Felietony

MID’90s. W oczekiwaniu na film, po którym znowu poczuję się jak dzieciak

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Rok 2018 powoli wchodzi w decydującą fazę. Za nami sezon blockbusterów, przed nami z kolei sezon nagród. Choć wielu z was pewnie i tak zdołała znaleźć w tym roku coś interesującego, to jednak ja na razie jestem nim rozczarowany.

Na razie.

Bo wśród nadchodzących premier odnalazłem jeden film, który od razu zwrócił moją uwagę i zachęcił do wyczekiwania. Mowa o Mid ’90s. Nie jest to jednak żaden głośny tytuł, nakręcony przy udziale dużego budżetu, rozpoznawalnych nazwisk lub innego, niepotrzebnego blichtru. Nie jest to też film oryginalny z punktu widzenia fabuły, bo w tym wypadku zapowiada się wręcz trywialnie – to kolejna opowieść w stylu coming of age, traktująca o dorastaniu. Okazuje się zatem, że doskonały Boyhood nie wyczerpał tematu.

Zanim jednak większość z was machnie ręką na moją propozycję, mówiąc zgodnie „ileż można”, obejrzyjcie ten skromny, acz niesłychanie klimatyczny zwiastun.

Dla tych z was, którzy jeszcze tytułu nie kojarzą, spieszę z informacją. Mid ’90s to autorski projekt Jonah Hilla. Tak tego rubasznego, pociesznego grubaska, którego poznaliśmy w kilku amerykańskich komediach. Bardziej czujne oko widza spostrzegło jednak, że aktor od pewnego czasu przechodzi wizerunkową metamorfozę, po współpracy ze znaczącymi reżyserami chwyta się coraz to ambitniejszego repertuaru… co często idzie w parze ze zrzucaniem przez niego wagi. Zwieńczeniem tych artystycznych poszukiwań ma być właśnie reżyserski i scenopisarski debiut Hilla w postaci Mid ’90s.

Film ma opowiadać o losach młodego Steve’a – trzynastolatka wychowującego się w Los Angeles lat 90. Kamera towarzyszy bohaterowi podczas jego wakacji spędzanych razem z kolegami na przedmieściu. Dla Steve’a i jego nowych przyjaciół dzień upływa pod znakiem gier wideo, rozbijania się po mieście i jazdy na deskorolce. Pojawia się standardowy zestaw przeżyć dorastającej, buntowniczej młodzieży, w tym pierwsze miłosne uniesienie, pokusa używek oraz drwina z prawa. Wszystko to upływa w atmosferze błogiej wolności.

Nietrudno domyślić się, że film zawiera wątki autobiograficzne. To wspomnienia Jonah Hilla z lat 90, czyli okresu, który miał wpływ na kształtowanie się jego charakteru (aktor urodził się w 1983). Jak sam mówi o swoim filmie, ma on pokazywać, jak to jest starać się żyć po swojemu. Jak to jest, gdy akceptacja obranej drogi przychodzi albo nagle, albo wcale. Komunikat wyraźnie skierowany jest do osób z tzw. pokolenia Y, pamiętających, jak spędzało się czas przed rozpowszechnieniem Internetu. Mam jednak wrażenie, że ogromna doza nostalgii za latami dziewięćdziesiątymi, uwypuklona już w tytule, a która aż wylewa się ze zwiastuna, nie będzie jedyną rzeczą, jaką Hill będzie miał nam do zaoferowania w swym nowym filmie.

Wygląda bowiem na to, że debiutujący reżyser odrobił wcześniej lekcję. Ponoć jeszcze przed startem produkcji Martin Scorsese i Ethan Coen na prywatnych spotkaniach udzielili Hillowi kilku reżyserskich wskazówek. Ten drugi np. zasugerował, by po prostu cieszył się tworzeniem, bo akurat jego reżyserski debiut przebiegał wyjątkowo stresująco.

W kościach jednak czuję, że zostanie ciepło przyjęty. I tego mu też gorąco życzę.

Na razie trudno ocenić, jak przełożyło się to na faktyczną jakość filmu, ale już teraz, patrząc na zwiastun, da się zauważyć kilka interesujących rozwiązań. W filmie prócz Katherine Waterston nie ma wielu znanych nazwisk, co z pewnością przełoży się na efekt świeżości i przyczyni się do rozkręcenia karier młodych aktorów – Sunny’ego Suljica (Zabicie świętego jelenia) i Lucasa Hedgesa (Manchester by the Sea). Dwa – przyciemnione, szorstkie zdjęcia zostały nakręcone na starej, dobrej taśmie 16 mm, popularnej w latach 90. Trzy – muzyka. Film bez wątpienia zostanie wzbogacony popularnymi nutami tamtych lat. No i w końcu cztery – dosadność. Młodzi bohaterowie nie przebierają w słowach, co z pewnością nada filmowi naturalności.

Zanim film trafi do kin 19 października, będzie miał swoją premierę na festiwalu w Toronto, który rozpoczął się 6 września. Na razie nie wiadomo, czy i kiedy film pojawi się w polskiej dystrybucji.

W kościach jednak czuję, że zostanie ciepło przyjęty. I tego mu też gorąco życzę. Dawno bowiem nie czułem tak wyraźnie duchowej łączności z wyczekiwanym dziełem. Jakby ktoś wziął kamerę i nakręcił jeden z istotniejszych wycinków mojego życia. Ten uniwersalny charakter dzieła Mid ’90s może okazać się kluczowy, ale nie sądzę, by debiutujący reżyser celował swym filmem w jakieś nagrody. Najwyraźniej chce po prostu powiedzieć coś prawdziwego i dać upust drzemiącym w nim emocjom. I za to ma mój szacunek już na wstępie.

Ostatnio dodane