napisania recenzji pierwszych trzech odcinków, ponieważ wizualna różnica między aktorkami jest kolosalna, nie wspominając o talencie i podobieństwie do samej Osieckiej.

Zostawmy to. Może czytelnicy będą mieli jakieś sensowne refleksje, bo serial już się skończył i mamy ogląd całości. Co do zaś szkicowości czy kalendaryjności przedstawianych wydarzeń z życia Agnieszki Osieckiej – część, w której występowała Eliza Rycembel, cechowała się właśnie taką skrótowością, przeskakiwaniem z faktu na fakt bez dbałości o jakiś głębszy związek między wydarzeniami. Pewną świeżość, zarówno faktograficzną, fabularną, jak i aktorską, wprowadził Jędrzej Hycnar jako Marek Hłasko. Początkowo spodziewałem się podobnie drętwego ujęcia tematu, polegającego na zaznaczeniu, że taki związek w życiu Osieckiej się wydarzył, i niczym więcej. Doczekałem się jednak napiętej gry między bohaterami, ciągnącej się dłużej niż te symboliczne 15 minut. Z chwilą, kiedy w rolę Osieckiej wcieliła się Magdalena Popławska, na kilka odcinków sytuacja się nieco polepszyła. Romans z Jeremim Przyborą (Grzegorz Małecki) i trudna relacja z Danielem Passentem (Piotr Żurawski) na dłużej przykuły moją uwagę do fabuły. Niestety gdy na horyzoncie zjawił się Zbigniew Mentzel (Tomasz Włosok), sytuacja zaczęła z wolna powracać do początkowo zaprezentowanego standardu. Historia przyspieszyła, aż w ostatnim odcinku już czysto informacyjnie zaprezentowano ekspresowe wycinki z ostatnich 10 lat życia Osieckiej, łącznie z chorobą, również potraktowaną jak pobieżną informację w lokalnej gazecie o zmianie cen jajek w punkcie skupu na ulicy Ptasiej w Trzebiechowie. Próbowano jeszcze zwiększyć dramatyzm ostatnimi słowami Agnieszki: „Umieranie jest do dupy”. To już jednak nie wyszło.

Kolejnym jaskrawym przykładem traktowania faktów z życia Osieckiej jak kronikarskiego kalendarium było wprowadzenie do fabuły Daniela Passenta. Nawet gdyby nasza bohaterka zaczynała związek w ten sposób, że po wypitych kilku setkach wódki pokazywałaby gościa palcem i mówiła do niego: „a teraz będę regularnie sypiała z tobą”, wypada to jednak pokazać widzowi. Sytuacja z Danielem Passentem wygląda, jakby jej brakowało początku. Spotkali się gdzieś na jakiejś imprezie, a potem nagle zaczęli ze sobą mieszkać. Potem Passent cały czas chodził w piżamie, a Osiecka hulała po mieście, od teatru do koncertu, mając swoją córkę, co tu dużo mówić, kompletnie gdzieś. Być może tak było, ale na ekranie w ten sposób przedstawiona sekwencja wydarzeń, i to trwająca więcej niż odcinek, bez żadnego większego zawiązania akcji, powoduje nieprzeniknioną emocjami nudę oraz budzi szereg pytań w stylu: jak to się stało?

Ostatnio dodane