search
REKLAMA
Felietony

Moje zmagania z IMDb TOP 250. Czy warto zdobywać ten filmowy szczyt?

Jacek Lubiński

5 lutego 2021

REKLAMA

W Internecie znajdziemy kilka miejsc będących pewnymi wykładnikami jakości filmów. Dla niektórych będą to „Zgniłe pomidory”, gdzie wartość danej produkcji prezentowana jest przez procentowe wyliczenia przyznawanej przez krytyków i widzów „świeżości”. Dla innych Film.org.pl i nasze recenzje (dowartościowanie się +10%). Lecz nie ma wątpliwości, że jednym z pierwszych i wciąż najważniejszych na świecie pozostaje internetowa baza filmowa, czyli sławetne IMDb, gdzie od paru dekad istnieje lista 250 najlepiej ocenianych filmów w historii – mój swoisty Mount Everest dobrego kina.

Gwoli ścisłości: nie uważam rzeczonego spisu za jedyny słuszny i absolutnie idealny twór (co zresztą poniekąd tu udowodnię) oraz wyrocznię, za którą ślepo podążam. Niemniej od dawna pozostaje on tym najbardziej miarodajnym – przynajmniej pozornie, bo trudno tak naprawdę zmierzyć prawdziwą wartość filmu, zwłaszcza emocjonalną. A przecież to właśnie emocje są podstawowym nośnikiem X muzy. Na swej liście IMDb uwzględnia tylko filmy kinowe (bez dokumentów), w dodatku jedynie przeliczając głosy osób regularnie udzielających się w społeczności, ergo nie licząc not z tak zwanego przypadku (dlatego też oceny widoczne na liście potrafią się różnić od tych widzianych na stronie danego filmu). Szczęśliwie zaliczam się do tej puli „wybrańców”, zatem w jakimś tam stopniu wpływam na „najlepsze z najlepszych”. Niemniej od kilku ładnych lat obejrzenie całej topki 250 jest moim małym celem, którego przypuszczalnie… nigdy nie osiągnę. Ale po kolei.

Jak wylicza mi tamtejszy kalkulatorek, widziałem 91% zawartości rzeczonej listy (czyli 228 z 250 filmów; stan na styczeń 2021). Procent ten pozostaje niezmienny od dłuższego czasu, niezależnie od tego – a może właśnie dlatego – że zawartość listy jest płynna, a obecne na niej tytuły zmieniają się co jakiś czas. Przynajmniej te na samym dole, gdzie najłatwiej jest przekroczyć magiczną granicę średniej noty, jaką jest w tym wypadku 8,0/10 „gwiazdek”. Jednocześnie do pełni szczęścia brakuje mi niewiele, bo zaledwie 22 pozycji. Których konkretnie?

Nie zamierzam przywoływać tu wszystkich moich not (niemniej ich średnia wynosi 8,5, czyli w sumie przystaje do renomy listy), jak też okoliczności ich wystawienia (nie wszystkie są pozytywne). Wśród zaległości znajdują się jednakże kolejno (idąc od najwyższego miejsca): świeżutki Hamilton (2020), Niebo i piekło (1963) oraz Piętno śmierci (1952) Akiry Kurosawy, Wyrok w Norymberdze (1961), tureckie Mój ojciec i mój syn (2005), Stalker (1979) i, nieco niżej, Andriej Rublow (1966) Andrieja Tarkowskiego, Ballada o rozbójniku (1996), Harry Potter i Insygnia Śmierci: Część II (2011), Czas Cyganów (1988) Emira Kusturicy, Męczeństwo Joanny d’Arc (1928), Spragnieni miłości (2000) i w końcu anime Koe no katachi (2016), które chyba nawet nie ma oficjalnego polskiego tytułu. Jest jeszcze Jesienna sonata (1978) Ingmara Bergmana, którego opus magnum, Fanny i Alexander (1982), także systematycznie powraca na listę. Oba jego dzieła już wkrótce będę mógł jednak ze spokojem wykreślić w ramach akcji chronologicznego nadrabiania całego dorobku tego legendarnego reżysera (+1000 punktów do doświadczenia, +500 punktów do ambicji i +100 punktów do szacunku).

