Felietony

JAZDA BEZ TRZYMANKI. Kino kocha się MOCNIEJ dzięki filmom klasy B

Zainspirowany tekstem Marty Górnej o bohaterach kina akcji, sam zacząłem wspominać okres ciągłego oglądania wybuchów, pościgów i patetycznie żenujących dialogów. Było warto!

Autor: Jan Tracz
opublikowano

Młodzieńczy czas beztroski kojarzy mi się z ciągłym oglądaniem filmów wieczorem, czyli właściwie tuż przed zaczynającą się rano szkołą, ale z uśmiechem na twarzy napomknę, że nie były to tytuły byle jakie. Bowiem podczas gdy większość ludzi ma jakieś swoje pamiętne produkcje z dzieciństwa, do których wraca wspomnieniami i które odtwarza z należytą czcią, ja nie mogę powstrzymać ciągłego chichotania. Dlaczego? Moje „niezapomniane kino dzieciństwa” to kiczowate akcyjniaki z tymi wszystkimi Seagalami i Van Damme’ami w roli głównej, lecące co wtorek na Polsacie, niewyróżniające się niczym szczególnym, a jednak wzmagające gwałtowną miłość do kina; tak ogólnie, po ludzku. 

To jeden z tych okresów, o których wiesz, że raczej już nie powrócą, nawet na sekundkę, i kiedy raz na ruski rok ci się one przypomną, przez następne kilka dni będziesz je przeżywał, odtwarzał. Pytanie, czy w tym przypadku jest co. Wyobraźcie sobie dwóch chłopców z podstawówki, nazywających siebie kumplami i takowymi pozostającymi do dzisiaj, którzy co tydzień po odrobieniu niewielkich prac domowych oglądali wspomniane „Wtorki z Polsatem” – program emitujący kino dla mężczyzn, twardych gości lubiących bezscenariuszową strzelaninę, organicznie związaną z ucztą dla pary oczu, akurat tego dnia niewymagających większej rozrywki. Tak, miło będzie to powspominać, jako że może być nawet co.

Van Damme

Kupował nas swą pozą, którą przybierał jako Casey Ryback w obydwu częściach Liberatora (1992).

Zawsze na przerwach wymienialiśmy się informacjami o tym, co akurat obejrzeliśmy danego dnia, co Polsat tym razem zaoferował dwójce początkujących zjadaczy wszelkiego rodzaju filmów. A przecież obejrzanych scen akcji i martwych, postrzelonych ciał było naprawdę wiele. Pamiętam, z jak ogromną czcią spoglądaliśmy wtedy na zabójczy wzrok (i dłonie) Seagala. Kupował nas swą pozą, którą przybierał jako Casey Ryback w obydwu częściach Liberatora (1992), kiedy to będąc w potrzasku, starał się radzić sobie z zagrożeniami, zawsze trafiał do celu, z prędkością światła przeładowywał broń i stawiał czoła nowym wyzwaniom. To samo robił w filmie Na zabójczej ziemi (1994), w którym grał speca od ekologii, a przy tym nie bał się używać wszelkich rodzajów wyposażenia, aby pozbyć się nikczemnych antagonistów. Czego nauczyły mnie przygłupie filmy z tym niby-wyróżniającym się Amerykaninem? Tego, że czasem powielanie pomysłów nie musi być aż takie tragiczne, jeśli choć trochę zadowoli widza. O, i nawet Nico – ponad prawem (1988) pojawiał się tam gdzieś w tle!

Lecz i tak moim najukochańszym tytułem pozostaje Wykonać wyrok (1990), najlepsze kino akcji.

Innym takim moim „Seagalem” okazał się wymieniony już wcześniej Van Damme, występujący w Krwawym sporcie (1988), który miło wspominam do dzisiaj i lubię do niego wracać. Ten europejski Bruce Lee zachwycał odgrywaniem wymagających scen i do końca kibicowaliśmy mu podczas jego starć z Bolo Yeungiem. Podobnie było z Kickboxerem (1989) – soczyste eksploatowanie sztuk walki jeszcze nigdy nie smakowało tak jak w trakcie seansu tego filmu. Nie zapominajmy, iż znajdziemy Van Damme’a chociażby w science fiction zwięźle łączącym fantastykę z niewybredną akcją: z tych polsatowskich filmów mogę bez wahania polecić Uniwersalnego żołnierza (1992) i naprawdę dobrego Strażnika czasu (1994), swoistą perełkę w filmografii Van Damme’a, czerpiącą z kosmicznych klasyków, wykazującą się przy tym pewnego rodzaju oryginalnością, gdyż pomysły w niej zawarte są naprawdę całkiem przyzwoite. Lecz i tak moim najukochańszym tytułem pozostaje Wykonać wyrok (1990), najlepsze kino akcji, hermetyczne, bo to film więzienny, nastawiony na połączenie wątków dotyczących bohatera z całą brutalną otoczką zamknięcia. Różnorodność tematyczna filmów z Van Damme’em za każdym razem mnie zadziwiała i chyba dlatego tak entuzjastycznie się o nich wypowiadam.

Arnold

Niesamowite, że każda z wymienionych przeze mnie produkcji choć raz otrzymała swoje pięć minut we „Wtorkach z Polsatem”, miała okazję dać się poznać szerszej widowni, a nie tylko samym fanom danych aktorów. A przecież stacja nie puszczała tylko mniej znanych średniaków. Dzięki tym „Wtorkom…” znam najwspanialsze Commando (1985) ze Schwarzeneggerem, będące przede wszystkim kwintesencją wszystkiego, co świetne w kinie akcji, albo równie kultowe Jak to się robi w Chicago (1986), z pamiętnymi scenami pościgów i niedoścignioną manierą budowania ciągłej akcji, czy też Czerwoną gorączkę (1988), klimatyczny film akcji, nieco inny od wszystkich. Ach, aż chce się obejrzeć to jeszcze raz.

Dochodząc do jakichś sensownych konkluzji, muszę przyznać z pewną dozą szczerości, że te wszystkie produkcje o śmiesznie infantylnych tytułach nauczyły mnie kochać kino do potęgi drugiej. Nie tyle dostrzegać w filmie więcej, co postrzegać go jako autonomiczny absolut, zupełnie porywający mnie w inny świat – nawet tak odległy jak strzelanie w egzotycznych krajach. Ci aktorzy nie są ligą światową, nigdy nie zdobyli wielu prestiżowych nagród, ale do dzisiaj posiadają rzeszę fanów w najbardziej odległych zakątkach naszej planety. Zresztą, sam Stallone przeżywa teraz swój rozkwit, a Seagal ma się dobrze i grywa sobie w akcyjniakach klasy B, wręcz C.

Wyszedł mi z tego tekstu taki zbiór tego, co warto zobaczyć, co zrobiło na mnie kolosalne wrażenie. Sądzę, że do części tych filmów warto wrócić, ewentualnie poznać je, ocenić. A wy oglądaliście „Wtorki z Polsatem”?

Ostatnio dodane