Felietony

FILMOWCY KOMBINUJĄ, czyli pomysły na odświeżenie kina

Autor: Berenika Kochan
opublikowano

Na kino z zapachem czekamy od lat, jednak nie o dosłownie pojmowaną świeżość tu chodzi. Czytamy w recenzjach „świeży film, świeże kino, świeże spojrzenie”. Czyli jakie? Nowe, ale nie tylko. Nowe, nowatorskie, powiem więcej: oczyszczające. Nawet jeśli film traktuje o temacie niełatwym, po seansie z lekkością można zerwać się z fotela, odetchnąć pełną piersią i powiedzieć: to jest to.

Zanim przejdziemy do wizjonerów ostatnich lat, warto sięgnąć do klasyki „świeżości”. Chociażby do dorobku mistrza Davida Lyncha. Prawdziwy magik czy objazdowy kuglarz, który surrealistycznym, kolorowym, niby nieznaczącym, ale w wielu wypadkach kontrowersyjnym scenom pragnie nadać pozory głębszego przesłania? Choć porusza problemy poważne, w wielu wypadkach makabryczne, to jego składające się z pieczołowicie dopracowanych elementów kino orzeźwia, porusza, stawia na nogi. Nie ma, nie będzie takiego drugiego Lyncha.

Dlatego współcześni prekursorzy szukają innych ścieżek. Kombinują z dynamiką, odchodzą od klasycznej gry aktorskiej, zachwycają kolorami, wreszcie eksperymentują w kwestiach technicznych, od sposobu kręcenia poczynając. Jak poniżej wspomniani twórcy, którzy, wydawałoby się, w ciemnym, dusznym kinie wreszcie otworzyli okna.

Na jednym wydechu

Takie odczucie wywołuje Victoria Sebastiana Schippera – dzieło nietypowe, bo kręcone na jednym ujęciu (dwuipółgodzinne!), na podstawie dwunastostronicowego scenariusza. Pierwotny pomysł na film opierał się na kręceniu 10 minut materiału dziennie, reżyser wspomina jednak, że powstałe w ten sposób kawałki po prostu do siebie nie pasowały. Gdy ekipa podjęła decyzję, by nakręcić od razu całość, aktorzy w trakcie dwóch pierwszych prób wypadli sztucznie (Laia Costa, Frederick Lau i Franz Rogowski to dla szerokiej publiczności nowe twarze), by w trzeciej dać prawdziwy popis – czyli zachowywać się naturalnie, spontanicznie, nie szczędząc emocji.

Perfekcyjne tempo wydarzeń wzmaga napięcie, przynosi kulminację, a na koniec błogie katharsis…

I kamera nie opuszcza bohaterów nawet na kilka sekund, podobnie jak w Birdmanie (tu montaż przeprowadzono w taki sposób, by widzowi wydawało się, że film jest jednym długim ujęciem). Jeśli idzie o świeżość, Birdman jest jak Subway, a Victoria jak kanapka zrobiona przez babcię z dworcowej budki. Jest ryzyko, jest zabawa.

Blisko, jeszcze bliżej

Przy American Honey aż chce się wyciągnąć różową gumę balonową – film jest o niczym szczególnym (pokazuje perypetie dołączającej do grupy wędrownych sprzedawców Star, oscyluje wokół jej romansu z Jakiem) i bardzo na luzie, ale i od niego nie można oderwać wzroku. Oparty na aktorach jeszcze na dużym ekranie nieogranych – z wyjątkiem Shii LaBeoufa, choć wykorzystano tu fakt, że ten poza Hollywood mało grywał – jest widza bardzo blisko. Raz: za sprawą kamery, która pokazuje obraz z nietypowych perspektyw (raz jest na plecach Star, raz w jej włosach, a raz w trawie) i trzęsących się, dokumentalnych ujęć. Dwa: dzięki akcji wypełnionej scenami niby nieistotnymi, nieco chaotycznymi, przedstawiającymi ekipę sprzedawców w busie czy na integracyjnych imprezach, rapującą utwory z przesłaniem. Dziś jeszcze zdarza mi się zaśpiewać „I don’t got no type (…) I like what I like”.

Kręcone iPhone’em

Ze stylistyki dokumentu skorzystał również Sean Baker, twórca Mandarynki, filmu reklamowanego hasłem „Czegoś takiego jeszcze nie widziałeś”.

Racja, ultrarealistycznych filmów o transprostytutkach świadczących usługi w szemranej dzielnicy Hollywood w kinie jak na lekarstwo.

W dodatku kręconych iPhone’em! Ograniczenia techniczne (a co za tym idzie, specyficzne ujęcia, psychodeliczne nieco kolory) przyniosły Mandarynce triumf na festiwalu w Sundance. I głosy krytyki, że film tylko dzięki tej nowości się trzyma, bo aktorsko to żaden poziom (główne bohaterki twórcy zwerbowali w bliskim miejsca akcji centrum LGBT, to aktorki aspirujące), scenariusz też niczym się nie wyróżnia. Może brak w nim bang-bang (prócz wybuchów rozhisteryzowanej królowej dramatu), jest za to uliczny bling-bling. Ja dałam się porwać, choć uważam, że kręcenie iPhone’em to chwyt na jeden raz. A kto chciałby zażyć podobnego klimatu w mniej obskurnym, w porównaniu do Mandarynki wręcz „disneyowskim”, wydaniu, polecam Dope.

Popkultura w rozbitym zwierciadle

Kiedy myślę o Jamesie Franco, widzę go w stylizacji à la Ali G – warkoczyki, kastety, srebrne ząbki – powtarzającego na wpół sennie „Spring break, spring break”. Spring Breakers Harmony’ego Korine’a to satyra na popkulturową papkę, która zawładnęła umysłami amerykańskich nastolatków. Osadzona w świecie najpopularniejszych teledysków MTV, kolorowa, oniryczna, najpierw bawi, wreszcie zmusza do myślenia. Nowością (i istotnym dla wymowy filmu posunięciem) było obsadzenie w głównych rolach gwiazdek mało wymagających produkcji: Seleny Gomez, Vanessy Hudgens i Ashley Benson. Co jeszcze? Epatowanie kolorem w akompaniamencie dubstepu, techno i elektro. Tego filmu nie da się zapomnieć.

Mechanizm działa następująco: gdy na ekrany wchodzi film, jakiego jeszcze (niby) nie było, jedni okrzykną go arcydziełem, inni uznają za dno. Prekursorzy sporo ryzykują, ale jedną rzecz mają jak w banku – że o rzeczach, które zrobili jako pierwsi, co jakiś czas ludzie będą sobie przypominać. Co ma na celu (a przede wszystkim pokazanie, że nowe nie musi być perfekcyjne, a zawsze intryguje) również ten artykuł.

Ostatnio dodane