Gwoli ścisłości: nie wszystkie z tych pozycji są moimi autentycznymi brakami, bo kilka z tych klasyków, i owszem, znam, widziałem już dawno. Sęk w tym, że bardzo dawno, więc do wystawienia pełnoprawnej, satysfakcjonującej i będącej po prostu fair oceny przydałoby się je powtórzyć, a nie zawsze jest ku temu okazja i/lub czas (oceniać obejrzane filmy i tym samym tworzyć niejako ich listę zacząłem dopiero w 2007 roku). Kilka innych siedzi sobie z kolei wygodnie w rubryce „do nadrobienia”. Acz są też i takie bardziej problematyczne – jak Harry Potter, którego musiałbym obejrzeć w całości, do czego specjalnie nie pałam ochotą (widziałem tylko część pierwszą i niestety mnie nie porwała); czy jak również okupujące wysokie, bo 42. miejsce kuriozum w postaci Hamiltona, który w ogóle nie powinien się tu znaleźć, bo nie jest filmem, a zapisem wideo… spektaklu broadwayowskiego. Spektaklu mocno w dodatku kontrowersyjnego, gdyż opowiadającego o ojcach założycielach USA, w których wcielili się… czarnoskórzy aktorzy. Nie ma zatem przypadku w tym, że akurat teraz wypłynął on na głębokie wody filmowej znakomitości, chociaż nie ma z nią nic wspólnego już u samych podstaw, ergo tylko rozwala mi cały koncept i utrudnia osiągnięcie celu. Niestety nie tylko on…

Jeśli ktoś umie w matematykę albo posługiwać się liczydłem, to z pewnością zauważył, iż powyższa litania nie uzupełnia całej luki. Co zatem jeszcze stanowi przeszkodę na drodze kinomana do szczęścia? Odpowiedź jest prosta: Indie. Kto potrafi wyjść pamięcią dalej niż do powstania TikToka, ten zapewne kojarzy aferę sprzed paru lat, kiedy to hinduscy internauci zrobili pospolite ruszenie mające na celu wypromować ich bollywoodzkie hity. Liczebność tego narodu – a jest to jakiś miliard i 353 miliony obywateli (stan na styczeń 2021) – zrobiła swoje i IMDb Top 250 po dziś dzień odczuwa skutki tego nalotu. Nalotu, dodajmy, równie idiotycznego i skażonego debilną polityką co wspomniany Hamilton i akcja #OscarsSoWhite, albowiem – co być może nie każdy wie – Indie mają swój własny, osobny Top 250 na tym samym portalu. Nagminne stawianie maksów rodzimym produkcjom tylko po to, żeby jakoś weszły do absolutnej światowej czołówki, odbieram zatem jako jawne trollowanie, niemające nic wspólnego z faktyczną jakością tych dzieł (jakkolwiek zapewne mniej popularnych na świecie od filmów z Hollywood, to wątpliwe, że naprawdę zasługujących na podobne wyróżnienia). Szkoda więc, że nikt nie potrafił (lub nie miał jak) zareagować na tę akcję i po latach hinduskie hity nadal wypaczają wyniki, a mnie nie dają spać po nocach.

