Felietony

NIE LUBIĘ POLSKIEGO KINA. 5 powodów uprzedzenia

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Pewnie polecą na mnie gromy, ale cóż, muszę się z tym zmierzyć. Dysponuje bowiem dość niepopularną opinią i nie zawaham się jej użyć. Nie lubię polskiego kina. Nie umiem go oglądać. Istnieje między mną a rodzimą kinematografią gruba ściana, przez którą od czasu do czasu potrafię się przebić, ale w przeważającej liczbie przypadków walę w nią głową bezskutecznie.

O „lubieniu” mowa, i jest to w tym wypadku słowo klucz. W swoim wywodzie odnoszę się bowiem do moich emocji i ogólnego wrażenia, jakie wywołują we mnie rodzime produkcje. Przyznaję bez bicia, że trochę generalizuję i świadomie uciekam od obiektywizmu. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że polskie kino tak jak bywa złe, tak potrafi też być zaskakująco dobre. W swej historii obfituje w wiele pamiętnych produkcji, którymi mogliśmy szczycić się na świecie. Dziś także gołym okiem widać odczuwalny progres jakościowy w tej materii i nie trzeba do tego zakładać okularów lub posługiwać się lupą. Faktem jest, że w Polsce pojawia się wiele filmów dobrych zarówno warsztatowo, jak i opowiadających po prostu ciekawe historie.

ALE. No właśnie, jest w tym jeden problem. To wszystko nie jest w stanie zmienić mojego postrzegania polskiego kina, wrażenia, jakie każdorazowo we mnie budzi zetknięcie się z rodzimą produkcją. Raz jeszcze przepraszam zatem za generalizację – potraktujcie ją jako pewnego rodzaju skrót myślowy, niemający na celu zakłamywania rzeczywistości, gdyż istnienia dobrych polskich filmów jestem, jak wspomniałem, świadom. Gdy mam jednak do wyboru iść do kina na film polski lub zagraniczny (w domyśle amerykański, choć niekoniecznie), decyzja jest z reguły podejmowana bardzo szybko i niestety stoi ona w kontrze do rodzimej kinematografii. Dlaczego?

Ostatnio postanowiłem odpowiedzieć sobie na to pytanie i oto rezultat moich przemyśleń.

Reklama na opak

Myślę, że brakuje nam tego, co w sporcie określa się mianem mentalności zwycięzcy...

Problemy polskiego kina zaczynają się już na poziomie promocji. Mam wrażenie, że plakaty oraz zwiastuny tworzone na rzecz danej produkcji wywołują w widzu wrażenie odwrotne do zamierzonego. Mnie na przykład polskie kampanie promocyjne filmów najczęściej zniechęcają do pójścia na film, a nie odwrotnie. Z czego to się bierze? Plakaty wyglądają po prostu amatorsko (na pohybel tradycji polskiej szkoły plakatu) i jest to określenie wyjątkowo delikatne. Nie przebija się w nich żadna idea, myśl artystyczna. Nie potrafią wzbudzić ciekawości, nie mają ani krzty efektowności. Priorytetem zdaje się uwypuklenie na nich nazwisk i twarzy, a gdy już wpleciony zostanie jakiś element fabuły, to tak sztampowo, tak bezmyślnie, że oczy bolą od patrzenia. W zwiastunach zasada jest podobna. Nie zachęcają, nie wzbudzają zainteresowania, tylko w sposób sztuczny odtwarzają dramaturgię filmu, rzucając najbardziej patetycznymi scenami, lub – jak w przypadku komedii – (pozornie) najśmieszniejszymi tekstami. W największych kinematografiach świata na promocję wydaje się drugie tyle, ile film kosztuje. Nie pytajcie, czy taka praktyka jest możliwa w kraju, w którym lepiej jest nieustannie łatać dziury w drodze, niż poprawiać je całościowo.

Polskie Muppet Show

Gdy patrzę na polskie plakaty filmowe, widzę na nich wciąż te same twarze. Więckiewicz, Adamczyk, Karolak, Szyc, Kot, Dorociński, Jakubik, Braciak, Stuhr itd. Doceniam kunszt, ale nawet najlepsze danie, podawane zbyt często, potrafi zbrzydnąć. Jeden odkryty talent kuty jest przez reżyserów do upadłego – taki Dawid Ogrodnik za sprawą nadmiernej eksploatacji jego nieprzeciętnych umiejętności powoli, o zgrozo, zaczyna zjadać własny ogon. A przecież mówimy o młodym aktorze, który dopiero się rozkręca. Apeluję – dajmy przestrzeń innym. Jakież to było odświeżające doświadczenie, gdy kilka lat temu Pasikowski zaangażował do swego Pokłosia Ireneusza Czopa – aktora o wyrobionej renomie, choć nieco zapomnianego przez współczesnego widza. Zatrudnianie znanych nazwisk do filmów podyktowane jest oczywiście marketingiem, rozpoznawalnością itp., ale jest to też krótkowzroczne, bo buduje wokół polskiego kina aurę ograniczonego zasobu talentów, a co za tym idzie, swego rodzaju mizerności. Mniemam, że problemów z zasobem nie ma – aktorów jest raczej dużo, są szkoły aktorskie, są teatry. Wprowadzanie w tej materii urozmaiceń byłoby korzyścią, także wizerunkową.

Ostatnio dodane