Nie jest to może tyle prawdziwy koszmar minionego lata, co pewna irytująca niedogodność, która wiecznie sprawia, że „kupon mi nie wchodzi”. Jestem absolutnie otwartym na różnorakie kino człowiekiem – wliczając w to kolorowe Bollywood, z którego Top 250 mam nawet obejrzaną jedną pozycję. Nie bez kozery tylko jedną – choć ogółem takich filmów widziałem, rzecz jasna, więcej – gdyż o ile jest to kino przyjemne, a często też i niegłupie, to przy tym specyficzne oraz… cholernie długie. Średni czas trwania przeciętnego dzieła Hindusów to trzy godziny, w czym duża zasługa gęsto zaludniających te fabuły piosenek, które robione są na jedną modłę. Parafrazując stare porzekadło: jeśli widziałeś jeden bollywoodzki przebój, to widziałeś je wszystkie. A jeden rzut oka już choćby na roczniki moich „zaległości” daje dość jasno do zrozumienia, iż tylko parę z nich naprawdę zasługuje na poznanie i niejaki szacunek z mojej polskiej, niebędącej przecież targetem strony.

Anand (1971) – 175. miejsce na IMDb 250

Żeby nie być gołosłownym, są to (ponownie kolejno wedle miejsca na liście): Gwiazdy na ziemi (2007), Dangal (2016), klasyczny Anand (1971), Andhadhun (2018), Gangi Wasseypuru (2012), Kolor szafranu (2006), Drishyam (2015) oraz Vikram Vedha (2017), do których potrafi czasem dojść parę kolejnych pozycji w ramach wspomnianej już płynności. Część z nich to niezobowiązujące komedie i/lub musicale, nierzadko wypadkowe pomysłów z zachodnich produkcji (Anand jest swoistym odpowiednikiem Love Story), co tym bardziej obniża moje zainteresowanie bliższą znajomością z nimi. I odhaczaniem ich, byleby tylko dobić do tych stu procent. Część to dramaty bądź rasowe kryminały – jak ponoć bardzo dobre Andhadhun, będące remakiem starszego o zaledwie dwa lata filmu z tego samego kraju i o tym samym tytule (o dokładnie tej samej długości!) Drishyam lub Gangi Wasseypuru, ochrzczone w niektórych krajach wiele mówiącym mianem “azjatyckiego Ojca chrzestnego“. Trwa on przy tym – bagatela! – grubo ponad pięć godzin, co z miejsca stanowi hamujące wszelkie chęci wyzwanie samo w sobie. I jakkolwiek nie przekreślam ani potencjalnych seansów powyższych dzieł, ani tym bardziej całego kina z Indii, które wychodzi dalece poza Bollywood, to w moim przypadku akcja usilnego promowania narodowego dziedzictwa odniosła skutek odwrotny do zamierzonego – zniechęciła do zostania jego fanem. A była na to szansa, gdyż, jak już pisałem, wszystkie moje wcześniejsze zetknięcia z tą egzotyką – zaskakująco nieobecne na żadnej z wymienionych list – wspominam bardzo pozytywnie. No cóż, jak to mówią: może kiedyś. W końcu nawet Roger Ebert nie obejrzał wszystkich tych filmów…

Morał z tej niezobowiązującej bajeczki? Gdybym był pesymistą, to napisałbym po prostu, że nie ma rzeczy idealnych i nawet tak prosty temat można łatwo zepsuć, jeśli tylko się tego pragnie. I że nie warto się starać, bo i tak ktoś inny nasze zabiegi zniszczy podobnymi zapędami, równie „dobrymi chęciami”. Optymistycznie zakładam jednak, że na takie osoby czeka wyizolowany krąg piekła, gdzie będą się smażyć wraz z ludźmi głośno rozmawiającymi podczas seansu kinowego, miłośnikami popcornu i smartfonowcami. Lecz zanim do tego dojdzie, ja swoje małe marzenie będę musiał zaktualizować i zwyczajnie zadowolić się za jakiś czas 95% i/lub zdobyciem „Top 240”, nie bacząc na to, iż stopuję tym samym własne ambicje i niejako przekreślam wyznaczony sobie cel. A potem mogę wziąć się za najlepsze seriale (23%, czyli 58 obejrzanych pozycji)… Motyla noga!

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA